Jak wszyscy grzesznicy, wolimy milczeć. Zamiast rachunku sumienia wybieramy zapomnienie. Po co babrać się we własnej przeszłości, skoro za kilka miesięcy ludzie zapomną. Mają krótką pamięć, to wