W kampanii wyborczej Platforma Obywatelska stawiała się w kontrze do Prawa i Sprawiedliwości. Wygrała, bo PiS prowadził nieudolną kampanię a Platforma podkreślała swoje liberalne poglądy, które wzbudziły zachwyt młodych wyborców. Stara to prawda, że liberalizm jest dobry w opozycji, rządzić z nim na ustach się nie da. Jeśli wyborcy mieli jakieś nadzieje względem partii Donalda Tuska, dotyczyły one spraw podatkowych, obyczajowych i sposobu uprawania polityki w ogóle. Co z tych nadziei zostało?
Podatki. Co prawda w ostatniej kampanii wyborczej PO – pomna nauczki z 2005 roku – nie eksponowała podatku liniowego, ale też utrzymywała wyborców w przekonaniu, że wcale się z tego pomysłu nie wycofała. Platforma jest partią liberalną, taki komunikat płynął w eter. Podatki będą niższe, państwa będzie mniej. I co? Wiceminister Gomułka rezygnuje, bo Tusk nie chce reformować finansów by nie podpaść, nie chce prywatyzacji służby zdrowia i odpłatności za wizyty. Podatek liniowy może będzie, może nie będzie, akcyza i podatki pośrednie pewnie w 2009 roku wzrosną. Będziemy, zrobimy, zreformujemy – jakby wciąż trwała kampania wyborcza. Brzmi znajomo? I owszem, dwa lata PiS-u upłynęły pod znakiem zapowiedzi, w takim mniej więcej tonacji: zwalczymy, poprawimy, odkryjemy, naprawimy.
Sprawy obyczajowe. No, tutaj wyborcy to się dali nabrać. Partia liberalna kojarzyła się im z liberalizmem nie tylko gospodarczym. A tu co? Okazało się w warstwie obyczajowej Platforma to PiS, tylko z w ładniejszym opakowaniu. Jarosław Gowin, przewodniczący powołanego przez Tuska zespołu ds. bioetyki ogłasza właśnie, że państwo powinno refundować zabiegi zapłodnienia in vitro tylko małżeństwom a parom nieformalnym i kobietom samotnym nie. Argumentacja? – Dziecko rozwija się naprawdę dobrze i harmonijne tylko wtedy, gdy ma ojca i matkę – twierdzi Gowin. – Nie chodzi o to, żeby mieć dziecko, tylko żeby tworzyć rodzinę. Dodał, że przytłaczająca większość patologii, łącznie z pedofilią, zdarza się w związkach nieformalnych. – Sprawcami nadużyć seksualnych na ogół są konkubenci – mówi. Wiadomo, lepsze naprane wiecznie małżeństwo, które ledwo dostrzega własne dzieci zapitymi oczami niż kochająca para nieformalna albo kobieta samotna. Bo ci pierwsi to rodzina, a ci drudzy wynaturzenie. Co by było, gdyby takich agrumentów użył rok temu któryś z nie do końca rozgrniętych przybocznych Kaczyńskiego albo i sam prezeso-prezydent? Media rozniosłyby go na strzępy, że taki zaściankowy i ciemny. Gowina zaściankowego i ciemnego jakoś trawimy.
Sposób uprawiania polityki. Nie ma co silić się na oryginalność, wystarczy taki opis:
* Dopiero się okaże, czy rząd będzie potrafił zrealizować wielkie słowa. Na razie w cenie jest dobry uśmiech, polonez na studniówce czy nieistniejąca autostrada wyznaczona gestem premiera. Nie było projektów ustaw.
* Premier czaruje publiczność sztuczkami jak David Copperfied.
* Rząd prowadził politykę typową dla końca kadencji - ostrożną, zachowawczą, niezrażającą żadnej z dużych grup społecznych.
Prawda, że trafne? Z tym że te wypowiedzi padły w 2006 roku były skierowane pod adresem rządu Marcinkiewicza. Mówi, kolejno: Chlebowski (PO), Szmajdziński (LiD) i Rokita (PO).
Tusk wyciągnął lekcję z historii premiera Marcinkiewicza. Uśmiech i kindersztuba wystarczą, by mieć poparcie wyborców. A jeśli walka idzie o prezydenturę 2010, to może dobrze będzie zrezygnować u szczytu popularności, dać się wykrawić Pawlakowi lub Komorowskiemu na premierostwie i bez wysiłku zdobyć tron? Ciekawa to strategia, interesująca, może skuteczna. Tylko co to ma wspólnego z rządzeniem krajem. Owszem, z walką o władzę jak najbardziej, ale z rządzeniem?
Jaka jest więc różnica między polityką wg. Kaczyńskiego a polityka wg Tuska. Umowna. Bardziej estetyczna i tyle, ale żeby różniła się co do meritum? Straciłem złudzenia, gdy Platforma ujawniła swoje plany wobec mediów publicznych.
A za rogiem czai się...
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą PiS. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 21 kwietnia 2008
środa, 12 marca 2008
Dupa nie biznesmen
Tyle wielkich i pięknych słów padło o strategicznych zdolnościach Jarosława Kaczyńskiego, że kwestionowanie tego faktu to jak podważanie roli Dmowskiego przy odzyskaniu niepodległości. Wybitnym politykiem Jarosław jest i basta. W ramach tego aksjomatu szukają publicyści sposobu na wyjaśnienie ostatnich posunięć braci (o drugim nie od dziś wiadomo, że jest tylko przystawką). Co z tym orderem dla Michnika? Nie, nieudolności prezydentowi (a za nim Jarosławowi) zarzucać nie wypada, trzeba dopatrywać się racjonalności. Rasowy polityk wiedziałby, co zrobić. Zaprosić Michnika na obchody Marca'68, dać mu order, wszystko ogłosić przed uroczystością i niech on się martwi, czy przyjąć, czy nie, czy stawić się w Pałacu, czy zbojkotować. Prezydent Łaskwy, Przebaczający, Doceniający Zasługi - słupki sondaży poszybowałyby w górę, wizerunek by się ocieplił, gest prezydenta znalazłby uznanie w oczach części przynajmniej wykształciuchów. Ale prezydent Michnika nie zaprosił, orderu nie dał, a jego urzędnicy nie za bardzo potrafią coś z sensem na ten temat powiedzieć.
A co z wypowiedzią Jarosława o internautach? Jeździ po nich jak po łysej kobyle, że piwo żłopią przed ekranem, panienki oglądają (kobiety też?) i tyle wiedzą o świecie, ile wyczytają w tych swoich komputerkach (swoją drogą to już standard, że Dziennik robi duży materiał z pierwszej strony bez zająknięcia się, że to nie ich news, tylko Wyborczej). Nawet Ludwik Dorn, w ramach wbijania szpili byłym koleżkom przyznał, że sam czasami siedzi przez ekranem i przegląda You Tube. O co więc temu Jarosławowi chodzi? Niby chce pozyskać inteligencję i młodych, a obraża ich i zniechęca.
Można by spekulować, że te działania są przemyślane, że Kaczyńscy szukają swojego miejsca na scenie. Przegrana w wyborach spadła na nich niczym grom z jasnego nieba, przygotowywali się na osiem lat rządów, skończyło się na niecałych dwóch latach. Ponieważ poparcie dla Platformy niedługo osiągnie wartość zbliżoną do wyników PZPR-u za komuny, postanowili zagospodarować wszystkie możliwe nisze po prawej stronie. A w tych niszach zajadli antymichnikowcy pospołu z wyznawcami ojca Rydzyka psy wieszają na tym intenecie, że obsceniczny, antykościelny i libertyński. Spodobała im się pewnie ta wypowiedź.
Ale zaraz, przecież Kaczyńscy chcą odzyskać władzę! Może więc liczą na to, że uśpiony Tuskiem elektorat w następnych wyborach nie pójdzie głosować, wtedy, jak w 2005 roku, o wyniku zdecydują właśnie prawicowe nisze?
Można by wymyślać kolejne tłumaczenia, mniej lub bardziej spójne, ale czasami najprostsze okazuje się najtrafniejsze. Kaczyńscy to po prostu kiepscy politycy na obecne czasy. Może dobry z nich rewolucjoniści, gdy rządzą ogniem i mieczem, ale ich nieudolność w czasach (s)pokoju razi w oczy. Nie rozumieją, co się dzieje, bo zatrzymali się dwadzieścia, trzydzieści lat temu. Załapali się na Aferę Rywina i afery SLD, na fali rozgoryczenia doszli do władzy i tyle ich pomysłu na rzeczywistość. Nie rozumieją marketingu politycznego, nie rozumieją procesów społecznych, polityki międzynarodowej, nie rozumieją nawet, że Polacy 15 lat temu i obecnie to zupełnie inni ludzie. O takich jak oni mówi się że to dupa nie biznemen. Ot, chciałby, ale nie potrafi.
A co z wypowiedzią Jarosława o internautach? Jeździ po nich jak po łysej kobyle, że piwo żłopią przed ekranem, panienki oglądają (kobiety też?) i tyle wiedzą o świecie, ile wyczytają w tych swoich komputerkach (swoją drogą to już standard, że Dziennik robi duży materiał z pierwszej strony bez zająknięcia się, że to nie ich news, tylko Wyborczej). Nawet Ludwik Dorn, w ramach wbijania szpili byłym koleżkom przyznał, że sam czasami siedzi przez ekranem i przegląda You Tube. O co więc temu Jarosławowi chodzi? Niby chce pozyskać inteligencję i młodych, a obraża ich i zniechęca.
Można by spekulować, że te działania są przemyślane, że Kaczyńscy szukają swojego miejsca na scenie. Przegrana w wyborach spadła na nich niczym grom z jasnego nieba, przygotowywali się na osiem lat rządów, skończyło się na niecałych dwóch latach. Ponieważ poparcie dla Platformy niedługo osiągnie wartość zbliżoną do wyników PZPR-u za komuny, postanowili zagospodarować wszystkie możliwe nisze po prawej stronie. A w tych niszach zajadli antymichnikowcy pospołu z wyznawcami ojca Rydzyka psy wieszają na tym intenecie, że obsceniczny, antykościelny i libertyński. Spodobała im się pewnie ta wypowiedź.
Ale zaraz, przecież Kaczyńscy chcą odzyskać władzę! Może więc liczą na to, że uśpiony Tuskiem elektorat w następnych wyborach nie pójdzie głosować, wtedy, jak w 2005 roku, o wyniku zdecydują właśnie prawicowe nisze?
Można by wymyślać kolejne tłumaczenia, mniej lub bardziej spójne, ale czasami najprostsze okazuje się najtrafniejsze. Kaczyńscy to po prostu kiepscy politycy na obecne czasy. Może dobry z nich rewolucjoniści, gdy rządzą ogniem i mieczem, ale ich nieudolność w czasach (s)pokoju razi w oczy. Nie rozumieją, co się dzieje, bo zatrzymali się dwadzieścia, trzydzieści lat temu. Załapali się na Aferę Rywina i afery SLD, na fali rozgoryczenia doszli do władzy i tyle ich pomysłu na rzeczywistość. Nie rozumieją marketingu politycznego, nie rozumieją procesów społecznych, polityki międzynarodowej, nie rozumieją nawet, że Polacy 15 lat temu i obecnie to zupełnie inni ludzie. O takich jak oni mówi się że to dupa nie biznemen. Ot, chciałby, ale nie potrafi.
poniedziałek, 3 marca 2008
Złodzieje patriotyzmu
(na marginesie konferencji intelektualistów popierających PiS)
Język polityki jest wszystkożerny. Połknie każde słowo, przetrawi, wypluje i nada nowe znaczenie. Ale już nie tak jasne, jak wcześniej. On wypluwa śmierdzącą breję. I dobrze, właśnie o to chodzi, by nikt nie chciał tam grzebać.
Nie potrafimy się przed tym językiem bronić. Albo go przejmujemy i o świecie, pracy, szkole, urzędach mówimy i myślimy w kategoriach polityki, albo się wycofujemy, nie chcąc babrać się w odchodach.
Politycy zabrali nam patriotyzm. Niczym Hitler Austrię aanektowali go w światłach jupiterów i bez naszego sprzeciwu. Teraz muszę się dobrze zastanowić, zanim na pytanie: jesteś patriotą, odpowiem pozytywnie. Bo jeśli jestem, to JAKIM? To "jakim" jest najważniejsze. Bo mogę być naszym - PiS-owskim, albo naszym - lewicowym. Albo liberalnym, rydzykowym... Jeśli myślałem o patriotyzmie w innych kategoriach - błąd. Inne znaczenia tego słowa w przestrzeni publicznej nie istnieją.
Gdy grabarze przysypują trumnę z ciałem kolejnego polskiego żołnierza zabitego w Iraku czy Afganistanie, z ust wojskowych oficjeli i kapelanów płyną wielkie słowa o życiu oddanym za ojczyznę i patriotyzmie. "Żołnierz nigdy nie umiera, żołnierz oddaje życie, jeśli jest taka potrzeba, takie wyzwanie, takie poświęcenie" - słyszą żony, matki, ojcowie. Zgłupieliśmy nad tymi grobami i nie pytamy: jaki interes ojczyzny, jakie poświęcenie? Toż to tylko interes polityczny, owszem, może i dobry, ale co to ma wspólnego z ojczyzną?
Patriotyzm polityków to pompa. To Tradycja, obowiązkowo przez duże T, poprzedzona "poszanowaniem", cokolwiek by to miało znaczyć. To wspólnota narodowa, bo Naród to wartość, mityczna i niedefiniowalna. Specjalnie niedefiniowalna, bo definicje są jasne, a my jasności nie lubimy. To interes narodowy. Zastanawialiście się, dlaczego politycy nie mówią we własnym imieniu, tylko ojczyzny? Właśnie o ten interes idzie. Dzięki tej prostej sztuczce interes narodowy = ICH interes.
Trudno być patriotą we własnym kraju. Na emigracji prościej, bo jest za czym tęsknić. Za miejscem, ludźmi (ale nie narodem, tylko konkretnymi, bo nasze środowisko składa się z jednostek, nie narodów). Za krajobrazem, pogodą, językiem, który więcej mówi o mnie, niż ja potrafię w nim powiedzieć. Ta tęsknota jest niekiedy przejmująca, utrudnia życie, czasami niszczy. Jest pierwotna. Patriotyczna, bez dodatkowych, politycznych znaczeń.
We własnym kraju partyjni intelektualiści na kongresach organizowanych za państwowe pieniądze (państwowe, bo to państwo daje partiom, a nie partie państwu) dyskutują, jak nam ten przetrawiony, śmierdzący polityką patriotyzm wcisnąć do łba. - Trwa rozmontowywanie narodu i budowa europejskiej wspólnoty - ogłaszają. Diagnoza słuszna, bo naród rzeczywiście w części rozmontowany, dobrobyt Europy buduje w fabrykach Irlandii czy Anglii.
Ale im nie o to chodzi. Im naród rozlatuje się w oczach, bo nie chce się puszyć przy dziewiętnastowiecznych przyśpiewkach i za nic nie chce przyjąć, że to, co kiedyś, z zasady lepsze niż to, co teraz. W ogóle jakoś naród nie za bardzo przyswaja sobie te wszystkie kwantyfikatory ogólne - zawsze, wszyscy, każdy - i woli myśleć szczegółowo, o sobie. Nie dlatego, że mądry, tylko dlatego, że lewicowo-liberalna hołota mózg mu wyprała.
Trzeba więc do tego mózgu nakłaść jeszcze raz. Były wiceminister edukacji Andrzej Waśko na kongresie intelektualistów partyjnych PiS: Młodzi z jednej strony są oderwani od historii i polskiej tradycji kulturowej. Z drugiej mają poczucie, że żyją na peryferiach kultury światowej. Brak punktu odniesienia powoduje zagubienie i podatność na manipulację.
Nie macie, młodzi, punktu odniesienia? To przeczytajcie "Rozmowę w Katedrze" Llosy przez pryzmat Reja i Mickiewicza. Punkt odniesienia rozpłynie się w niebycie, a i punkt widzenia się zmieni. Poczujecie prawdziwy patriotyzm. Cóż z tego, że peruwiański.
Dodaje Krasnodębski: Kolejne nasze wielke zadanie to wychować studentów w taki sposób, aby byli odporni na intelektualne mody.
No przecież byli odporni! Modne było głosować za szeryfami, a oni wybrali amerykańskiego Kaczora Donalda. To się dopiero nazywa iść pod prąd.
Moja sześcioletnia córka, gdy słyszy o meczach Polaków, wyciąga wyciętą z papieru, własnoręcznie pomalowaną biało-czerwona flagę i śpiewa: Polska, Białoczerwoni, Polska...". Kiedyś się dowie, że ci piłkarze to rozkapryszone lenie, a meczami się handluje. I tyle zostanie z jej patriotyzmu Kaczyńskich, Krasnodębskich i Legutków. Zostanie jej miejsce, gdzie się urodziła, ludzie i język.
Mam nadzieję, że to będzie moja wina.
Język polityki jest wszystkożerny. Połknie każde słowo, przetrawi, wypluje i nada nowe znaczenie. Ale już nie tak jasne, jak wcześniej. On wypluwa śmierdzącą breję. I dobrze, właśnie o to chodzi, by nikt nie chciał tam grzebać.
Nie potrafimy się przed tym językiem bronić. Albo go przejmujemy i o świecie, pracy, szkole, urzędach mówimy i myślimy w kategoriach polityki, albo się wycofujemy, nie chcąc babrać się w odchodach.
Politycy zabrali nam patriotyzm. Niczym Hitler Austrię aanektowali go w światłach jupiterów i bez naszego sprzeciwu. Teraz muszę się dobrze zastanowić, zanim na pytanie: jesteś patriotą, odpowiem pozytywnie. Bo jeśli jestem, to JAKIM? To "jakim" jest najważniejsze. Bo mogę być naszym - PiS-owskim, albo naszym - lewicowym. Albo liberalnym, rydzykowym... Jeśli myślałem o patriotyzmie w innych kategoriach - błąd. Inne znaczenia tego słowa w przestrzeni publicznej nie istnieją.
Gdy grabarze przysypują trumnę z ciałem kolejnego polskiego żołnierza zabitego w Iraku czy Afganistanie, z ust wojskowych oficjeli i kapelanów płyną wielkie słowa o życiu oddanym za ojczyznę i patriotyzmie. "Żołnierz nigdy nie umiera, żołnierz oddaje życie, jeśli jest taka potrzeba, takie wyzwanie, takie poświęcenie" - słyszą żony, matki, ojcowie. Zgłupieliśmy nad tymi grobami i nie pytamy: jaki interes ojczyzny, jakie poświęcenie? Toż to tylko interes polityczny, owszem, może i dobry, ale co to ma wspólnego z ojczyzną?
Patriotyzm polityków to pompa. To Tradycja, obowiązkowo przez duże T, poprzedzona "poszanowaniem", cokolwiek by to miało znaczyć. To wspólnota narodowa, bo Naród to wartość, mityczna i niedefiniowalna. Specjalnie niedefiniowalna, bo definicje są jasne, a my jasności nie lubimy. To interes narodowy. Zastanawialiście się, dlaczego politycy nie mówią we własnym imieniu, tylko ojczyzny? Właśnie o ten interes idzie. Dzięki tej prostej sztuczce interes narodowy = ICH interes.
Trudno być patriotą we własnym kraju. Na emigracji prościej, bo jest za czym tęsknić. Za miejscem, ludźmi (ale nie narodem, tylko konkretnymi, bo nasze środowisko składa się z jednostek, nie narodów). Za krajobrazem, pogodą, językiem, który więcej mówi o mnie, niż ja potrafię w nim powiedzieć. Ta tęsknota jest niekiedy przejmująca, utrudnia życie, czasami niszczy. Jest pierwotna. Patriotyczna, bez dodatkowych, politycznych znaczeń.
We własnym kraju partyjni intelektualiści na kongresach organizowanych za państwowe pieniądze (państwowe, bo to państwo daje partiom, a nie partie państwu) dyskutują, jak nam ten przetrawiony, śmierdzący polityką patriotyzm wcisnąć do łba. - Trwa rozmontowywanie narodu i budowa europejskiej wspólnoty - ogłaszają. Diagnoza słuszna, bo naród rzeczywiście w części rozmontowany, dobrobyt Europy buduje w fabrykach Irlandii czy Anglii.
Ale im nie o to chodzi. Im naród rozlatuje się w oczach, bo nie chce się puszyć przy dziewiętnastowiecznych przyśpiewkach i za nic nie chce przyjąć, że to, co kiedyś, z zasady lepsze niż to, co teraz. W ogóle jakoś naród nie za bardzo przyswaja sobie te wszystkie kwantyfikatory ogólne - zawsze, wszyscy, każdy - i woli myśleć szczegółowo, o sobie. Nie dlatego, że mądry, tylko dlatego, że lewicowo-liberalna hołota mózg mu wyprała.
Trzeba więc do tego mózgu nakłaść jeszcze raz. Były wiceminister edukacji Andrzej Waśko na kongresie intelektualistów partyjnych PiS: Młodzi z jednej strony są oderwani od historii i polskiej tradycji kulturowej. Z drugiej mają poczucie, że żyją na peryferiach kultury światowej. Brak punktu odniesienia powoduje zagubienie i podatność na manipulację.
Nie macie, młodzi, punktu odniesienia? To przeczytajcie "Rozmowę w Katedrze" Llosy przez pryzmat Reja i Mickiewicza. Punkt odniesienia rozpłynie się w niebycie, a i punkt widzenia się zmieni. Poczujecie prawdziwy patriotyzm. Cóż z tego, że peruwiański.
Dodaje Krasnodębski: Kolejne nasze wielke zadanie to wychować studentów w taki sposób, aby byli odporni na intelektualne mody.
No przecież byli odporni! Modne było głosować za szeryfami, a oni wybrali amerykańskiego Kaczora Donalda. To się dopiero nazywa iść pod prąd.
Moja sześcioletnia córka, gdy słyszy o meczach Polaków, wyciąga wyciętą z papieru, własnoręcznie pomalowaną biało-czerwona flagę i śpiewa: Polska, Białoczerwoni, Polska...". Kiedyś się dowie, że ci piłkarze to rozkapryszone lenie, a meczami się handluje. I tyle zostanie z jej patriotyzmu Kaczyńskich, Krasnodębskich i Legutków. Zostanie jej miejsce, gdzie się urodziła, ludzie i język.
Mam nadzieję, że to będzie moja wina.
Etykiety:
Kaczyński,
Krasnodębski,
Legutko,
patriotyzm,
PiS
środa, 13 lutego 2008
Pogrzeb prawicowej utopii (cz.1)
Mieli wszystko. Rząd, prezydenta, większość w Sejmie i Senacie, telewizję, sprzyjające media, Narodowy Bank Polski, spółki skarbu państwa, najważniejsze urzędy. Nawet za opozycję – partię o zbliżonych poglądach. Co takiego jest w polskiej prawicy, że zamiast skutecznie (także z myślą o własnym interesie) rządzić, rozwala wszystko, czego się dotknie. Co takiego siedzi w głowie Kaczyńskiego, Dorna, Ujazdowskiego, że interes Polski, którym tak często wycierają sobie gębę, traci na ich rządach?
(Na początek krótka uwaga metodologiczna. Choć Platforma Obywatelska lubi mówić o sobie jako o prawicy, nie uznaję ją za przedstawiciela tej opcji. Donald Tusk swoją prawicowość traktuje jak kostium. Dobry, gdy podoba się publiczności, natychmiast wyląduje na śmietniku, jeśli publika zacznie gwizdać. Jeśli już, określiłbym Platformę jako soft prawicę, którą lepiej charakteryzuje konformizm, niż jakakolwiek idea polityczna, bo te Platforma jednego dnia może uznawać za własne, innego zwalczać, jeśli tylko uzna to za efektywne.)
Nie pochylam się nad polską prawicą, bo pociągają mnie jej idee. Uznaję potrzebę jej istnienia jako naturalnego korektora lewicowych pomysłów społecznych i gospodarczych. Jednak fascynujące jest upośledzenie prawicowych polityków, niezdolnych do sensownego praktycznego działania. Warto poszukać przyczyn tego stanu.
Na początek odrzuciłem tezę, że niekompetencja to wrodzona cecha prawicy w ogóle. Co prawda jakiś czas temu politolog David Amodio i jego koledzy z Laboratorium Neurologii Społecznej New York University ogłosili w artykule „Neuropoznawcze korelaty liberalizmu i konserwatyzmu”, że – w uproszczeniu mówiąc – prawicowcy są głupsi od ludzi o lewicowych przekonaniach, ale doświadczenia z Wielkiej Brytanii (Thatcher) i USA (Reagan) mówią co innego.
Teza pierwsza: brak zaplecza intelektualnego
Do skutecznych rządów potrzeba ludzi i wiedzy, tę zaś posiadają nie politycy a „mędrcy” (by uniknąć zdezawuowanego terminu autorytety). Prawicowi politycy i publicyści twierdzą, że przez całe lata 90. byli spychani poza obręb głównego nurtu debaty publicznej. Przyczynić się do tego miała głównie Gazeta Wyborcza, z jej wrodzoną nienawiścią do wszystkiego, co konserwatywne, prawicowe i narodowe. Nie lubią wspominać o pampersowej telewizji czasów Walendziaka, o dzienniku Życie, który zamiast walczyć na rynku o pozycję, utonął w międzyfrakcyjnych walkach redaktorów, o tworzonej za państwowe pieniądze telewizji Plus. Nie wiem, czy notoryczne podnoszenie argumentu „marginalizacji prawicy” ma służyć usprawiedliwieniu, faktem jest, że z zapleczem intelektualnym polska prawica ma obecnie problem. Z całym szacunkiem, Krasnodębski i Legutko to jednak nie Kołakowski. I nie chodzi tu bynajmniej o poglądy, a o potencjał i warsztat intelektualny.
Politycy prawicowi mają tego świadomość, dlatego w kółko powtarzają, że wspomniana już Gazeta Wyborcza, że uniwersytety opanowane przez postkomunę i lewicę, że Katyń, gdzie wymordowano prawdziwą polska inteligencje, że elity tkwiące w postkomunistycznym układzie, mające na względzie jedynie własne profity a nie dobro kraju i idee.
Przy tak ubogim zapleczu chciałoby się zawołać: więc idźcie i nawracajcie. W końcu gdyby nie św. Paweł, nauki Jezusa też nie dotarłyby do milionów.
Tu prawica potyka się o kłodę, którą w dodatku sama rzuca sobie pod nogi – niezdolność do debaty. Ze swoim przywiązaniem do tradycji i hasłem „powrotu do świata wartości” prawica uznaje się za dysponenta prawdy. Prawda – w tym ujęciu – jest tylko jedna, dlatego nie ma sensu nad nią dyskutować. Przeciwników trzeba nawrócić, a jeśli to nie przynosi efektu – zmusić do uznania prawdy. Stąd cały problem PiS-u z pozyskaniem elit: te chcą zostać przekonane, a są nawracane. Ten problem bardzo dobrze obrazuje zapowiadane na początek marca spotkanie liderów i działaczy PiS z sympatyzującymi z partią intelektualistami. Ma ono pomóc w odzyskaniu poparcia środowisk inteligenckich. Któż tam będzie? Nowak, Legutko, Terlecki… Czyli ci, którzy i tak od dawna popierają PiS. Przekonani będą przekonywać przekonanych.
Ale zaraz. Przecież rząd AWS-u nie miał problemów z zapleczem. Życie społeczno-polityczne nie było tak zideologizowane jak obecnie i „mędrcy” godzili się pracować dla polityków. A mimo wszystko AWS skompromitował się jak PiS (o czym mało kto pamięta).
Szukam więc dalej.
Teza druga: niezdolność do kompromisu
Fakt, lewica nie ma z tym problemu. Może dogadać się z każdym, z czego zresztą prawica czyni jej zarzut. Bo i jak wygląda kompromis według polityków polskiej prawicy? Powstaje nowa partia. I to musi być jakaś cecha immanentna polskiej prawicy, bo na świecie partie konserwatywne nie mają problemów z zawiązywaniem koalicji i znajdowaniem sprzymierzeńców.
Rząd PiS na kompromis nie szedł. Ale z drugiej strony, jaki rewolucjonista idzie? Nieudane rewolucje to właśnie ofiary kompromisów. A PiS nie po to szedł do władzy, by zarządzać państwem, ale by je zmieniać. Z drugiej strony, aby przeprowadzić rewolucję, trzeba mieć za sobą masy. A tych PiS nie miał. Co prawda 20-30 procentowy elektorat popierał Kaczyńskich bezwarunkowo, ale po przeliczeniu procentów na jednostki nijak nie wychodziła większość. Jedynie większość głosujących. A tych wtedy było nie za wiele.
Czyż więc ta właśnie niezdolność do kompromisu jest przyczyna porażki polskiej prawicy? Byłaby, gdyby nie jeden istotny szczegół. Balcerowicz. Trudno wyobrazić sobie rewolucję bardziej radykalną niż jego reformy. Nie było w nich politycznej kalkulacji, nie było kompromisu. A efekt? Zgoła przeciwny.
Teza trzecia: anachroniczna wizja państwa
Kiedyś nazwałem Kaczyńskich prawdziwymi postkomunistami. Wierzą oni, że władza, opierając się na sile aparatu państwowego jest w stanie przeorganizować strukturę społeczną i gospodarczą. To przecież politycy Prawa i Sprawiedliwości, a nie społeczeństwo, miało zbudować IV RP. Ale społeczeństwo chce silnego państwa, dopóki nie wchodzi ono z butami w ich życie. Rząd Kaczyńskiego, Leppera i Giertycha nie wyczuwał tego niuansu, dlatego został przez wyborców odprawiony z kwitkiem.
Bylibyśmy blisko znalezienia odpowiedzi, gdyby nie fakt, że z wszystkich badań opinii społecznej wynika, że Polacy tęsknią za rządami silnej ręki. Mógł więc co najwyżej Kaczyński nieudolnie wprowadzać swoją wizji silnego państwa, ale nie pomylił się co to meritum.
Układ, nad którym znęcało się już setki publicystów, pominę milczeniem. Został ostatni czynnik, zupełnie niepolityczny. (cdn)
(Na początek krótka uwaga metodologiczna. Choć Platforma Obywatelska lubi mówić o sobie jako o prawicy, nie uznaję ją za przedstawiciela tej opcji. Donald Tusk swoją prawicowość traktuje jak kostium. Dobry, gdy podoba się publiczności, natychmiast wyląduje na śmietniku, jeśli publika zacznie gwizdać. Jeśli już, określiłbym Platformę jako soft prawicę, którą lepiej charakteryzuje konformizm, niż jakakolwiek idea polityczna, bo te Platforma jednego dnia może uznawać za własne, innego zwalczać, jeśli tylko uzna to za efektywne.)
Nie pochylam się nad polską prawicą, bo pociągają mnie jej idee. Uznaję potrzebę jej istnienia jako naturalnego korektora lewicowych pomysłów społecznych i gospodarczych. Jednak fascynujące jest upośledzenie prawicowych polityków, niezdolnych do sensownego praktycznego działania. Warto poszukać przyczyn tego stanu.
Na początek odrzuciłem tezę, że niekompetencja to wrodzona cecha prawicy w ogóle. Co prawda jakiś czas temu politolog David Amodio i jego koledzy z Laboratorium Neurologii Społecznej New York University ogłosili w artykule „Neuropoznawcze korelaty liberalizmu i konserwatyzmu”, że – w uproszczeniu mówiąc – prawicowcy są głupsi od ludzi o lewicowych przekonaniach, ale doświadczenia z Wielkiej Brytanii (Thatcher) i USA (Reagan) mówią co innego.
Teza pierwsza: brak zaplecza intelektualnego
Do skutecznych rządów potrzeba ludzi i wiedzy, tę zaś posiadają nie politycy a „mędrcy” (by uniknąć zdezawuowanego terminu autorytety). Prawicowi politycy i publicyści twierdzą, że przez całe lata 90. byli spychani poza obręb głównego nurtu debaty publicznej. Przyczynić się do tego miała głównie Gazeta Wyborcza, z jej wrodzoną nienawiścią do wszystkiego, co konserwatywne, prawicowe i narodowe. Nie lubią wspominać o pampersowej telewizji czasów Walendziaka, o dzienniku Życie, który zamiast walczyć na rynku o pozycję, utonął w międzyfrakcyjnych walkach redaktorów, o tworzonej za państwowe pieniądze telewizji Plus. Nie wiem, czy notoryczne podnoszenie argumentu „marginalizacji prawicy” ma służyć usprawiedliwieniu, faktem jest, że z zapleczem intelektualnym polska prawica ma obecnie problem. Z całym szacunkiem, Krasnodębski i Legutko to jednak nie Kołakowski. I nie chodzi tu bynajmniej o poglądy, a o potencjał i warsztat intelektualny.
Politycy prawicowi mają tego świadomość, dlatego w kółko powtarzają, że wspomniana już Gazeta Wyborcza, że uniwersytety opanowane przez postkomunę i lewicę, że Katyń, gdzie wymordowano prawdziwą polska inteligencje, że elity tkwiące w postkomunistycznym układzie, mające na względzie jedynie własne profity a nie dobro kraju i idee.
Przy tak ubogim zapleczu chciałoby się zawołać: więc idźcie i nawracajcie. W końcu gdyby nie św. Paweł, nauki Jezusa też nie dotarłyby do milionów.
Tu prawica potyka się o kłodę, którą w dodatku sama rzuca sobie pod nogi – niezdolność do debaty. Ze swoim przywiązaniem do tradycji i hasłem „powrotu do świata wartości” prawica uznaje się za dysponenta prawdy. Prawda – w tym ujęciu – jest tylko jedna, dlatego nie ma sensu nad nią dyskutować. Przeciwników trzeba nawrócić, a jeśli to nie przynosi efektu – zmusić do uznania prawdy. Stąd cały problem PiS-u z pozyskaniem elit: te chcą zostać przekonane, a są nawracane. Ten problem bardzo dobrze obrazuje zapowiadane na początek marca spotkanie liderów i działaczy PiS z sympatyzującymi z partią intelektualistami. Ma ono pomóc w odzyskaniu poparcia środowisk inteligenckich. Któż tam będzie? Nowak, Legutko, Terlecki… Czyli ci, którzy i tak od dawna popierają PiS. Przekonani będą przekonywać przekonanych.
Ale zaraz. Przecież rząd AWS-u nie miał problemów z zapleczem. Życie społeczno-polityczne nie było tak zideologizowane jak obecnie i „mędrcy” godzili się pracować dla polityków. A mimo wszystko AWS skompromitował się jak PiS (o czym mało kto pamięta).
Szukam więc dalej.
Teza druga: niezdolność do kompromisu
Fakt, lewica nie ma z tym problemu. Może dogadać się z każdym, z czego zresztą prawica czyni jej zarzut. Bo i jak wygląda kompromis według polityków polskiej prawicy? Powstaje nowa partia. I to musi być jakaś cecha immanentna polskiej prawicy, bo na świecie partie konserwatywne nie mają problemów z zawiązywaniem koalicji i znajdowaniem sprzymierzeńców.
Rząd PiS na kompromis nie szedł. Ale z drugiej strony, jaki rewolucjonista idzie? Nieudane rewolucje to właśnie ofiary kompromisów. A PiS nie po to szedł do władzy, by zarządzać państwem, ale by je zmieniać. Z drugiej strony, aby przeprowadzić rewolucję, trzeba mieć za sobą masy. A tych PiS nie miał. Co prawda 20-30 procentowy elektorat popierał Kaczyńskich bezwarunkowo, ale po przeliczeniu procentów na jednostki nijak nie wychodziła większość. Jedynie większość głosujących. A tych wtedy było nie za wiele.
Czyż więc ta właśnie niezdolność do kompromisu jest przyczyna porażki polskiej prawicy? Byłaby, gdyby nie jeden istotny szczegół. Balcerowicz. Trudno wyobrazić sobie rewolucję bardziej radykalną niż jego reformy. Nie było w nich politycznej kalkulacji, nie było kompromisu. A efekt? Zgoła przeciwny.
Teza trzecia: anachroniczna wizja państwa
Kiedyś nazwałem Kaczyńskich prawdziwymi postkomunistami. Wierzą oni, że władza, opierając się na sile aparatu państwowego jest w stanie przeorganizować strukturę społeczną i gospodarczą. To przecież politycy Prawa i Sprawiedliwości, a nie społeczeństwo, miało zbudować IV RP. Ale społeczeństwo chce silnego państwa, dopóki nie wchodzi ono z butami w ich życie. Rząd Kaczyńskiego, Leppera i Giertycha nie wyczuwał tego niuansu, dlatego został przez wyborców odprawiony z kwitkiem.
Bylibyśmy blisko znalezienia odpowiedzi, gdyby nie fakt, że z wszystkich badań opinii społecznej wynika, że Polacy tęsknią za rządami silnej ręki. Mógł więc co najwyżej Kaczyński nieudolnie wprowadzać swoją wizji silnego państwa, ale nie pomylił się co to meritum.
Układ, nad którym znęcało się już setki publicystów, pominę milczeniem. Został ostatni czynnik, zupełnie niepolityczny. (cdn)
Etykiety:
Kaczyński,
konserwatyzm,
PiS,
polityka,
prawica
czwartek, 24 stycznia 2008
Idąc za tłumem
Tłum chce, by kara dla przestępców była drastyczna i wysoka. Za kradzież – obcięcie ręki, za zabójstwo – kara śmierci. Tłum nie lubi niuansów, okoliczności łagodzących i wątpliwości. Tłum kieruje się emocjami, dlatego kolejne głośne przestępstwo doprowadza go do wrzenia, wywołuje żądzę odwetu. Gdyby tłum decydował o winie, kat miałby pełne ręce roboty.
Taka właśnie filozofia przyświeca zmianom w kodeksie karnym, zaprezentowanym we wtorek przez premiera Kaczyńskiego i ministra Ziobro. Zaostrzenie kar ma spowodować zwiększenie poczucia bezpieczeństwa obywateli. Tłum te zmiany pochwali. Kto będzie przeciw, szybko zostanie okrzyknięty obrońcą przestępców i relatywistą.
Trudno, postawię się na chwilę w tej roli.
Nowy kodeks rozszerza odpowiedzialność karną wobec osób, które ukończyły 15 rok życia a nie ukończyły 17. To najbardziej kontrowersyjny zapis. Bo wyobraźmy sobie piętnastoletnie dziecko – tak, dziecko – popełniające przestępstwo. Potrzeba więcej konkretów? Bardzo proszę:
Najpierw pomyśl o kimś bliskim, niech to będzie ojciec. Wyszedł wieczorem na spacer w psem do małego parku pod blokiem. Chodzi tam codziennie od lat, o okolicy mówi się, że jest bezpieczna. Siedzisz w przed telewizorem, jesz kolację, matka coś czyta przy stole. Po godzinie matka zaniepokojona spogląda na zegarek. Co on tak długo? – pyta. Nawet nie zauważyłeś, że minęło tyle czasu, ale nie przejmujesz się zbytnio. Po kolejnych dziesięciu minutach matka zaczyna się denerwować. Idź, zobacz, gdzie jest, mówi. Ty, trochę zły podnosisz się, zakładasz buty i wychodzisz.
Chodzisz po parku, ojca nie widać, zaczynasz się denerwować. Mijasz krzaki. Najpierw widzisz psa, swojego kundelka, leży martwy. Wchodzisz dalej, spoglądasz i krzyczysz. Krzyczysz z przerażenia, długo, głośno, tak jak jeszcze nigdy w życiu. Cały się trzęsiesz, masz mgłę przed oczami. Przed tobą leży ojciec, twój ukochany, głowę ma nienaturalnie odciągniętą do tyłu. Na szyi… nie, na jakiej szyi, on nie ma szyi, tam jest olbrzymia czarna dziura, tata ma podcięte gardło, wszędzie pełno krwi.
Po czterech dnia dzwoni policja, złapali mordercę. Ma piętnaście lat. Dlaczego to zrobił? Bo potrzebował pieniędzy. Zabił dla piętnastu złotych.
Zabić sk…a, krzyczysz w myślach, on nie ma prawa chodzić po ziemi, nie wytrzymam, sam go zabiję w sądzie! Nie myślisz, czujesz, jesteś naładowany negatywnymi emocjami tak, że za chwilę eksplodujesz. I masz święte prawo do takich myśli, masz prawo chcieć zemsty, to naturalny, najpierwotniejszy instynkt. Nikt nie ma prawa od ciebie żądać, abyś myślał racjonalnie, ważył winę i okoliczności łagodzące. Jego trzeba zabić. Koniec. Kropka.
Tu dochodzimy do sedna problemu.
Czy ten zdemoralizowany nastolatek zdaje sobie świadomość z konsekwencji czynu? Czy powinien być sądzony jak dorosły? Sam bez wahania zakrzyknąłbym, że tak, ale kołacze mi w głowie jedna wątpliwość. Nie pozwalamy mu prowadzić samochodu, nie dajemy prawa głosu w wyborach, wymagamy, by opiekował się nim dorosły, ba, nie pozwalamy mu decydować, w co się ubrać do szkoły (mundurki są odpowiednie, mówi dorosły minister, wy jesteście za młodzi, by sami o tym decydować). Dlaczego? No właśnie, może dlatego, że jeszcze nie dorósł, że jest podatny na wpływ, że do dorosłości – obojętne jak definiowanej – czegoś jeszcze brakuje? Dlaczego więc tylko za złe uczynki ma odpowiadać jak dorosły?
Trudno wytłumaczyć tę sprzeczność.
Nie potrafię postawić się w opisanej wyżej sytuacji, ale mam podejrzenia graniczące z pewnością, że dokładnie takie uczucia by mną miotały. Chciałbym zemsty i miałbym do niej święte prawo. Ale celem państwa jako takiego jest właśnie zrównoważenie interesów jednostek, indywidualnych egoizmów, tak, by zachować równowagę. Państwo musi stanąć z boku i zracjonalizować opisaną wyżej sytuację. Przekazać ją prokuratorom, sądom, narzucić im obowiązek obiektywnej oceny. Państwo nie może pozwolić by moje zemsty zostało zaspokojone.
Wiem, że jeszcze niejeden piętnastolatek popełni drastyczny przestępstwo. Ale wolałbym, aby państwo podjęło choć próbę wyprowadzenia takiego dzieciaka na prostą. Zreformowało poprawczaki, wypracowało system opieki nad młodocianymi przestępcami. Obniżenie wieku odpowiedzialności karnej i zaostrzenie kar to głos ludu, a nie polityka karna.
Bertrand Russell powiedział kiedyś: Nie będziesz chodził za tłumem, aby robić coś złego.
Bo lud nie zawsze ma rację.
(kwiecień 2007)
Taka właśnie filozofia przyświeca zmianom w kodeksie karnym, zaprezentowanym we wtorek przez premiera Kaczyńskiego i ministra Ziobro. Zaostrzenie kar ma spowodować zwiększenie poczucia bezpieczeństwa obywateli. Tłum te zmiany pochwali. Kto będzie przeciw, szybko zostanie okrzyknięty obrońcą przestępców i relatywistą.
Trudno, postawię się na chwilę w tej roli.
Nowy kodeks rozszerza odpowiedzialność karną wobec osób, które ukończyły 15 rok życia a nie ukończyły 17. To najbardziej kontrowersyjny zapis. Bo wyobraźmy sobie piętnastoletnie dziecko – tak, dziecko – popełniające przestępstwo. Potrzeba więcej konkretów? Bardzo proszę:
Najpierw pomyśl o kimś bliskim, niech to będzie ojciec. Wyszedł wieczorem na spacer w psem do małego parku pod blokiem. Chodzi tam codziennie od lat, o okolicy mówi się, że jest bezpieczna. Siedzisz w przed telewizorem, jesz kolację, matka coś czyta przy stole. Po godzinie matka zaniepokojona spogląda na zegarek. Co on tak długo? – pyta. Nawet nie zauważyłeś, że minęło tyle czasu, ale nie przejmujesz się zbytnio. Po kolejnych dziesięciu minutach matka zaczyna się denerwować. Idź, zobacz, gdzie jest, mówi. Ty, trochę zły podnosisz się, zakładasz buty i wychodzisz.
Chodzisz po parku, ojca nie widać, zaczynasz się denerwować. Mijasz krzaki. Najpierw widzisz psa, swojego kundelka, leży martwy. Wchodzisz dalej, spoglądasz i krzyczysz. Krzyczysz z przerażenia, długo, głośno, tak jak jeszcze nigdy w życiu. Cały się trzęsiesz, masz mgłę przed oczami. Przed tobą leży ojciec, twój ukochany, głowę ma nienaturalnie odciągniętą do tyłu. Na szyi… nie, na jakiej szyi, on nie ma szyi, tam jest olbrzymia czarna dziura, tata ma podcięte gardło, wszędzie pełno krwi.
Po czterech dnia dzwoni policja, złapali mordercę. Ma piętnaście lat. Dlaczego to zrobił? Bo potrzebował pieniędzy. Zabił dla piętnastu złotych.
Zabić sk…a, krzyczysz w myślach, on nie ma prawa chodzić po ziemi, nie wytrzymam, sam go zabiję w sądzie! Nie myślisz, czujesz, jesteś naładowany negatywnymi emocjami tak, że za chwilę eksplodujesz. I masz święte prawo do takich myśli, masz prawo chcieć zemsty, to naturalny, najpierwotniejszy instynkt. Nikt nie ma prawa od ciebie żądać, abyś myślał racjonalnie, ważył winę i okoliczności łagodzące. Jego trzeba zabić. Koniec. Kropka.
Tu dochodzimy do sedna problemu.
Czy ten zdemoralizowany nastolatek zdaje sobie świadomość z konsekwencji czynu? Czy powinien być sądzony jak dorosły? Sam bez wahania zakrzyknąłbym, że tak, ale kołacze mi w głowie jedna wątpliwość. Nie pozwalamy mu prowadzić samochodu, nie dajemy prawa głosu w wyborach, wymagamy, by opiekował się nim dorosły, ba, nie pozwalamy mu decydować, w co się ubrać do szkoły (mundurki są odpowiednie, mówi dorosły minister, wy jesteście za młodzi, by sami o tym decydować). Dlaczego? No właśnie, może dlatego, że jeszcze nie dorósł, że jest podatny na wpływ, że do dorosłości – obojętne jak definiowanej – czegoś jeszcze brakuje? Dlaczego więc tylko za złe uczynki ma odpowiadać jak dorosły?
Trudno wytłumaczyć tę sprzeczność.
Nie potrafię postawić się w opisanej wyżej sytuacji, ale mam podejrzenia graniczące z pewnością, że dokładnie takie uczucia by mną miotały. Chciałbym zemsty i miałbym do niej święte prawo. Ale celem państwa jako takiego jest właśnie zrównoważenie interesów jednostek, indywidualnych egoizmów, tak, by zachować równowagę. Państwo musi stanąć z boku i zracjonalizować opisaną wyżej sytuację. Przekazać ją prokuratorom, sądom, narzucić im obowiązek obiektywnej oceny. Państwo nie może pozwolić by moje zemsty zostało zaspokojone.
Wiem, że jeszcze niejeden piętnastolatek popełni drastyczny przestępstwo. Ale wolałbym, aby państwo podjęło choć próbę wyprowadzenia takiego dzieciaka na prostą. Zreformowało poprawczaki, wypracowało system opieki nad młodocianymi przestępcami. Obniżenie wieku odpowiedzialności karnej i zaostrzenie kar to głos ludu, a nie polityka karna.
Bertrand Russell powiedział kiedyś: Nie będziesz chodził za tłumem, aby robić coś złego.
Bo lud nie zawsze ma rację.
(kwiecień 2007)
Etykiety:
Kaczyński,
kodeks karny,
PiS,
Russell,
Ziobro
Nadzieja w czasach zarazy
Ten wirus niszczy i polityków, i wyborców. Mutuje się, zmienia politykę w ciąg oskarżeń i licytacji, gdzie już nie wizja i cel, a jedynie krzyk i oszczerstwa zwracają uwagę. Poglądy mają być bezdyskusyjne, rozwiązania natychmiastowe a oceny jednoznaczne. Ten wirus to radykalizm.
Załóżmy na chwilę, że Jarosław Kaczyński zrealizował swój plan naprawy Rzeczypospolitej. Żyjemy w IV RP. Jak wygląda ten kraj? Na arenie międzynarodowej jesteśmy może nielubiani, ale poważani, zwłaszcza w Europie. Żadna strategiczna decyzja Unii Europejskiej nie zostaje podjęta bez naszej aprobaty. Zgodziliśmy się na unijnego ministra spraw zagranicznych, ale wywalczyliśmy, że nie może on pochodzić z krajów starej unii, dzięki czemu wzrosło znaczenie i siła mniejszych państw, a spadło Niemiec i Francji. Energetycznie jesteśmy niezależni od Rosji, kupujemy ropę i gaz z innych źródeł, drożej, ale stać nas na to. Wybudowaliśmy gazoport. Gospodarka wchłania strumień unijnym pieniędzy, rwie do przodu, bezrobocie oscyluje w granicach pięciu-siedmiu procent. Rozwój gospodarczy i szybkie bogacenie się społeczeństwa ściąga kapitał zagraniczny, który inwestuje tu już nie z powodu taniej siły roboczej, ale głównie ze względu na potencjał rynku i poziom wykształcenia pracowników. Wypleniono korupcję, spadła przestępczość.
Cóż zarzucić tej wizji? Dlaczego nie przyznać racji Jarosławowi Kaczyńskiemu gdy mówi, że w polityce międzynarodowej trzeba ostro walczyć o swoje, nawet z takimi potęgami jak Rosja, że wzrost gospodarczy nie może być celem samym w sobie, ale ma służy poprawie jakości życia obywateli, że powiązania urzędników z biznesem są patogenne i przestępcy powinni siedzieć w więzieniach?
Nie dajmy się zwariować, bracia Kaczyńscy nie psują wszystkiego, czego się dotykają. Choć gospodarka sunie do przodu głównie dzięki sprzyjającym okolicznościom (wejście do Unii), to jeśli przyjąć liberalną optykę, że najlepszy rząd to taki, który trzyma ręce jak najdalej od gospodarki, to akurat gabinetowi Jarosława Kaczyńskiego trudno tu cokolwiek zarzucić. W tych sprawach aktywność gabinetu ogranicza się do podziału łupów i obsadzania stanowisk niekompetentnymi figurantami, bez ingerencji w sam mechanizm. I dobrze. Tu akurat koalicja robi to samo co poprzednicy. Różnica między niekompetentnym urzędnikiem z AWS czy SLD a Samoobrony lub PiS jest umowna. Z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego ci niekompetentni są chociaż lojalni. Co więc z tą wizją jest nie tak? Osobiście przyznam: mi się podoba. Chciałbym żyć w państwie poważanym w Europie, niezależnym i bezpiecznym. I nawet przyklasnąłbym Jarosławowi Kaczyńskiemu, gdyby nie jeden problem.
Wściekłe psy
Trudno wyobrazić sobie sprawę ważniejszą dla lokalnej społeczności, niż budowa obwodnicy Augustowa. Miasto rozjeżdżają tiry, mieszkańcy czekają na rozpoczęcie budowy, ale ekolodzy protestują przeciw zaaprobowanemu wariantowi trasy. Zmiana przebiegu oznacza odłożenie w czasie rozpoczęcia prac. Sprawa zmobilizowała setki tysięcy Polaków, przez kilka tygodni nie schodziła z pierwszych stron gazet, w konflikt włączył się rząd, prezydent, nawet Unia Europejska. 20 maja na Podlasiu odbyło się referendum w sprawie obwodnicy, połączone z wyborami do sejmiku samorządowego. Co się okazało? Jest nieważne z powodu zbyt niskiej frekwencji – do urn poszło niewiele ponad 22 procent uprawnionych.
Ale nie ta liczba szokuje, do takiej frekwencji w wyborach samorządowych zdążyliśmy się przyzwyczaić. W referendum głosowało tylko 35 procent mieszkańców Augustowa. Ludzi najbardziej zainteresowanych! Po takiej burzy medialnej, po dziesiątkach protestów, po blokadach dróg, tylko 35 procent? W relacjach dziennikarskich mieszkańcy mówili jednym głosem: dusimy się, nie możemy żyć w mieście rozjeżdżanym przez tiry, potrzeba nam tej obwodnicy jak powietrza. Ale gdy mogli się wypowiedzieć, dać władzy placet do działania w ich imieniu, odwrócili się plecami od urn.
To jest właśnie pułapka, w która wpadł Jarosław Kaczyński. Niska frekwencja w wyborach samorządowych była dla niego korzystna, bo w odróżnieniu od innych partii, PiS ma bardzo zdyscyplinowany elektorat. Jednak w referendum w sprawie obwodnicy Augustowa chodziło o coś jeszcze – o poparcie mieszkańców w konflikcie PiS-u z wszelkiej maści ekologami, wykształciuchami, nawet Unią, która zechciała wcisnąć swoje trzy grosze. Nie udało się, PiS padł ofiarą własnej choroby. Bo duża część społeczeństwa uznaje już nie tylko politykę, ale nawet sam proces wyborczy, za coś odpychającego, w którym nie chce brać udziału, no bo kto z własnej woli wkłada rękę do klatki z wściekłymi psami.
Radykał na głodzie
Jeśli chodzi o strategię polityczną, wszystko wygląda dobrze. Wizji Jarosława Kaczyńskiego nie da się zrealizować w trakcie jednej kadencji, jest zbyt ambitna. Potrzeba tu i drugiej kadencji parlamentarnej, i prezydenckiej. Wybory 2005 roku pokazały, że społeczeństwo jest zmęczone polityką, do urn poszło niewiele ponad 40 procent uprawnionych. Oczywisty wniosek był taki, że umiarkowany elektorat się nie liczy, najważniejsi są radykalni wyborcy. To oni zdecydowali o wygranej potencjalnej koalicji PiS-PO, oni chcieli zmian, rewolucji moralnej i IV RP. Koalicja nie powstała, bo Platforma z racji historii jej liderów lekko ciąży ku centrum, a i liderzy PO nie chcieli firmować rewolucji prowadzonej pod cudzym sztandarem (gdyby to Platforma wygrała i Rokita miał zostać premierem, pewnie podobnie zachowałby się PiS).
Zazwyczaj po wyborach następuje szybkie ochłodzenie nastrojów, sprawowanie władzy tępi radykalne zapędy. PiS bał się takiego scenariusza. Jego wyborcy nie wybaczyliby mu umiarkowania, partia mogłaby zapomnieć o wygranej w kolejnych wyborach. Zamiast więc spuścić z tonu, Jarosław Kaczyński jeszcze bardziej podkręcił strunę tak, by radykalny ton był wysoki i dobrze słyszalny. Elektorat jest szczęśliwy, co wyraża poparciem w sondażach, rewelacyjnych, jak dla partii rządzącej od półtora roku. Trybunał Konstytucyjny, „tak zwane elity”, lekarze, lustracje teczek i majątków, tajne konta, przecieki do prasy o kolejnych zeznaniach i oskarżeniach – to wszystko służy zaspokojeniu żądzy zemsty i frustracji niedopieszczonego przez ostatnie 18 lat elektoratu. Jeśli wszystko poszłoby dobrze, zniechęcenie umiarkowanych tylko się powiększy, frekwencja w kolejnych wyborach będzie niższa, a zwycięstwo partii Jarosława Kaczyńskiego większe.
Niby wszystko się zgadza, polityka wymaga takich właśnie kalkulacji, to przecież walka o zdobycie i utrzymanie władzy. Ale zróbmy jeszcze jedno ćwiczenie. Wyobraźmy sobie, że Lech i Jarosław Kaczyńscy, po uchwaleniu nowej konstytucji, ogłaszają z dumą: Oto mamy IV Rzeczpospolitą. Wszystkie najważniejsze instytucje państwowe obsadzone swoimi, przeciwnicy polityczni rozproszeni. I co, to już koniec walki? Oto sedno problemu. Co miałby powiedzieć Jarosław Kaczyński swojemu elektoratowi? Jak sam sobie wyjaśniać rzeczywistość? Co z winnymi, oskarżeniami, spiskami, zapewnieniami, że choć jest źle, będzie lepiej, którymi od lat karmili się politycy i elektorat PiS-u. Czy w tym oto cudownym momencie partia i jej wyborcy zostaną cudownie uleczeni, uznają, że rzeczywistość – społeczna, polityczna, obyczajowa – jest dokładnie taka, jakiej pragnęli, że ich idee zostały z powodzeniem wcielone w życie? Próżne nadzieje, przecież radykalizm to ciężka choroba, kto raz zachoruje, będzie jak alkoholik nosił ją w sobie do końca życia. Gdy brak mu wrogów, jest na głodzie. Jarosław Kaczyński to wie. Dlatego, choć powinien się cieszyć, w dniu ogłaszania nowej Rzeczpospolitej stałby z zasępiona twarzą.
Jak chłopu na granicy
Spustoszenie, jakiego dokonał wirus radykalizmu w umysłach polityków i wśród wyborców jest nieodwracalne. Dyskusja? Oto poseł koalicji telewizyjnym programie zatytułowanym „Warto rozmawiać” odczytuje z karki przygotowane wcześniej tezy swojego wystąpienia. Jemu dialog nie jest potrzebny. Publicystyka? Oto teksty zawierające podręczny zestaw oszczerstw wobec „obrońców układu” z jednej i „reżimowych publicystów” z drugiej strony. Polityka edukacyjna? Przecież mamy wicepremiera ogarniętego homoseksualną obsesją, który niepoprawnych płciowo znajdzie nawet w równaniach z jedną niewiadomą.
I elektorat to kupuje. Elektoratowi podoba się, gdy jego polityk żąda od profesora ekonomii w telewizyjnej debacie, by mu wyjaśnił zawiłe kwestie makroekonomii, jak chłopu na granicy. Mów pan prosto, tak żeby wszyscy pana zrozumieli, rzuca, gdy tylko pojawiają się skomplikowane terminy i definicje, i cieszy się, gdy profesor w końcu daje za wygraną. A widzisz pan, nawet nie potrafisz pan powiedzieć, o co panu chodzi, puentuje polityk, a elektorat jest zachwycony.
Elektorat woli, gdy polityk nie debatuje, tylko wygłasza swoje racje. Po co odnosić się do argumentów przeciwników, analizować ich pod względem prawdziwości lub nieprawdziwości? Polityk ma swoje wiedzieć, co nas obchodzi zdanie innych.
Elektorat chce, by polityk był dumny. By obnosił się z tą dumą za granicami, choć tam chcieliby pogadać z nim o interesach, a nie o jego kompleksach. I nie wstydził się, gdy ktoś go przyłapie na głupocie, bo wiadomo, że to zmowa polityczna, nie lubią, dlatego atakują.
I najważniejsze – elektorat jest podejrzliwy, polityk też musi. Dlatego przeciwnik polityczny nie może być uczciwy, bo przecież uczciwi to jesteśmy my. Dlatego nikt poza nasza partią nie troszczy się o dobro kraju. Dlatego wszędzie wietrzymy spiski, oskarżamy, nasyłamy prokuraturę, powołujemy komisje.
Obojętna większość
A co z resztą społeczeństwa? – spyta ktoś. Przecież wybory to dziś domena mniejszości, nawet największym twardzielom demokracji czasami chodzi po głowie: a po co głosować, co to zmieni. Zdrowa większość broni się przed wirusem jedyną dostępną i skuteczną szczepionką – obojętnością. Tylko podczas kampanii wyborczych jest mniej odporna, ulega sugestiom, wizjom, łapie się na proste i natychmiastowe rozwiązania, bezdyskusyjne poglądy, bezkompromisowych polityków, jednym słowem – ulega czarowi radykalizmu. Któż nie wolałby łatwo, szybko, bezproblemowo? Ale po wyborach organizm wraca do równowagi, zwłaszcza, gdy po półtora roku rządów słyszy, że mityczny „układ” i „sieć powiązań” wciąż blokuje budowę autostrad. Wiadomo, że najprostsze wytłumaczenia są najtrafniejsze, więc po co „układ”, wystarczy „niekompetencja”.
Umiarkowani obojętnieją, bo przecież nie wyjdą na ulice, nie zdemolują stolicy, to nie ich metody, to domena radykałów. A jak nie wyjdą, to nikt na nich nie zwróci uwagi. Zdają sobie sprawę z tej kwadratury koła i obojętnieją w milczeniu. Dobrze, że siedzą cicho, cieszą się radykałowie, bo zdają sobie sprawę z ich przewagi liczebnej. I mogą bez oporu mamić się swoimi chorymi wizjami.
Docenić normalność
Czy jest jakaś nadzieją dla zobojętniałej większości? Przecież nie ma co liczyć, że koalicja rządząca wyleczy się z tej choroby, musiałaby najpierw przyznać, że jest chora i chcieć się leczyć. Może jakaś inna siła polityczna? Ale kto? Aleksander Kwaśniewski jako obrońca demokracji? Pomińmy milczeniem. Donald Tusk jak „lepszy Kaczyński”? Mało pociągające. Nie pomoże szybki przegląd elit politycznych. Oszukała AWS, oszukał SLD, oszukał POPiS – mówi zobojętniały – nie dam się nabrać po raz kolejny.
Czyżbyśmy więc byli straceni? Bo nie mamy co liczyć na Wybawiciela. Nie zakładajmy, że pod budką z piwem pojawi się kulturalny, mądry jegomość, wda się w dyskusję i zachęci klientów do uczciwej pracy. Pewnie zanim otworzy usta dostanie po pysku. Jedyna nadzieja w nas, umiarkowanych, już zobojętniałych albo obojętniejących. Żeby docenić normalność, trzeba ją stracić. Potem zatęsknić. My już ją straciliśmy, ale jeszcze nie tęsknimy. Wtedy ruch będzie po naszej stronie.
(czerwiec 2007)
Załóżmy na chwilę, że Jarosław Kaczyński zrealizował swój plan naprawy Rzeczypospolitej. Żyjemy w IV RP. Jak wygląda ten kraj? Na arenie międzynarodowej jesteśmy może nielubiani, ale poważani, zwłaszcza w Europie. Żadna strategiczna decyzja Unii Europejskiej nie zostaje podjęta bez naszej aprobaty. Zgodziliśmy się na unijnego ministra spraw zagranicznych, ale wywalczyliśmy, że nie może on pochodzić z krajów starej unii, dzięki czemu wzrosło znaczenie i siła mniejszych państw, a spadło Niemiec i Francji. Energetycznie jesteśmy niezależni od Rosji, kupujemy ropę i gaz z innych źródeł, drożej, ale stać nas na to. Wybudowaliśmy gazoport. Gospodarka wchłania strumień unijnym pieniędzy, rwie do przodu, bezrobocie oscyluje w granicach pięciu-siedmiu procent. Rozwój gospodarczy i szybkie bogacenie się społeczeństwa ściąga kapitał zagraniczny, który inwestuje tu już nie z powodu taniej siły roboczej, ale głównie ze względu na potencjał rynku i poziom wykształcenia pracowników. Wypleniono korupcję, spadła przestępczość.
Cóż zarzucić tej wizji? Dlaczego nie przyznać racji Jarosławowi Kaczyńskiemu gdy mówi, że w polityce międzynarodowej trzeba ostro walczyć o swoje, nawet z takimi potęgami jak Rosja, że wzrost gospodarczy nie może być celem samym w sobie, ale ma służy poprawie jakości życia obywateli, że powiązania urzędników z biznesem są patogenne i przestępcy powinni siedzieć w więzieniach?
Nie dajmy się zwariować, bracia Kaczyńscy nie psują wszystkiego, czego się dotykają. Choć gospodarka sunie do przodu głównie dzięki sprzyjającym okolicznościom (wejście do Unii), to jeśli przyjąć liberalną optykę, że najlepszy rząd to taki, który trzyma ręce jak najdalej od gospodarki, to akurat gabinetowi Jarosława Kaczyńskiego trudno tu cokolwiek zarzucić. W tych sprawach aktywność gabinetu ogranicza się do podziału łupów i obsadzania stanowisk niekompetentnymi figurantami, bez ingerencji w sam mechanizm. I dobrze. Tu akurat koalicja robi to samo co poprzednicy. Różnica między niekompetentnym urzędnikiem z AWS czy SLD a Samoobrony lub PiS jest umowna. Z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego ci niekompetentni są chociaż lojalni. Co więc z tą wizją jest nie tak? Osobiście przyznam: mi się podoba. Chciałbym żyć w państwie poważanym w Europie, niezależnym i bezpiecznym. I nawet przyklasnąłbym Jarosławowi Kaczyńskiemu, gdyby nie jeden problem.
Wściekłe psy
Trudno wyobrazić sobie sprawę ważniejszą dla lokalnej społeczności, niż budowa obwodnicy Augustowa. Miasto rozjeżdżają tiry, mieszkańcy czekają na rozpoczęcie budowy, ale ekolodzy protestują przeciw zaaprobowanemu wariantowi trasy. Zmiana przebiegu oznacza odłożenie w czasie rozpoczęcia prac. Sprawa zmobilizowała setki tysięcy Polaków, przez kilka tygodni nie schodziła z pierwszych stron gazet, w konflikt włączył się rząd, prezydent, nawet Unia Europejska. 20 maja na Podlasiu odbyło się referendum w sprawie obwodnicy, połączone z wyborami do sejmiku samorządowego. Co się okazało? Jest nieważne z powodu zbyt niskiej frekwencji – do urn poszło niewiele ponad 22 procent uprawnionych.
Ale nie ta liczba szokuje, do takiej frekwencji w wyborach samorządowych zdążyliśmy się przyzwyczaić. W referendum głosowało tylko 35 procent mieszkańców Augustowa. Ludzi najbardziej zainteresowanych! Po takiej burzy medialnej, po dziesiątkach protestów, po blokadach dróg, tylko 35 procent? W relacjach dziennikarskich mieszkańcy mówili jednym głosem: dusimy się, nie możemy żyć w mieście rozjeżdżanym przez tiry, potrzeba nam tej obwodnicy jak powietrza. Ale gdy mogli się wypowiedzieć, dać władzy placet do działania w ich imieniu, odwrócili się plecami od urn.
To jest właśnie pułapka, w która wpadł Jarosław Kaczyński. Niska frekwencja w wyborach samorządowych była dla niego korzystna, bo w odróżnieniu od innych partii, PiS ma bardzo zdyscyplinowany elektorat. Jednak w referendum w sprawie obwodnicy Augustowa chodziło o coś jeszcze – o poparcie mieszkańców w konflikcie PiS-u z wszelkiej maści ekologami, wykształciuchami, nawet Unią, która zechciała wcisnąć swoje trzy grosze. Nie udało się, PiS padł ofiarą własnej choroby. Bo duża część społeczeństwa uznaje już nie tylko politykę, ale nawet sam proces wyborczy, za coś odpychającego, w którym nie chce brać udziału, no bo kto z własnej woli wkłada rękę do klatki z wściekłymi psami.
Radykał na głodzie
Jeśli chodzi o strategię polityczną, wszystko wygląda dobrze. Wizji Jarosława Kaczyńskiego nie da się zrealizować w trakcie jednej kadencji, jest zbyt ambitna. Potrzeba tu i drugiej kadencji parlamentarnej, i prezydenckiej. Wybory 2005 roku pokazały, że społeczeństwo jest zmęczone polityką, do urn poszło niewiele ponad 40 procent uprawnionych. Oczywisty wniosek był taki, że umiarkowany elektorat się nie liczy, najważniejsi są radykalni wyborcy. To oni zdecydowali o wygranej potencjalnej koalicji PiS-PO, oni chcieli zmian, rewolucji moralnej i IV RP. Koalicja nie powstała, bo Platforma z racji historii jej liderów lekko ciąży ku centrum, a i liderzy PO nie chcieli firmować rewolucji prowadzonej pod cudzym sztandarem (gdyby to Platforma wygrała i Rokita miał zostać premierem, pewnie podobnie zachowałby się PiS).
Zazwyczaj po wyborach następuje szybkie ochłodzenie nastrojów, sprawowanie władzy tępi radykalne zapędy. PiS bał się takiego scenariusza. Jego wyborcy nie wybaczyliby mu umiarkowania, partia mogłaby zapomnieć o wygranej w kolejnych wyborach. Zamiast więc spuścić z tonu, Jarosław Kaczyński jeszcze bardziej podkręcił strunę tak, by radykalny ton był wysoki i dobrze słyszalny. Elektorat jest szczęśliwy, co wyraża poparciem w sondażach, rewelacyjnych, jak dla partii rządzącej od półtora roku. Trybunał Konstytucyjny, „tak zwane elity”, lekarze, lustracje teczek i majątków, tajne konta, przecieki do prasy o kolejnych zeznaniach i oskarżeniach – to wszystko służy zaspokojeniu żądzy zemsty i frustracji niedopieszczonego przez ostatnie 18 lat elektoratu. Jeśli wszystko poszłoby dobrze, zniechęcenie umiarkowanych tylko się powiększy, frekwencja w kolejnych wyborach będzie niższa, a zwycięstwo partii Jarosława Kaczyńskiego większe.
Niby wszystko się zgadza, polityka wymaga takich właśnie kalkulacji, to przecież walka o zdobycie i utrzymanie władzy. Ale zróbmy jeszcze jedno ćwiczenie. Wyobraźmy sobie, że Lech i Jarosław Kaczyńscy, po uchwaleniu nowej konstytucji, ogłaszają z dumą: Oto mamy IV Rzeczpospolitą. Wszystkie najważniejsze instytucje państwowe obsadzone swoimi, przeciwnicy polityczni rozproszeni. I co, to już koniec walki? Oto sedno problemu. Co miałby powiedzieć Jarosław Kaczyński swojemu elektoratowi? Jak sam sobie wyjaśniać rzeczywistość? Co z winnymi, oskarżeniami, spiskami, zapewnieniami, że choć jest źle, będzie lepiej, którymi od lat karmili się politycy i elektorat PiS-u. Czy w tym oto cudownym momencie partia i jej wyborcy zostaną cudownie uleczeni, uznają, że rzeczywistość – społeczna, polityczna, obyczajowa – jest dokładnie taka, jakiej pragnęli, że ich idee zostały z powodzeniem wcielone w życie? Próżne nadzieje, przecież radykalizm to ciężka choroba, kto raz zachoruje, będzie jak alkoholik nosił ją w sobie do końca życia. Gdy brak mu wrogów, jest na głodzie. Jarosław Kaczyński to wie. Dlatego, choć powinien się cieszyć, w dniu ogłaszania nowej Rzeczpospolitej stałby z zasępiona twarzą.
Jak chłopu na granicy
Spustoszenie, jakiego dokonał wirus radykalizmu w umysłach polityków i wśród wyborców jest nieodwracalne. Dyskusja? Oto poseł koalicji telewizyjnym programie zatytułowanym „Warto rozmawiać” odczytuje z karki przygotowane wcześniej tezy swojego wystąpienia. Jemu dialog nie jest potrzebny. Publicystyka? Oto teksty zawierające podręczny zestaw oszczerstw wobec „obrońców układu” z jednej i „reżimowych publicystów” z drugiej strony. Polityka edukacyjna? Przecież mamy wicepremiera ogarniętego homoseksualną obsesją, który niepoprawnych płciowo znajdzie nawet w równaniach z jedną niewiadomą.
I elektorat to kupuje. Elektoratowi podoba się, gdy jego polityk żąda od profesora ekonomii w telewizyjnej debacie, by mu wyjaśnił zawiłe kwestie makroekonomii, jak chłopu na granicy. Mów pan prosto, tak żeby wszyscy pana zrozumieli, rzuca, gdy tylko pojawiają się skomplikowane terminy i definicje, i cieszy się, gdy profesor w końcu daje za wygraną. A widzisz pan, nawet nie potrafisz pan powiedzieć, o co panu chodzi, puentuje polityk, a elektorat jest zachwycony.
Elektorat woli, gdy polityk nie debatuje, tylko wygłasza swoje racje. Po co odnosić się do argumentów przeciwników, analizować ich pod względem prawdziwości lub nieprawdziwości? Polityk ma swoje wiedzieć, co nas obchodzi zdanie innych.
Elektorat chce, by polityk był dumny. By obnosił się z tą dumą za granicami, choć tam chcieliby pogadać z nim o interesach, a nie o jego kompleksach. I nie wstydził się, gdy ktoś go przyłapie na głupocie, bo wiadomo, że to zmowa polityczna, nie lubią, dlatego atakują.
I najważniejsze – elektorat jest podejrzliwy, polityk też musi. Dlatego przeciwnik polityczny nie może być uczciwy, bo przecież uczciwi to jesteśmy my. Dlatego nikt poza nasza partią nie troszczy się o dobro kraju. Dlatego wszędzie wietrzymy spiski, oskarżamy, nasyłamy prokuraturę, powołujemy komisje.
Obojętna większość
A co z resztą społeczeństwa? – spyta ktoś. Przecież wybory to dziś domena mniejszości, nawet największym twardzielom demokracji czasami chodzi po głowie: a po co głosować, co to zmieni. Zdrowa większość broni się przed wirusem jedyną dostępną i skuteczną szczepionką – obojętnością. Tylko podczas kampanii wyborczych jest mniej odporna, ulega sugestiom, wizjom, łapie się na proste i natychmiastowe rozwiązania, bezdyskusyjne poglądy, bezkompromisowych polityków, jednym słowem – ulega czarowi radykalizmu. Któż nie wolałby łatwo, szybko, bezproblemowo? Ale po wyborach organizm wraca do równowagi, zwłaszcza, gdy po półtora roku rządów słyszy, że mityczny „układ” i „sieć powiązań” wciąż blokuje budowę autostrad. Wiadomo, że najprostsze wytłumaczenia są najtrafniejsze, więc po co „układ”, wystarczy „niekompetencja”.
Umiarkowani obojętnieją, bo przecież nie wyjdą na ulice, nie zdemolują stolicy, to nie ich metody, to domena radykałów. A jak nie wyjdą, to nikt na nich nie zwróci uwagi. Zdają sobie sprawę z tej kwadratury koła i obojętnieją w milczeniu. Dobrze, że siedzą cicho, cieszą się radykałowie, bo zdają sobie sprawę z ich przewagi liczebnej. I mogą bez oporu mamić się swoimi chorymi wizjami.
Docenić normalność
Czy jest jakaś nadzieją dla zobojętniałej większości? Przecież nie ma co liczyć, że koalicja rządząca wyleczy się z tej choroby, musiałaby najpierw przyznać, że jest chora i chcieć się leczyć. Może jakaś inna siła polityczna? Ale kto? Aleksander Kwaśniewski jako obrońca demokracji? Pomińmy milczeniem. Donald Tusk jak „lepszy Kaczyński”? Mało pociągające. Nie pomoże szybki przegląd elit politycznych. Oszukała AWS, oszukał SLD, oszukał POPiS – mówi zobojętniały – nie dam się nabrać po raz kolejny.
Czyżbyśmy więc byli straceni? Bo nie mamy co liczyć na Wybawiciela. Nie zakładajmy, że pod budką z piwem pojawi się kulturalny, mądry jegomość, wda się w dyskusję i zachęci klientów do uczciwej pracy. Pewnie zanim otworzy usta dostanie po pysku. Jedyna nadzieja w nas, umiarkowanych, już zobojętniałych albo obojętniejących. Żeby docenić normalność, trzeba ją stracić. Potem zatęsknić. My już ją straciliśmy, ale jeszcze nie tęsknimy. Wtedy ruch będzie po naszej stronie.
(czerwiec 2007)
Postkomunizm, wydanie drugie, poprawione
"Zbudujemy nowa Polskę, w której zwykli ludzie będą czuli się u siebie. W które bogaci nie będą bogatsi, a biedni biedniejsi. W budowie nowej Polski przeszkadza nam wróg zewnętrzny i wewnętrzny, ale pokonamy go w imię lepszego jutra. Jeśli elity chcą budować taką Polskę z nami, to dobrze, jeśli nie, tym gorzej dla elit."
Polityka nie lubi precyzyjnych definicji i jasno określonych desygnatów. Słowa w polityce muszą być elastyczne, wieloznaczne, muszą dać się modelować tak, by znaczenie odpowiadało potrzebie chwili, a nie prawdzie. Polityka nie używa słów do opisu, ale do oceny. Tak też było ze słowem „postkomunizm”. Gdy pojawiło się na początku lat 90., nie zawracano sobie głowy jego definiowaniem. „Post” było modne, w dodatku niosło olbrzymi bagaż negatywnych emocji. Jeśli już, postkomunizm, na poziomie największej ogólności, odnoszono jedynie do form organizacji państwa wyrastających z komunizmu, w której demokracja jest fasadowa a nie rzeczywista, zaś partyjnych bonzów sterujących gospodarką i polityką zastąpiła nomenklatura, tworząca nieformalne powiązania między tymi którzy decydują, a tymi, którzy zarabiają na tych decyzjach. W znaczeniu najbardziej podstawowym „postkomunizm” i „postkomunista” były inwektywami, używanymi wobec byłych członków byłego partyjnego aparatu PRL-u.
Dziś, po niespełna dwóch latach rządów Jarosława i Lecha Kaczyńskim postkomunizmu – rozumianego jak wyżej – już nie ma (choć zostali postkomuniści). Aparat państwowy odzyskany, scena polityczna przemodelowana, czerwona nomenklatura w odwrocie. Warto jednak pochylić się nad tym słowem, przyjrzeć mu się jeszcze raz i wyciągnąć całe bogactwo znaczeń, które się za nim kryją. Okaże się wtedy, że „postkomunizm” wciąż jest obecny na naszej scenie politycznej, w dodatku w miejscu, gdzie nie spodziewalibyśmy się go znaleźć.
1.
Trudno zdefiniować wyzwania, przed którymi stoi Polska pod koniec pierwszego dziesięciolecia nowego wieku. Zachód próbuje określić swoje miejsce na mapie globalnego świata i zmaga się z oddolnymi ruchami kontestującymi „gospodarkę światową”. Chce przewidzieć skutki rosnącego rozwarstwienia społecznego, bo widzi odradzające się za plecami demony fanatyzmu i populizmu. Mniej lub bardziej udolnie walczy z terroryzmem, zawzięcie dyskutuje czy kapitalizm jest ukoronowaniem rozwoju społecznego czy ciągle jednym z jego etapów. Zwłaszcza w czasach, gdy różnice między liberałami, socjalistami a konserwatystami sprowadzają się w zasadzie do kwestii obyczajowych, bo gospodarkę liberalną, jako taką, mało kto neguje.
W Polsce, jeśli te problemy pojawiają się w debacie publicznej, to na obrzeżach, w „Krytyce Politycznej” z nakładem pięciu tysięcy egzemplarzy, lub w „Europie”, dodatku do Dziennika, czytanym przez garstkę zapaleńców. Dziś główny nurt polskiej polityki sięga do zamierzchłej przeszłości, mówiąc o państwie i jego problemach językiem komunistycznych aparatczyków, posługując się tymi samymi schematami, budując takie same dychotomie, ba, próbując osiągnąć podobne co komunistyczna władza cele. Jeśli by szukać właściwego słowa na określenie mentalności obecnej władzy, postkomunizm jest najwłaściwszym.
2.
Czego tak naprawdę chce Jarosław Kaczyński? Tylko władzy? Zbyt duże to uproszczenie. Tu chodzi o coś więcej, chodzi o budowę lepszej Polski, jakkolwiek pompatycznie by to nie brzmiało. Realizacja tej wzniosłej idei to sedno jego polityki. Jarosław Kaczyński wierzy, że polityk, partia, aparat państwowy, mają moc sprawczą i są w stanie samodzielnie przeorganizować strukturę społeczną. Obecna jest zła, niesprawiedliwa, za dużo w niej wykluczonych, za mało solidarności społecznej. Nowa Polska wymaga rewolucji, tego Jarosław Kaczyński nigdy nie ukrywał, ta – radykałów. Kaczyński musi zagospodarować ich potencjał, wprząść w rewolucyjne tryby. Dlatego wynosi radykałów na urzędy. To oni mają nadawać ton. Od radykałów nie oczekuje działania, na pragmatyków przyjdzie czas, jedynie oddania idei. Tylko taki aparat pozwoli przemodelować Polskę.
Kaczyński tak naprawdę nie wierzy w metody demokracji liberalnej, bo i nie wierzy w społeczeństwo. To, omamione przez media, nigdy nie poprze go w większości. W dodatku społeczeństwo obywatelskie, rozumiane jako struktura społeczno-polityczna korygowana oddolnymi inicjatywami, to wymysł politycznych nihilistów. Kompromis, kwintesencja demokracji liberalnej, jest obcy rewolucji. Podobnie jak komuniści po zakończeniu wojny, Jarosław Kaczyński chce oprzeć się na aparacie i słabo wykształconych, ale łatwych do porwania, masach.
Ta wiara w moc sprawczą aparatu państwowego, przekonanie, że władza może być lepsza niż społeczeństwo i każde jej działanie jest uzasadnione, o ile prowadzi do realizacji słusznych idei, to rdzeń mentalności towarzyszy, wciągających powojenną Polsce w otchłań komunizmu.
3.
Demokracji liberalnej potrzeba pieniędzy. To one tworzą miejsca pracy, napędzają gospodarkę, świadczą o sile państwa. Kapitał jest niezbędny, ale jego naturalna skłonność do kumulacji powoduje też problemy, z którymi państwa nie zawsze potrafią sobie poradzić. Nie chodzi tyle o nadużywane pojęcie „sprawiedliwości społecznej”, ile o bezpaństwowość kapitału, ograniczającą wpływ rządów na procesy gospodarcze.
W demokracji liberalnej trudno jednak zanegować dobroczynne skutki bogacenia się. W Polsce po 1989 roku z tą tezą polemizowali jedynie populiści spod znaku Samoobrony. I to nawet nie ze względów ideologicznych, bo ze świecą by szukać w partii Andrzeja Leppera ludzi programowo ubogich, ale z czysto praktycznych, bo skakanie po bogatych zawsze podoba się biednym. Rządy III RP, czy to SLD, Unii Wolności, PSL czy nawet AWS, prowadziły liberalną politykę gospodarczą. Pamiętając, że jednym z głównym mankamentów poprzedniego ustroju, obok ograniczenia wolności, była bieda, wyrosła na haśle: wszyscy mamy równe żołądki.
Aż pojawił się Jarosław Kaczyński, który pieniędzy nie lubi szczerze, ideologicznie. Kapitał jest zły, jego kumulacja jeszcze gorsza, a bogactwo nigdy nie idzie w parze z uczciwością. Gdyby jedynie względy polityczne stały za tymi opiniami, sprawa byłaby prostsza. Ot, jeszcze jeden populista, który chce dorwać się do władzy na plecach ubogich. Problem w tym, że Jarosław Kaczyński jest szczery i bardzo spójny w poglądach i praktyce. Nie tylko głosi, co głosi, ale wciela te prawdy w życie: z konta bankowego nie korzysta, pieniędzy nie odkłada, majątku nie kumuluje.
Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości „kupują” Jarosława Kaczyńskiego, bo czują tę spójność. No i sami uważają podobnie. Bo jakże to: chodzili do tych samych szkół, bawili się na tym samym podwórku, pracowali na tych samych stanowiska, jeździli do tych samych ośrodków Funduszu Wczasów Pracowniczych, a teraz oni klepię biedę a ich sąsiedzi opływają w luksusu? Trudno przyznać, że kolega był bardziej zaradny, pracowity. Prościej: musiał być nieuczciwy.
To negowanie zaradności jako motoru rozwoju gospodarki, wiara, że sprawiedliwie znaczy po równo, zabiło gospodarkę PRL-u i zmusiło komunistów do oddania władzy.
4.
Często powtarza się, że największym błędem Jarosława Kaczyńskiego jest otwarta wojna z elitami. Prawnicy, lekarze, dziennikarze, profesorowie – z tymi środowiskami Prawo i Sprawiedliwość toczy otwarty bój. Z pozoru wygląda to na bezładną szamotaninę, atakowanie bez celu, coś, co jeden z publicystów określił mianem rządzenia przez konflikt. Ale to tylko pozory. Jarosław Kaczyńskie wie, że rewolucja potrzebuje elit. Elit, które nie dyskutują, a bronią zasad nowego porządku. Z punktu widzenia celu Jarosława Kaczyńskiego – budowy lepszej Polski – wojna ze starymi elitami jest jak najbardziej racjonalna. Stąd ciągłe wypominanie „histerycznych ataków mediów” na rząd Prawa i Sprawiedliwości, choć przecież już więcej niż połowa z nich, czy to państwowych, czy prywatnych, pisze i nadaje to, co Jarosław Kaczyński chce usłyszeć. Stąd wyraźna krytyka orzecznictwa sądów niższej i najwyższej instancji. Z tego też powodu niezbędna była Jarosławowi Kaczyńskiemu lustracja. Teczki, kontrolowane przez rewolucjonistów z Instytutu Pamięci Narodowej, pozwalały wyeliminować z urzędów, uczelni, mediów przeciwników rewolucji. Wymiana elit idzie w miarę sprawnie, tym bardziej że wyborca PiS-u zawsze z antypatią patrzył na tych wszystkich doktorków i profesorków, dzielących włos na czworo.
Komuniści uważali, że lepsi marcowi docenci niż krytyczni profesorowie. Błędnie zakładając, że „posłuszne elity” równa się „posłuszne społeczeństwo”, hołubili swoich i usuwali z życia publicznego krytyków. Jarosław Kaczyński stosuje podobną taktykę: nie eliminuje, ale wyklucza, odbierając przeciwnikom prawo do dyskursu.
5.
Niemcy tylko czekają, by odebrać nam Śląsk, Rosja najchętniej ulokowałaby z powrotem w Polsce swoje wojska, Unia Europejska widzi w nas tylko rynek zbytu a Polskość jest zagrożona. Wróg czyha na kraj, zewnętrzny i wewnętrzny. To jedna z metod mobilizacji elektoratu, dość powszechna w demokracji. Można przekonywać wyborców – jak Jarosław Kaczyński – że zbuduje lepszą Polskę, można – jak prezydent George W. Bush – nawoływać do walki z terroryzmem.
Problem pojawia się wtedy, gdy ta manichejska walka dobra ze złem zmienia się w politykę państwową. Nie ma wtedy nieudolności urzędniczej, są – działania układu, nie ma niekompetencji, jest spisek. Działalność wrogów wewnętrznych i zewnętrznych ma tłumaczyć wszystkie niepowodzenia władzy, a podważanie takiego tłumaczenia sytuuje krytyka wśród zdrajców państwa. W tak rządzonym kraju traci na znaczeniu profesjonalizm, umiejętności zawodowe, bo za każdą wpadką stoi wróg. O choć państwo psuje się od środka, tolerując u swoich urzędników skrajną niekompetencję, na zewnątrz jest butne i pręży muskuły.
6.
System, w którym władza, opierając się na sile aparatu państwowego i antagonizmach klasowych próbuje przeorganizować strukturę społeczną i gospodarczą według obcych większość obywateli idei – oto postkomunizm w najczystszej postaci. Szyderstwem historii jest, że metodami komunistów dokonuje się konserwatywna rewolucja.
7.
A cytat na początku?
Nie pochodzi ani z ust Jarosława Kaczyńskiego, ani żadnego komunistycznego aparatczyka. Problem w tym, że trudno odpowiedzieć na pytanie: który z nich by tego NIE powiedział?
(sierpnień 2007)
Polityka nie lubi precyzyjnych definicji i jasno określonych desygnatów. Słowa w polityce muszą być elastyczne, wieloznaczne, muszą dać się modelować tak, by znaczenie odpowiadało potrzebie chwili, a nie prawdzie. Polityka nie używa słów do opisu, ale do oceny. Tak też było ze słowem „postkomunizm”. Gdy pojawiło się na początku lat 90., nie zawracano sobie głowy jego definiowaniem. „Post” było modne, w dodatku niosło olbrzymi bagaż negatywnych emocji. Jeśli już, postkomunizm, na poziomie największej ogólności, odnoszono jedynie do form organizacji państwa wyrastających z komunizmu, w której demokracja jest fasadowa a nie rzeczywista, zaś partyjnych bonzów sterujących gospodarką i polityką zastąpiła nomenklatura, tworząca nieformalne powiązania między tymi którzy decydują, a tymi, którzy zarabiają na tych decyzjach. W znaczeniu najbardziej podstawowym „postkomunizm” i „postkomunista” były inwektywami, używanymi wobec byłych członków byłego partyjnego aparatu PRL-u.
Dziś, po niespełna dwóch latach rządów Jarosława i Lecha Kaczyńskim postkomunizmu – rozumianego jak wyżej – już nie ma (choć zostali postkomuniści). Aparat państwowy odzyskany, scena polityczna przemodelowana, czerwona nomenklatura w odwrocie. Warto jednak pochylić się nad tym słowem, przyjrzeć mu się jeszcze raz i wyciągnąć całe bogactwo znaczeń, które się za nim kryją. Okaże się wtedy, że „postkomunizm” wciąż jest obecny na naszej scenie politycznej, w dodatku w miejscu, gdzie nie spodziewalibyśmy się go znaleźć.
1.
Trudno zdefiniować wyzwania, przed którymi stoi Polska pod koniec pierwszego dziesięciolecia nowego wieku. Zachód próbuje określić swoje miejsce na mapie globalnego świata i zmaga się z oddolnymi ruchami kontestującymi „gospodarkę światową”. Chce przewidzieć skutki rosnącego rozwarstwienia społecznego, bo widzi odradzające się za plecami demony fanatyzmu i populizmu. Mniej lub bardziej udolnie walczy z terroryzmem, zawzięcie dyskutuje czy kapitalizm jest ukoronowaniem rozwoju społecznego czy ciągle jednym z jego etapów. Zwłaszcza w czasach, gdy różnice między liberałami, socjalistami a konserwatystami sprowadzają się w zasadzie do kwestii obyczajowych, bo gospodarkę liberalną, jako taką, mało kto neguje.
W Polsce, jeśli te problemy pojawiają się w debacie publicznej, to na obrzeżach, w „Krytyce Politycznej” z nakładem pięciu tysięcy egzemplarzy, lub w „Europie”, dodatku do Dziennika, czytanym przez garstkę zapaleńców. Dziś główny nurt polskiej polityki sięga do zamierzchłej przeszłości, mówiąc o państwie i jego problemach językiem komunistycznych aparatczyków, posługując się tymi samymi schematami, budując takie same dychotomie, ba, próbując osiągnąć podobne co komunistyczna władza cele. Jeśli by szukać właściwego słowa na określenie mentalności obecnej władzy, postkomunizm jest najwłaściwszym.
2.
Czego tak naprawdę chce Jarosław Kaczyński? Tylko władzy? Zbyt duże to uproszczenie. Tu chodzi o coś więcej, chodzi o budowę lepszej Polski, jakkolwiek pompatycznie by to nie brzmiało. Realizacja tej wzniosłej idei to sedno jego polityki. Jarosław Kaczyński wierzy, że polityk, partia, aparat państwowy, mają moc sprawczą i są w stanie samodzielnie przeorganizować strukturę społeczną. Obecna jest zła, niesprawiedliwa, za dużo w niej wykluczonych, za mało solidarności społecznej. Nowa Polska wymaga rewolucji, tego Jarosław Kaczyński nigdy nie ukrywał, ta – radykałów. Kaczyński musi zagospodarować ich potencjał, wprząść w rewolucyjne tryby. Dlatego wynosi radykałów na urzędy. To oni mają nadawać ton. Od radykałów nie oczekuje działania, na pragmatyków przyjdzie czas, jedynie oddania idei. Tylko taki aparat pozwoli przemodelować Polskę.
Kaczyński tak naprawdę nie wierzy w metody demokracji liberalnej, bo i nie wierzy w społeczeństwo. To, omamione przez media, nigdy nie poprze go w większości. W dodatku społeczeństwo obywatelskie, rozumiane jako struktura społeczno-polityczna korygowana oddolnymi inicjatywami, to wymysł politycznych nihilistów. Kompromis, kwintesencja demokracji liberalnej, jest obcy rewolucji. Podobnie jak komuniści po zakończeniu wojny, Jarosław Kaczyński chce oprzeć się na aparacie i słabo wykształconych, ale łatwych do porwania, masach.
Ta wiara w moc sprawczą aparatu państwowego, przekonanie, że władza może być lepsza niż społeczeństwo i każde jej działanie jest uzasadnione, o ile prowadzi do realizacji słusznych idei, to rdzeń mentalności towarzyszy, wciągających powojenną Polsce w otchłań komunizmu.
3.
Demokracji liberalnej potrzeba pieniędzy. To one tworzą miejsca pracy, napędzają gospodarkę, świadczą o sile państwa. Kapitał jest niezbędny, ale jego naturalna skłonność do kumulacji powoduje też problemy, z którymi państwa nie zawsze potrafią sobie poradzić. Nie chodzi tyle o nadużywane pojęcie „sprawiedliwości społecznej”, ile o bezpaństwowość kapitału, ograniczającą wpływ rządów na procesy gospodarcze.
W demokracji liberalnej trudno jednak zanegować dobroczynne skutki bogacenia się. W Polsce po 1989 roku z tą tezą polemizowali jedynie populiści spod znaku Samoobrony. I to nawet nie ze względów ideologicznych, bo ze świecą by szukać w partii Andrzeja Leppera ludzi programowo ubogich, ale z czysto praktycznych, bo skakanie po bogatych zawsze podoba się biednym. Rządy III RP, czy to SLD, Unii Wolności, PSL czy nawet AWS, prowadziły liberalną politykę gospodarczą. Pamiętając, że jednym z głównym mankamentów poprzedniego ustroju, obok ograniczenia wolności, była bieda, wyrosła na haśle: wszyscy mamy równe żołądki.
Aż pojawił się Jarosław Kaczyński, który pieniędzy nie lubi szczerze, ideologicznie. Kapitał jest zły, jego kumulacja jeszcze gorsza, a bogactwo nigdy nie idzie w parze z uczciwością. Gdyby jedynie względy polityczne stały za tymi opiniami, sprawa byłaby prostsza. Ot, jeszcze jeden populista, który chce dorwać się do władzy na plecach ubogich. Problem w tym, że Jarosław Kaczyński jest szczery i bardzo spójny w poglądach i praktyce. Nie tylko głosi, co głosi, ale wciela te prawdy w życie: z konta bankowego nie korzysta, pieniędzy nie odkłada, majątku nie kumuluje.
Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości „kupują” Jarosława Kaczyńskiego, bo czują tę spójność. No i sami uważają podobnie. Bo jakże to: chodzili do tych samych szkół, bawili się na tym samym podwórku, pracowali na tych samych stanowiska, jeździli do tych samych ośrodków Funduszu Wczasów Pracowniczych, a teraz oni klepię biedę a ich sąsiedzi opływają w luksusu? Trudno przyznać, że kolega był bardziej zaradny, pracowity. Prościej: musiał być nieuczciwy.
To negowanie zaradności jako motoru rozwoju gospodarki, wiara, że sprawiedliwie znaczy po równo, zabiło gospodarkę PRL-u i zmusiło komunistów do oddania władzy.
4.
Często powtarza się, że największym błędem Jarosława Kaczyńskiego jest otwarta wojna z elitami. Prawnicy, lekarze, dziennikarze, profesorowie – z tymi środowiskami Prawo i Sprawiedliwość toczy otwarty bój. Z pozoru wygląda to na bezładną szamotaninę, atakowanie bez celu, coś, co jeden z publicystów określił mianem rządzenia przez konflikt. Ale to tylko pozory. Jarosław Kaczyńskie wie, że rewolucja potrzebuje elit. Elit, które nie dyskutują, a bronią zasad nowego porządku. Z punktu widzenia celu Jarosława Kaczyńskiego – budowy lepszej Polski – wojna ze starymi elitami jest jak najbardziej racjonalna. Stąd ciągłe wypominanie „histerycznych ataków mediów” na rząd Prawa i Sprawiedliwości, choć przecież już więcej niż połowa z nich, czy to państwowych, czy prywatnych, pisze i nadaje to, co Jarosław Kaczyński chce usłyszeć. Stąd wyraźna krytyka orzecznictwa sądów niższej i najwyższej instancji. Z tego też powodu niezbędna była Jarosławowi Kaczyńskiemu lustracja. Teczki, kontrolowane przez rewolucjonistów z Instytutu Pamięci Narodowej, pozwalały wyeliminować z urzędów, uczelni, mediów przeciwników rewolucji. Wymiana elit idzie w miarę sprawnie, tym bardziej że wyborca PiS-u zawsze z antypatią patrzył na tych wszystkich doktorków i profesorków, dzielących włos na czworo.
Komuniści uważali, że lepsi marcowi docenci niż krytyczni profesorowie. Błędnie zakładając, że „posłuszne elity” równa się „posłuszne społeczeństwo”, hołubili swoich i usuwali z życia publicznego krytyków. Jarosław Kaczyński stosuje podobną taktykę: nie eliminuje, ale wyklucza, odbierając przeciwnikom prawo do dyskursu.
5.
Niemcy tylko czekają, by odebrać nam Śląsk, Rosja najchętniej ulokowałaby z powrotem w Polsce swoje wojska, Unia Europejska widzi w nas tylko rynek zbytu a Polskość jest zagrożona. Wróg czyha na kraj, zewnętrzny i wewnętrzny. To jedna z metod mobilizacji elektoratu, dość powszechna w demokracji. Można przekonywać wyborców – jak Jarosław Kaczyński – że zbuduje lepszą Polskę, można – jak prezydent George W. Bush – nawoływać do walki z terroryzmem.
Problem pojawia się wtedy, gdy ta manichejska walka dobra ze złem zmienia się w politykę państwową. Nie ma wtedy nieudolności urzędniczej, są – działania układu, nie ma niekompetencji, jest spisek. Działalność wrogów wewnętrznych i zewnętrznych ma tłumaczyć wszystkie niepowodzenia władzy, a podważanie takiego tłumaczenia sytuuje krytyka wśród zdrajców państwa. W tak rządzonym kraju traci na znaczeniu profesjonalizm, umiejętności zawodowe, bo za każdą wpadką stoi wróg. O choć państwo psuje się od środka, tolerując u swoich urzędników skrajną niekompetencję, na zewnątrz jest butne i pręży muskuły.
6.
System, w którym władza, opierając się na sile aparatu państwowego i antagonizmach klasowych próbuje przeorganizować strukturę społeczną i gospodarczą według obcych większość obywateli idei – oto postkomunizm w najczystszej postaci. Szyderstwem historii jest, że metodami komunistów dokonuje się konserwatywna rewolucja.
7.
A cytat na początku?
Nie pochodzi ani z ust Jarosława Kaczyńskiego, ani żadnego komunistycznego aparatczyka. Problem w tym, że trudno odpowiedzieć na pytanie: który z nich by tego NIE powiedział?
(sierpnień 2007)
Etykiety:
demokracja liberalna,
Kaczyński,
PiS,
polityka,
poskomunizm,
radykalizm
Media mało ważne
Pamiętacie takie wypowiedzi?
„Media sprzymierzyły się przeciwko Prawu i Sprawiedliwości”
„Trwa zmasowana kampania oszczerstw przeciw mnie i mojemu bratu.”
Albo z ostatniego wywiadu dla tygodnia Wprost:
„Ale, oczywiście, kampania dyskredytowania nas w mediach przynosi efekty. (…) Nie chcę generalizować. W Polsce są uczciwi dziennikarze i rzetelne tytułu (…). Ludzie dopuszczający się zła, i to zła w czystej postaci, są promowani. Zwalcza się natomiast tych, którzy walczą ze złem. Zwalcza się natomiast tych, którzy ze złem walczą”.
Jarosław Kaczyński przyzwyczaił nas do myśli, że media są taką potęgą polityczną, że mogą zmieniać wyniki wyborów. Kiedyś zwycięstwa i przegrane miały zależeć od tego, co napisze Gazeta Wyborcza, potem, co pokaże telewizja Kwiatkowskiego. Ponieważ Kaczyński chyba wierzy w to, co głosi, po zdobyciu władzy także zaanektował – w myśl hasła „kto ma media, ten ma władzę” – TVP i Radio Publiczne. Zresztą to twierdzenie uznawane jest za oczywistość przez polityków wszystkich opcji. W jego prawdziwości wierzą także publicyści, przekonani, że ich opinie są dla pewnej części elektoratu wiążące.
W tym kontekście przełomowe są wyniki badań socjologów i fizyków z Uniwersytetu Wrocławskiego. Przebadali oni wpływ mediów na decyzje podejmowane przez wyborców. Stworzyli teoretyczny model wymiany opinii w trzech grupach społecznych: mieszkańców wsi, małych i dużych miast.
Wnioski?
Po pierwsze: media z żadnym wypadku nie są w stanie zmienić opinii wyborców na korzyść wspieranej przez nie partii w takim stopniu, by przesądziło to o wyniku wyborów;
Po drugie: Jeśli media popierają jakąś partię, wzbudza to podejrzliwość wyborców z wielkich miast, którzy głosują dokładnie odwrotnie.
Czy przyjmiemy te wyniki wiadomości? Zwłaszcza w sytuacji, gdy za chwile rozpocznie się kolejna walka o media publiczne, tym razem wywołana przez koalicję PO-PSL? Śmiem wątpić. Z jednej strony trudno nagle przestać wierzyć w coś, uznawanego za „oczywistą oczywistość”. Z drugiej, trudno ukryć, że uznanie faktu bardzo ograniczonego wpływu mediów na opinię publiczną, skutkuje pewna ich degradacją, co nie w smak byłoby także samym mediom. Oczywiście tym tradycyjnym. Bo jeśli tracą one wpływ, jeśli to, co piszą i pokazują nie ma aż tak wielkiego oznaczenia, to właśnie na skutek rozwoju Internetu, gdzie maleje wartość informacji tradycyjnej (zobiektywizowana, zweryfikowana przez dziennikarza treść) a rośnie informacji nowego typu: tworzenie i wymiana subiektywnych opinii.
(listopad 2007)
„Media sprzymierzyły się przeciwko Prawu i Sprawiedliwości”
„Trwa zmasowana kampania oszczerstw przeciw mnie i mojemu bratu.”
Albo z ostatniego wywiadu dla tygodnia Wprost:
„Ale, oczywiście, kampania dyskredytowania nas w mediach przynosi efekty. (…) Nie chcę generalizować. W Polsce są uczciwi dziennikarze i rzetelne tytułu (…). Ludzie dopuszczający się zła, i to zła w czystej postaci, są promowani. Zwalcza się natomiast tych, którzy walczą ze złem. Zwalcza się natomiast tych, którzy ze złem walczą”.
Jarosław Kaczyński przyzwyczaił nas do myśli, że media są taką potęgą polityczną, że mogą zmieniać wyniki wyborów. Kiedyś zwycięstwa i przegrane miały zależeć od tego, co napisze Gazeta Wyborcza, potem, co pokaże telewizja Kwiatkowskiego. Ponieważ Kaczyński chyba wierzy w to, co głosi, po zdobyciu władzy także zaanektował – w myśl hasła „kto ma media, ten ma władzę” – TVP i Radio Publiczne. Zresztą to twierdzenie uznawane jest za oczywistość przez polityków wszystkich opcji. W jego prawdziwości wierzą także publicyści, przekonani, że ich opinie są dla pewnej części elektoratu wiążące.
W tym kontekście przełomowe są wyniki badań socjologów i fizyków z Uniwersytetu Wrocławskiego. Przebadali oni wpływ mediów na decyzje podejmowane przez wyborców. Stworzyli teoretyczny model wymiany opinii w trzech grupach społecznych: mieszkańców wsi, małych i dużych miast.
Wnioski?
Po pierwsze: media z żadnym wypadku nie są w stanie zmienić opinii wyborców na korzyść wspieranej przez nie partii w takim stopniu, by przesądziło to o wyniku wyborów;
Po drugie: Jeśli media popierają jakąś partię, wzbudza to podejrzliwość wyborców z wielkich miast, którzy głosują dokładnie odwrotnie.
Czy przyjmiemy te wyniki wiadomości? Zwłaszcza w sytuacji, gdy za chwile rozpocznie się kolejna walka o media publiczne, tym razem wywołana przez koalicję PO-PSL? Śmiem wątpić. Z jednej strony trudno nagle przestać wierzyć w coś, uznawanego za „oczywistą oczywistość”. Z drugiej, trudno ukryć, że uznanie faktu bardzo ograniczonego wpływu mediów na opinię publiczną, skutkuje pewna ich degradacją, co nie w smak byłoby także samym mediom. Oczywiście tym tradycyjnym. Bo jeśli tracą one wpływ, jeśli to, co piszą i pokazują nie ma aż tak wielkiego oznaczenia, to właśnie na skutek rozwoju Internetu, gdzie maleje wartość informacji tradycyjnej (zobiektywizowana, zweryfikowana przez dziennikarza treść) a rośnie informacji nowego typu: tworzenie i wymiana subiektywnych opinii.
(listopad 2007)
Mity założycielskie nowej Polski
Pogrzebano ją żywcem. Ogłoszono jej śmierć, spisano na straty, opuszczono. Jej niedawni obrońcy milczą, bojąc się łatki „obrońców Układu”. Łatwo daliśmy sobie wmówić, że III RP to tylko korupcja, układ i moralna deprawacja. Że to afera Rywina, posłowie Jagiełło i Pęczak. A jeśli nie ma Układu? Jeśli III RP była normalnym krajem, borykającym się z problemem korupcji jak inne społeczeństwa, nie zawłaszczonym przez „łże-elity”? A jeśli powinniśmy być z niej dumni?
Pierwszy rok pod rządami prawicowych rządów Prawa i Sprawiedliwości, Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin upłynął pod znakiem reinterpretacji. Powstaje nowa wersja historii, która – posługując się parakomunistycznym językiem – eksponuje błędy, zaniechania, wypaczenia okresu transformacji, pomijając całkowicie zyski. W tej wersji historii, czasami doprowadzanej do absurdu, Lech Wałęsa obalał komunę na zlecenie komunistów, kompromis przy Okrągłym Stole był zdradą narodową, reformy Balcerowicza nie wyprowadziły Polski z kryzysu, a wpędziły w jeszcze większy. Nie było niepodległej Rzeczypospolitej, a kraj zawłaszczony przez ubeków, mafię i polityków trzymanych na sznurku przez wielki biznes.
Dziś trudno bronić III RP, nie narażając się na obelgi. Jakiekolwiek argumenty „za” sytuują adwokatów Trzeciej po stronie beneficjentów starego układu. Problem jednak w tym, że czarno-białe wersje historii mają niewiele wspólnego z prawdą, są tylko narzędziem w walce politycznej i znikają wraz z jej twórcami.
Fundamentem III RP był kompromis zawarty przy Okrągłym Stole. IV RP też potrzebuje mocnych i wyrazistych podstaw. Dlatego powstaje jako negacja Trzeciej. Ma być kontrpropozycją – polityczną, światopoglądową, obyczajową – dla kraju zawłaszcznoego przez „łże-elity”.
Ta negacja opiera się na kilku hasłach, nazwijmy je mitami założycielskimi IV RP. Te mity uznawane są już za prawdy, oczywistości nie warte dowodzenia i roztrząsania. Zakorzeniły się w świadomości społecznej. Jeśli jednak przyjrzeć im się z bliska okazuje się, że są nawet nie półprawdami, co tylko jedną z możliwych interpretacji faktów. Niekoniecznie prawdziwą.
Mit Pierwszy: III RP była przeżarta korupcją
Na początek kilka przykładów:
1. minister przemysłu wybudował sobie willę za pieniądze pochodzące od firm, które następnie uzyskiwały intratne kontrakty w jego resorcie;
2. prezydent miasta i były wpływowy polityk prawicy wziął 1,5 mln od biznesmena, który wyspecjalizował się w systemie lewych faktur i opłacaniu lokalnych polityków;
3. minister komunikacji został oskarżony o przyznanie korzystnego kontraktu firmie, w zamian za pokrycie kosztów jego kampanii wyborczej;
4. prokuratura odkryła, że przy rekrutacji pracowników uniwersyteckich trzeba było zapłacić kilka tysięcy za przyjęcie do pracy;
5. szef banku centralnego faworyzował jedną z dwóch firm, które chciały kupić duży bank. Dostarczał jej nielegalnie pewnych informacji;
6. zagraniczna firma przekupywała polityków, którzy decydowali o prywatyzacji telekomunikacyjnego monopolisty.
Tak właśnie myślimy o funkcjonowaniu III RP: przeżarta korupcją, gdzie wszyscy dają i wszyscy biorą. Z raportu o korupcji, przygotowanego w 2005 roku przez Fundację Batorego wynika, że za najbardziej skorumpowanych uznajemy polityków (61 proc. badanych Polaków uważa, że biorą łapówki), służbę zdrowia (54 proc.) prokuraturę i sądownictwo (37 proc.) policję (34 proc.) i lokalnych urzędników (21 proc.). Jeśli spytać Polaków, czy sami wręczyli łapówkę, przyznaje się do tego 15 proc. Polacy uważają także, że nasz kraj wyróżnia się negatywnie pod tym względem na tle innych krajów. Czyli, że gdzieś indziej łapówkarstwo jest mniejsze.
Problem z polską korupcją polega na tym, że wbrew opiniom głoszonym przez polityków koalicji rządzącej, najbardziej uciążliwa, deprawująca i zła dla państwa jest codzienna korupcja obywateli a nie ta na szczytach władzy. Ta druga zdarza się zawsze, w każdym ustroju, pod każda szerokością geograficzną. Przytoczone wyżej afery nie wydarzyły się w Polsce, tylko we Francji (pierwsza, druga i trzecia), Włoszech (czwarta i piąta) oraz Czechach (szósta). My też mieliśmy podobne: Rywin, Starachowice, Pęczak, Dochnal. One wypływają na światło dzienne (głównie dzięki mediom, nie prokuraturze, prawidłowość nie tylko polska), podobnie jak wypłyną inne, bo media przyglądają się politykom nawet nie przez szkło powiększające, ale przez mikroskop atomowy.
Problem w tym, że instytucje państwowe III RP nie były bardziej skorumpowane bardziej, że instytucje innych państwo europejskich, bardziej skorumpowani są obywatele.
Jak wygląda korupcja po polsku? Jedziesz sobie samochodem, nie patrzysz na ograniczenia prędkości, łapie cię policjant. Cztery stówki – mówi. A może da się to inaczej załatwić? – pytasz. Targujecie się, w końcu staje na pięćdziesięciu złotych w łapę. To ty wyszedłeś z inicjatywą, jesteś zadowolony, że udało się uniknąć wysokiego mandatu, że „załatwiłeś”, ale zapytany, zawsze i wszędzie odpowiesz: policjanci to łapówkarze. No tak, biorą, ale to ty im dajesz. Ten związek pomijamy milczeniem.
Przykład drugi. Twoją matkę czeka operacja. Wiesz, że państwowa służba zdrowia jest koszmarna, ale nawet nie chcesz słyszeć, że miałbyś na nią płacić większe podatki. Przecież wszyscy wiedzą, że lekarze biorą w łapę, dlaczego mieliby zarabiać jeszcze więcej? No wiec i ty, i państwo tolerujecie, że lekarz ze swoim półtora tysiącem złotych będzie chciał więcej. Ponieważ w szpitalach na wszystko jest za mało pieniędzy i trzeba czekać miesiącami na operację, próbujesz to przyspieszyć, dając komuś kopertę. Wciskasz ją lekarzowi, a on bierze, bo, po pierwsze, chce mieć pieniądze, po drugie, chce mieć święty spokój (jak nie weźmie, będziesz namolny, upierdliwy, może głośno opowiadać, że lekarz nie wziął, bo za mało dawałeś, jednym słowem: możesz robić problemy). Wszystko robi się jeszcze bardziej skomplikowane, bo – jak mówią badania – większość łapówek w służbie zdrowia daje się PO zabiegu, a nie PRZED.
Celowo pominąłem w tych przykładach policjantów, którzy wymuszają łapówki na kierowcach i lekarzy, którzy wymuszają na pacjentach pieniądze przed zabiegiem, bo inaczej nie położą na stół. Bo takich – uważam – jest mniejszość. W większości to my im wpychamy pieniądze. I to jest właśnie nasze błędne koło. Wciskamy łapówkę, bo przecież wszyscy biorą, a uważamy, że wszyscy biorą, bo przecież wzięli od nas łapówkę. I tak w koło Macieju.
Trudno zaprzeczać istnieniu korupcji w Polsce. Nie ma ona jednak – i nie miała w III RP – charakteru systemowego, jak chcieliby bracia Kaczyńscy, Lepper i Giertych. Ekipa rządząca myli przyczynę ze skutkiem. To nie III RP zdemoralizowała obywateli, to państwo musi się borykać z konsekwencjami nawyków, jakie Polacy wynieśli z PRL-u. W tamtych czasach „się załatwiało”, załatwia się i dzisiaj.
Dziś tego wątku w rozważaniach o korupcji nie eksponuje się, bo i przecież trudno powiedzieć wyborcom: to wy jesteście skorumpowani. Łatwiej powiedzieć: III RP była skorumpowana, jej politycy to łapówkarze. A my ich rozliczymy.
Mit Drugi – W III Rzeczpospolitej panowała niesprawiedliwość społeczna
W wywiadzie, udzielonym Dzienikowi przez Ludwika Dorna, padło określene, które zrobiło w 2006 roku zawrotną karierę: wykształciuchy. Dorn, powołując się na prof. Karola Modzelewskiego, stawiał w nim pewną diagnozę dotyczącą podziałów społecznych w Polsce. Zacytuję: „… pewna wielkomiejska warstwa ludzi z wyższym wykształceniem zasklepiła się w egoizmie społecznym, a jednocześnie w odruchu kulturowej repulsji, obrony przed wszystkim, co inne, i demonstruje wzmacniane przez podział polityczny postawy niechęci, lekceważenia, kulturowej agresji wobec całej innej Polski. Na przykład Polski prowincjonalnej”. Tę warstwę Dorn nazwał „wykształciuchami”.
Podniósł się wielki raban, że minister obraża, buduje kolejne podziały, zginęło gdzieś meritum. Otóż teza ministra Dorna jest jak najbardziej trafna. Można się sprzeczać, jak duża jest ta warstwa „wykształciuchów”, jak bardzo wpływowa i czy określenie użyte przez ministra Dorna było na miejscu, ale że takie pęknięcie jest – trzeba się zgodzić.
Skąd się wziął ten podział? Dorn prawdopodobnie twierdzi (syntetyzuję jego opinię w tej sprawie na podstawie wcześniejszych wypowiedzi, mam nadzieję, że rzetelnie), że pojawienie tej egoistycznej wielkomiejskiej warstwy ludzi z wyższym wykształceniem to efekt nieudolnej lub niesprawiedliwej z założenia polityki społecznej wprowadzonej w III RP (w domyśle: liberalnej), zakładającej, że najważniejsze dla rozwoju gospodarczego i społecznego polski pokomunistycznej jest pojawienie się klasy średniej, mającej być elementem napędowym zmian i rozwoju. To ułatwianie rozwoju klasie „średniobogatych” odbywało się kosztem klas biedniejszych i mniej wykształconych. Dodatkowo liberalna retoryka, eksponująca wątek korzyści, dała tej klasie możliwość myślenie w kategorii: Polsce będzie lepiej, jeśli mnie będzie lepiej. A to nie zawsze jest prawda.
Ale to pęknięcie społeczne jedna strona medalu, druga to gospodarka.
W tym miejscu trochę liczb. W Polsce 23 miliony osób płaci podatek dochodowy nazywany PIT. Każdy płaci, w zależności od dochodu, stawkę 19, 30 i 40 procent. Ilu jest biednych, ilu bogatych? To właśnie pokazuje coroczny raport ministerstwa finansów. W 2005 roku 95 procent podatników, a więc 21 milionów 850 tysięcy ludzi, zapłaciło podatek według stawki 19 procent. To oznacza, że miesięcznie zarobiło na rękę nie więcej niż 1950 zł. 30-procentowy podatek zapłaciło w 2005 roku 4 procent podatników, a więc 920 tysięcy. To oznacza, że zarabiali miesięcznie między 1951 a 4000 zł. Ostatnia, najbogatsza grupa, to 1 procent podatników, czyli 230 tysięcy. Oni zarabiali co najmniej 4001 zł miesięcznie na rękę. Tak wygląda w Polsce rozkład bogactwa.
Przyjrzeć się musimy jeszcze innym danym: która grupa podatników oddaje w sumie najwięcej pieniędzy do budżetu? Ano właśnie ci najbogatsi. Ten jeden procent zapłacił w 2005 roku 30 procent wszystkich podatków PIT. Z 29 miliardów złotych aż 8,7 miliarda. Druga grupa podatkowa (ci, co płacili 30 procent) – tych jest cztery procent wszystkich podatników – zapłacili 12 procent wszystkich podatków. Pozostałe 16 mld 820 milionów złotych zapłaciło 95 procent podatników płacących 19-podatek.
Wspomnijmy jeszcze, że milion podatników osiągnęło dochód mniejszy od kwoty wolnej od podatku, więc nie zapłacili nic.
Jaki jest wynik ten matematyki?
Podatnicy pierwszej grupy (95 procent) zapłacili średnio 806 zł podatku rocznie! (średnia już po ulgach i odpisach).
Podatnicy drugiej grupy (4 procent) zapłacili państwu średnio 3782 zł rocznie.
Podatnicy trzeciej grupy ( 1 procent) zapłacili państwu średnio 37.822 zł podatku rocznie.
I to w tym miejscu powinniśmy rozpocząć dyskusję o niesprawiedliwości społecznej panującej w III RP. Bo mamy wykształciuchów, zasklepionych w egoizmie społecznym, którzy lekceważą „Polskę prowincjonalną”, ale jednocześnie ponoszą największe koszty utrzymania państwa.
Jak więc to jest z tą niesprawiedliwością, będąca immanentną cechą III RP? Jak byłoby sprawiedliwie? Czy gdyby najbogatsi płacili jeszcze więcej? 50 procent zarobków? 60 procent? Czy może wszyscy powinni płacić taki sam podatek, tzw. liniowy?
Nie w podatkach problem. III RP nie była niesprawiedliwa. Była (i jeszcze jest, mimo wysokiego wzrostu gospodarczego, malejącego bezrobocia, dobrej koniunktury) biedna. To nie to samo. Polskie państwo ma za mało pieniędzy, by zaspokoić oczekiwania wszystkich grup społecznych. Oczekiwania rozbudzone w dużej mierze przez polityków. W dodatku te pieniądze, które są, dzieli się według klucza politycznego (rozumianego jako podział łupów) a nie ekonomicznego. Tu błędy czyniły elity zarówno III RP, jak i obecne. Te aktualne może są o tyle uczciwsze, że robią to bez żadnej konsternacji, na oczach wszystkich, uważając, że tak właśnie trzeba.
Mamy więc Polskę biedną, a nie niesprawiedliwą. I budowa Polski solidarnej nic tu nie da, bo musimy budować Polskę bogatą.
Mit Trzeci: III RP powstała na złych fundamentach zgniłego kompromisu z komunistami
Ten kompromis – w dzisiejszej wersji historii – jest grzechem pierworodnym III RP. Opisał go dokładnie Jarosław Kaczyński w wykładzie wygłoszonym w Heritage Institute, podczas wizyty w USA. Premier kreśli tam nową wersję historii najnowszej. Nie ma tam bohaterów, radości z bezkrwawej rewolucji, szacunku dla autora wielkiej reformy gospodarczej, są służby sterujące procesem przemian w 1989 roku, zgniły kompromis opozycji, przyjmującej ofertę współwładzy z gwarancjami dla tych, którzy tę władze oddają. Są ludzie opozycji, którzy przyjmują tę ofertę, bo chcą się znaleźć w sferze społecznego przywileju. Jest cicha współpraca w sferze medialnej w kształtowaniu świadomości społecznej i budowie swego rodzaju poprawności politycznej.
Kompromis jak narzędzie osiągania celów politycznych stracił w 2006 roku na znaczeniu. Zarówno z polityce wewnętrznej, jak i międzynarodowej, obecna ekipa stawia na konfrontację. Czy taki sposób działania przyniesie pożądane efekty, zobaczymy na jakiś czas. Ale czy przyniósłby w roku 1988 i 1989? Czy Jaruzelski oddałaby władzę wiedząc, że w nowej Polsce on i jego ekipa (rozumiana jak najszerzej, nie tylko politycy, ale i setki tysięcy członków partii i beneficjentów tamtego ustroju) będą obywatelami drugiej kategorii, bez praw i gwarancji? Że zostanie osądzona, zlustrowana, zdekomunizowana i – co bardzo prawdopodobne – zapakowana do więzienia?
Dziś łatwo mówić: tak powinno być. Powinno. Ale nie jest, i to jest właśnie koszt bezkrwawej rewolucji. Coś za coś. Dziś politycy negujący okrągłostołowy kompromis przywołują przykład Niemiec, jako wzorowego sposobu rozprawienia się z komunistami. Zapominają, że to jedyny taki przypadek, a jego wyjątkowość polega na tym, że tam jedno bogate państwo wchłaniało drugie, biedne. Polska poszła hiszpańską drogą, gdzie nowa i stara władza zawarła układ. Tak, dokładnie „układ”. Obie strony zrezygnowały z cześci swoich postulatów, bo to właśnie istota kompromisu. I ten kompromis lepiej przysłużył się Polsce, niż konfrontacja.
Mit Czwarty: III RP była zawłaszczona przez „Układ” (koniecznie z dużej litery)
Nie będę cytował z pamięci, podeprę się wypowiedzą Jarosława Kaczyńskiego. „Trzeba przeprowadzić trzy wielkie operacje. Przede wszystkim oczyścić państwo. Zdzisław Krasnodębski z Rzeczpospolitej celnie pisał, że Polska przeszła dwie transformacje – jawną i ukrytą. W efekcie tej ukrytej powstał nowy układ sterujący zwłaszcza gospodarką. Wpływa on nieformalnie na instytucje państwa. My w PiS, a wcześniej w PC od lat mówiliśmy o istnieniu takiego układu. Grupy biznesowe, grupy polityków, grupy związane ze służbami specjalnymi, po części grupy zorganizowanej przestępczości decydują o zasadniczych kwestiach gospodarczych, przede wszystkim prywatyzacji. Mają też wpływ na decyzje administracyjne, legislacyjne, które dają np. możliwość uzyskiwania różnych nieuprawnionych dochodów”. Tak wygląda III RP według premiera (cytat za Gazetą Wyborczą). Likwidacja tego układu, wprowadzenie polityki Polski solidarnej, przestawienie funkcjonowania państwa na normalne tory – to właśnie spowoduje, że IV RP będzie krajem lepszym, sprawiedliwszym.
Kod, narzucony w debacie publicznej przez wyznawców układu, pozwala mówić o styku gospodarki i biznesu tylko w kategoriach wynaturzenia. To, co jest normalne na świecie, u nas jest „Układem”. Przywódcy największych państw, udając się z wizytą do innego, zabierają szefów dużych firm, by swoim autorytetem pomóc im w zagranicznych przedsięwzięciach biznesowych. Od tego przecież są, żeby wspomagać własną gospodarkę. W Polsce prezydent zabierający z wizytą zagraniczną szefów państwowych i prywatych firm musi być w „niejasnych powiązaniach” z owymi biznesmenami. To, że były pracownik SB szantażuje swoich partnerów biznesowych, ma dowodzić że „esbecki układ steruje Polską”, a nie parszywego charakteru owego osobnika. A czym on się różni od znanego dziennikarza, który grozi dyrektorowi szpitala, że jeśli nie przyjmie jego kolegi na zabieg poza kolejnością, to obsmaruje go w swoim tytule? Przeszłością. Ta przeszłość pozwala stosować wobec nich inna miarę. Ale to tylko relatywizm.
Przy prywatyzacjach popełniano przestępstwa, próbowano kupować posłów (może i ze skutkiem), istniała przestępczość zorganizowana – takie zjawiska były i będą, niezależnie od numeracji Rzeczpospolitej. Wątpliwości dotyczą ich skali i wpływu na działanie struktur państwa. A zatem, czy jest jakaś „sieć powiązań”, czy są jednostkowe przypadki przestępczej działaności byłych funkcjonariuszy komunistycznych i zwykłych bandytów, być może nawet w dużej skali, ale niepowiązane ze sobą. Jak na razie ekipa Jarosława Kaczyńskiego nie przedstawiła żadnych argumentów za. Podczas kilku kryzysów politycznych mijającego roku nie brakowało okazji, by takie fakty ujawnić. Stanowiłyby one dowód prawdziwości głoszonych tez. Zwłaszcza w przedwyborczej gorączce. Co prawda w zanadrzu jest jeszcze raport komisji likwidacyjnej WSI, ale problem z nim jest taki, że przygotował do Antoni Macierewicz. A to – z definicji – podważa jego wiarygodność.
Historia uczy
Sytuacja braci Kaczyńskich jest godna pozazdroszczenia. Bezrobocie, zmora poprzednich ekip, spada w tempie ekspresowym, eksport rośnie, waluta jest silna, gospodarka rozwija się, płynie coraz szerszy strumień unijnych pieniędzy. Dla polityka żyć nie umierać. Dlaczego więc Prawo i Sprawiedliwość ma tak duży elektorat nagatywny? Przecież wyborca może zobaczyć wymierne korzyści płynące z ich rządów (abstrahuję tu od logiki i następstwa czasowego procesów gospodarczych, bo tych większość wyborców nie zauważa).
A może powodem jest właśnie ocena własnej historii? Te fundamenty, na których powstaje nowa Polska, mity założycielskie? Trudno budować wspólnotę, obrzydzając obywatelom ich własną historię. Podobnie czynili po drugiej wojnie komuniści, malując w oficjalnej propagandzie czarny obraz Polski międzywojennej. Czy odnieśli sukces? Historia uczy, że nie.
III RP, mimo wszystkich ułomności, dała dużej grupie Polaków możliwości, z których skorzystali. Wykonali skok cywilizacyjny, z którego chcą być dumni. Stąd ta tęsknota. Tęsknota za obiektywną historią III RP.
(styczeń 2007)
Pierwszy rok pod rządami prawicowych rządów Prawa i Sprawiedliwości, Samoobrony i Ligi Polskich Rodzin upłynął pod znakiem reinterpretacji. Powstaje nowa wersja historii, która – posługując się parakomunistycznym językiem – eksponuje błędy, zaniechania, wypaczenia okresu transformacji, pomijając całkowicie zyski. W tej wersji historii, czasami doprowadzanej do absurdu, Lech Wałęsa obalał komunę na zlecenie komunistów, kompromis przy Okrągłym Stole był zdradą narodową, reformy Balcerowicza nie wyprowadziły Polski z kryzysu, a wpędziły w jeszcze większy. Nie było niepodległej Rzeczypospolitej, a kraj zawłaszczony przez ubeków, mafię i polityków trzymanych na sznurku przez wielki biznes.
Dziś trudno bronić III RP, nie narażając się na obelgi. Jakiekolwiek argumenty „za” sytuują adwokatów Trzeciej po stronie beneficjentów starego układu. Problem jednak w tym, że czarno-białe wersje historii mają niewiele wspólnego z prawdą, są tylko narzędziem w walce politycznej i znikają wraz z jej twórcami.
Fundamentem III RP był kompromis zawarty przy Okrągłym Stole. IV RP też potrzebuje mocnych i wyrazistych podstaw. Dlatego powstaje jako negacja Trzeciej. Ma być kontrpropozycją – polityczną, światopoglądową, obyczajową – dla kraju zawłaszcznoego przez „łże-elity”.
Ta negacja opiera się na kilku hasłach, nazwijmy je mitami założycielskimi IV RP. Te mity uznawane są już za prawdy, oczywistości nie warte dowodzenia i roztrząsania. Zakorzeniły się w świadomości społecznej. Jeśli jednak przyjrzeć im się z bliska okazuje się, że są nawet nie półprawdami, co tylko jedną z możliwych interpretacji faktów. Niekoniecznie prawdziwą.
Mit Pierwszy: III RP była przeżarta korupcją
Na początek kilka przykładów:
1. minister przemysłu wybudował sobie willę za pieniądze pochodzące od firm, które następnie uzyskiwały intratne kontrakty w jego resorcie;
2. prezydent miasta i były wpływowy polityk prawicy wziął 1,5 mln od biznesmena, który wyspecjalizował się w systemie lewych faktur i opłacaniu lokalnych polityków;
3. minister komunikacji został oskarżony o przyznanie korzystnego kontraktu firmie, w zamian za pokrycie kosztów jego kampanii wyborczej;
4. prokuratura odkryła, że przy rekrutacji pracowników uniwersyteckich trzeba było zapłacić kilka tysięcy za przyjęcie do pracy;
5. szef banku centralnego faworyzował jedną z dwóch firm, które chciały kupić duży bank. Dostarczał jej nielegalnie pewnych informacji;
6. zagraniczna firma przekupywała polityków, którzy decydowali o prywatyzacji telekomunikacyjnego monopolisty.
Tak właśnie myślimy o funkcjonowaniu III RP: przeżarta korupcją, gdzie wszyscy dają i wszyscy biorą. Z raportu o korupcji, przygotowanego w 2005 roku przez Fundację Batorego wynika, że za najbardziej skorumpowanych uznajemy polityków (61 proc. badanych Polaków uważa, że biorą łapówki), służbę zdrowia (54 proc.) prokuraturę i sądownictwo (37 proc.) policję (34 proc.) i lokalnych urzędników (21 proc.). Jeśli spytać Polaków, czy sami wręczyli łapówkę, przyznaje się do tego 15 proc. Polacy uważają także, że nasz kraj wyróżnia się negatywnie pod tym względem na tle innych krajów. Czyli, że gdzieś indziej łapówkarstwo jest mniejsze.
Problem z polską korupcją polega na tym, że wbrew opiniom głoszonym przez polityków koalicji rządzącej, najbardziej uciążliwa, deprawująca i zła dla państwa jest codzienna korupcja obywateli a nie ta na szczytach władzy. Ta druga zdarza się zawsze, w każdym ustroju, pod każda szerokością geograficzną. Przytoczone wyżej afery nie wydarzyły się w Polsce, tylko we Francji (pierwsza, druga i trzecia), Włoszech (czwarta i piąta) oraz Czechach (szósta). My też mieliśmy podobne: Rywin, Starachowice, Pęczak, Dochnal. One wypływają na światło dzienne (głównie dzięki mediom, nie prokuraturze, prawidłowość nie tylko polska), podobnie jak wypłyną inne, bo media przyglądają się politykom nawet nie przez szkło powiększające, ale przez mikroskop atomowy.
Problem w tym, że instytucje państwowe III RP nie były bardziej skorumpowane bardziej, że instytucje innych państwo europejskich, bardziej skorumpowani są obywatele.
Jak wygląda korupcja po polsku? Jedziesz sobie samochodem, nie patrzysz na ograniczenia prędkości, łapie cię policjant. Cztery stówki – mówi. A może da się to inaczej załatwić? – pytasz. Targujecie się, w końcu staje na pięćdziesięciu złotych w łapę. To ty wyszedłeś z inicjatywą, jesteś zadowolony, że udało się uniknąć wysokiego mandatu, że „załatwiłeś”, ale zapytany, zawsze i wszędzie odpowiesz: policjanci to łapówkarze. No tak, biorą, ale to ty im dajesz. Ten związek pomijamy milczeniem.
Przykład drugi. Twoją matkę czeka operacja. Wiesz, że państwowa służba zdrowia jest koszmarna, ale nawet nie chcesz słyszeć, że miałbyś na nią płacić większe podatki. Przecież wszyscy wiedzą, że lekarze biorą w łapę, dlaczego mieliby zarabiać jeszcze więcej? No wiec i ty, i państwo tolerujecie, że lekarz ze swoim półtora tysiącem złotych będzie chciał więcej. Ponieważ w szpitalach na wszystko jest za mało pieniędzy i trzeba czekać miesiącami na operację, próbujesz to przyspieszyć, dając komuś kopertę. Wciskasz ją lekarzowi, a on bierze, bo, po pierwsze, chce mieć pieniądze, po drugie, chce mieć święty spokój (jak nie weźmie, będziesz namolny, upierdliwy, może głośno opowiadać, że lekarz nie wziął, bo za mało dawałeś, jednym słowem: możesz robić problemy). Wszystko robi się jeszcze bardziej skomplikowane, bo – jak mówią badania – większość łapówek w służbie zdrowia daje się PO zabiegu, a nie PRZED.
Celowo pominąłem w tych przykładach policjantów, którzy wymuszają łapówki na kierowcach i lekarzy, którzy wymuszają na pacjentach pieniądze przed zabiegiem, bo inaczej nie położą na stół. Bo takich – uważam – jest mniejszość. W większości to my im wpychamy pieniądze. I to jest właśnie nasze błędne koło. Wciskamy łapówkę, bo przecież wszyscy biorą, a uważamy, że wszyscy biorą, bo przecież wzięli od nas łapówkę. I tak w koło Macieju.
Trudno zaprzeczać istnieniu korupcji w Polsce. Nie ma ona jednak – i nie miała w III RP – charakteru systemowego, jak chcieliby bracia Kaczyńscy, Lepper i Giertych. Ekipa rządząca myli przyczynę ze skutkiem. To nie III RP zdemoralizowała obywateli, to państwo musi się borykać z konsekwencjami nawyków, jakie Polacy wynieśli z PRL-u. W tamtych czasach „się załatwiało”, załatwia się i dzisiaj.
Dziś tego wątku w rozważaniach o korupcji nie eksponuje się, bo i przecież trudno powiedzieć wyborcom: to wy jesteście skorumpowani. Łatwiej powiedzieć: III RP była skorumpowana, jej politycy to łapówkarze. A my ich rozliczymy.
Mit Drugi – W III Rzeczpospolitej panowała niesprawiedliwość społeczna
W wywiadzie, udzielonym Dzienikowi przez Ludwika Dorna, padło określene, które zrobiło w 2006 roku zawrotną karierę: wykształciuchy. Dorn, powołując się na prof. Karola Modzelewskiego, stawiał w nim pewną diagnozę dotyczącą podziałów społecznych w Polsce. Zacytuję: „… pewna wielkomiejska warstwa ludzi z wyższym wykształceniem zasklepiła się w egoizmie społecznym, a jednocześnie w odruchu kulturowej repulsji, obrony przed wszystkim, co inne, i demonstruje wzmacniane przez podział polityczny postawy niechęci, lekceważenia, kulturowej agresji wobec całej innej Polski. Na przykład Polski prowincjonalnej”. Tę warstwę Dorn nazwał „wykształciuchami”.
Podniósł się wielki raban, że minister obraża, buduje kolejne podziały, zginęło gdzieś meritum. Otóż teza ministra Dorna jest jak najbardziej trafna. Można się sprzeczać, jak duża jest ta warstwa „wykształciuchów”, jak bardzo wpływowa i czy określenie użyte przez ministra Dorna było na miejscu, ale że takie pęknięcie jest – trzeba się zgodzić.
Skąd się wziął ten podział? Dorn prawdopodobnie twierdzi (syntetyzuję jego opinię w tej sprawie na podstawie wcześniejszych wypowiedzi, mam nadzieję, że rzetelnie), że pojawienie tej egoistycznej wielkomiejskiej warstwy ludzi z wyższym wykształceniem to efekt nieudolnej lub niesprawiedliwej z założenia polityki społecznej wprowadzonej w III RP (w domyśle: liberalnej), zakładającej, że najważniejsze dla rozwoju gospodarczego i społecznego polski pokomunistycznej jest pojawienie się klasy średniej, mającej być elementem napędowym zmian i rozwoju. To ułatwianie rozwoju klasie „średniobogatych” odbywało się kosztem klas biedniejszych i mniej wykształconych. Dodatkowo liberalna retoryka, eksponująca wątek korzyści, dała tej klasie możliwość myślenie w kategorii: Polsce będzie lepiej, jeśli mnie będzie lepiej. A to nie zawsze jest prawda.
Ale to pęknięcie społeczne jedna strona medalu, druga to gospodarka.
W tym miejscu trochę liczb. W Polsce 23 miliony osób płaci podatek dochodowy nazywany PIT. Każdy płaci, w zależności od dochodu, stawkę 19, 30 i 40 procent. Ilu jest biednych, ilu bogatych? To właśnie pokazuje coroczny raport ministerstwa finansów. W 2005 roku 95 procent podatników, a więc 21 milionów 850 tysięcy ludzi, zapłaciło podatek według stawki 19 procent. To oznacza, że miesięcznie zarobiło na rękę nie więcej niż 1950 zł. 30-procentowy podatek zapłaciło w 2005 roku 4 procent podatników, a więc 920 tysięcy. To oznacza, że zarabiali miesięcznie między 1951 a 4000 zł. Ostatnia, najbogatsza grupa, to 1 procent podatników, czyli 230 tysięcy. Oni zarabiali co najmniej 4001 zł miesięcznie na rękę. Tak wygląda w Polsce rozkład bogactwa.
Przyjrzeć się musimy jeszcze innym danym: która grupa podatników oddaje w sumie najwięcej pieniędzy do budżetu? Ano właśnie ci najbogatsi. Ten jeden procent zapłacił w 2005 roku 30 procent wszystkich podatków PIT. Z 29 miliardów złotych aż 8,7 miliarda. Druga grupa podatkowa (ci, co płacili 30 procent) – tych jest cztery procent wszystkich podatników – zapłacili 12 procent wszystkich podatków. Pozostałe 16 mld 820 milionów złotych zapłaciło 95 procent podatników płacących 19-podatek.
Wspomnijmy jeszcze, że milion podatników osiągnęło dochód mniejszy od kwoty wolnej od podatku, więc nie zapłacili nic.
Jaki jest wynik ten matematyki?
Podatnicy pierwszej grupy (95 procent) zapłacili średnio 806 zł podatku rocznie! (średnia już po ulgach i odpisach).
Podatnicy drugiej grupy (4 procent) zapłacili państwu średnio 3782 zł rocznie.
Podatnicy trzeciej grupy ( 1 procent) zapłacili państwu średnio 37.822 zł podatku rocznie.
I to w tym miejscu powinniśmy rozpocząć dyskusję o niesprawiedliwości społecznej panującej w III RP. Bo mamy wykształciuchów, zasklepionych w egoizmie społecznym, którzy lekceważą „Polskę prowincjonalną”, ale jednocześnie ponoszą największe koszty utrzymania państwa.
Jak więc to jest z tą niesprawiedliwością, będąca immanentną cechą III RP? Jak byłoby sprawiedliwie? Czy gdyby najbogatsi płacili jeszcze więcej? 50 procent zarobków? 60 procent? Czy może wszyscy powinni płacić taki sam podatek, tzw. liniowy?
Nie w podatkach problem. III RP nie była niesprawiedliwa. Była (i jeszcze jest, mimo wysokiego wzrostu gospodarczego, malejącego bezrobocia, dobrej koniunktury) biedna. To nie to samo. Polskie państwo ma za mało pieniędzy, by zaspokoić oczekiwania wszystkich grup społecznych. Oczekiwania rozbudzone w dużej mierze przez polityków. W dodatku te pieniądze, które są, dzieli się według klucza politycznego (rozumianego jako podział łupów) a nie ekonomicznego. Tu błędy czyniły elity zarówno III RP, jak i obecne. Te aktualne może są o tyle uczciwsze, że robią to bez żadnej konsternacji, na oczach wszystkich, uważając, że tak właśnie trzeba.
Mamy więc Polskę biedną, a nie niesprawiedliwą. I budowa Polski solidarnej nic tu nie da, bo musimy budować Polskę bogatą.
Mit Trzeci: III RP powstała na złych fundamentach zgniłego kompromisu z komunistami
Ten kompromis – w dzisiejszej wersji historii – jest grzechem pierworodnym III RP. Opisał go dokładnie Jarosław Kaczyński w wykładzie wygłoszonym w Heritage Institute, podczas wizyty w USA. Premier kreśli tam nową wersję historii najnowszej. Nie ma tam bohaterów, radości z bezkrwawej rewolucji, szacunku dla autora wielkiej reformy gospodarczej, są służby sterujące procesem przemian w 1989 roku, zgniły kompromis opozycji, przyjmującej ofertę współwładzy z gwarancjami dla tych, którzy tę władze oddają. Są ludzie opozycji, którzy przyjmują tę ofertę, bo chcą się znaleźć w sferze społecznego przywileju. Jest cicha współpraca w sferze medialnej w kształtowaniu świadomości społecznej i budowie swego rodzaju poprawności politycznej.
Kompromis jak narzędzie osiągania celów politycznych stracił w 2006 roku na znaczeniu. Zarówno z polityce wewnętrznej, jak i międzynarodowej, obecna ekipa stawia na konfrontację. Czy taki sposób działania przyniesie pożądane efekty, zobaczymy na jakiś czas. Ale czy przyniósłby w roku 1988 i 1989? Czy Jaruzelski oddałaby władzę wiedząc, że w nowej Polsce on i jego ekipa (rozumiana jak najszerzej, nie tylko politycy, ale i setki tysięcy członków partii i beneficjentów tamtego ustroju) będą obywatelami drugiej kategorii, bez praw i gwarancji? Że zostanie osądzona, zlustrowana, zdekomunizowana i – co bardzo prawdopodobne – zapakowana do więzienia?
Dziś łatwo mówić: tak powinno być. Powinno. Ale nie jest, i to jest właśnie koszt bezkrwawej rewolucji. Coś za coś. Dziś politycy negujący okrągłostołowy kompromis przywołują przykład Niemiec, jako wzorowego sposobu rozprawienia się z komunistami. Zapominają, że to jedyny taki przypadek, a jego wyjątkowość polega na tym, że tam jedno bogate państwo wchłaniało drugie, biedne. Polska poszła hiszpańską drogą, gdzie nowa i stara władza zawarła układ. Tak, dokładnie „układ”. Obie strony zrezygnowały z cześci swoich postulatów, bo to właśnie istota kompromisu. I ten kompromis lepiej przysłużył się Polsce, niż konfrontacja.
Mit Czwarty: III RP była zawłaszczona przez „Układ” (koniecznie z dużej litery)
Nie będę cytował z pamięci, podeprę się wypowiedzą Jarosława Kaczyńskiego. „Trzeba przeprowadzić trzy wielkie operacje. Przede wszystkim oczyścić państwo. Zdzisław Krasnodębski z Rzeczpospolitej celnie pisał, że Polska przeszła dwie transformacje – jawną i ukrytą. W efekcie tej ukrytej powstał nowy układ sterujący zwłaszcza gospodarką. Wpływa on nieformalnie na instytucje państwa. My w PiS, a wcześniej w PC od lat mówiliśmy o istnieniu takiego układu. Grupy biznesowe, grupy polityków, grupy związane ze służbami specjalnymi, po części grupy zorganizowanej przestępczości decydują o zasadniczych kwestiach gospodarczych, przede wszystkim prywatyzacji. Mają też wpływ na decyzje administracyjne, legislacyjne, które dają np. możliwość uzyskiwania różnych nieuprawnionych dochodów”. Tak wygląda III RP według premiera (cytat za Gazetą Wyborczą). Likwidacja tego układu, wprowadzenie polityki Polski solidarnej, przestawienie funkcjonowania państwa na normalne tory – to właśnie spowoduje, że IV RP będzie krajem lepszym, sprawiedliwszym.
Kod, narzucony w debacie publicznej przez wyznawców układu, pozwala mówić o styku gospodarki i biznesu tylko w kategoriach wynaturzenia. To, co jest normalne na świecie, u nas jest „Układem”. Przywódcy największych państw, udając się z wizytą do innego, zabierają szefów dużych firm, by swoim autorytetem pomóc im w zagranicznych przedsięwzięciach biznesowych. Od tego przecież są, żeby wspomagać własną gospodarkę. W Polsce prezydent zabierający z wizytą zagraniczną szefów państwowych i prywatych firm musi być w „niejasnych powiązaniach” z owymi biznesmenami. To, że były pracownik SB szantażuje swoich partnerów biznesowych, ma dowodzić że „esbecki układ steruje Polską”, a nie parszywego charakteru owego osobnika. A czym on się różni od znanego dziennikarza, który grozi dyrektorowi szpitala, że jeśli nie przyjmie jego kolegi na zabieg poza kolejnością, to obsmaruje go w swoim tytule? Przeszłością. Ta przeszłość pozwala stosować wobec nich inna miarę. Ale to tylko relatywizm.
Przy prywatyzacjach popełniano przestępstwa, próbowano kupować posłów (może i ze skutkiem), istniała przestępczość zorganizowana – takie zjawiska były i będą, niezależnie od numeracji Rzeczpospolitej. Wątpliwości dotyczą ich skali i wpływu na działanie struktur państwa. A zatem, czy jest jakaś „sieć powiązań”, czy są jednostkowe przypadki przestępczej działaności byłych funkcjonariuszy komunistycznych i zwykłych bandytów, być może nawet w dużej skali, ale niepowiązane ze sobą. Jak na razie ekipa Jarosława Kaczyńskiego nie przedstawiła żadnych argumentów za. Podczas kilku kryzysów politycznych mijającego roku nie brakowało okazji, by takie fakty ujawnić. Stanowiłyby one dowód prawdziwości głoszonych tez. Zwłaszcza w przedwyborczej gorączce. Co prawda w zanadrzu jest jeszcze raport komisji likwidacyjnej WSI, ale problem z nim jest taki, że przygotował do Antoni Macierewicz. A to – z definicji – podważa jego wiarygodność.
Historia uczy
Sytuacja braci Kaczyńskich jest godna pozazdroszczenia. Bezrobocie, zmora poprzednich ekip, spada w tempie ekspresowym, eksport rośnie, waluta jest silna, gospodarka rozwija się, płynie coraz szerszy strumień unijnych pieniędzy. Dla polityka żyć nie umierać. Dlaczego więc Prawo i Sprawiedliwość ma tak duży elektorat nagatywny? Przecież wyborca może zobaczyć wymierne korzyści płynące z ich rządów (abstrahuję tu od logiki i następstwa czasowego procesów gospodarczych, bo tych większość wyborców nie zauważa).
A może powodem jest właśnie ocena własnej historii? Te fundamenty, na których powstaje nowa Polska, mity założycielskie? Trudno budować wspólnotę, obrzydzając obywatelom ich własną historię. Podobnie czynili po drugiej wojnie komuniści, malując w oficjalnej propagandzie czarny obraz Polski międzywojennej. Czy odnieśli sukces? Historia uczy, że nie.
III RP, mimo wszystkich ułomności, dała dużej grupie Polaków możliwości, z których skorzystali. Wykonali skok cywilizacyjny, z którego chcą być dumni. Stąd ta tęsknota. Tęsknota za obiektywną historią III RP.
(styczeń 2007)
Etykiety:
IV RP,
Kaczyński,
mity założycielskie,
PiS,
podatki
Subskrybuj:
Posty (Atom)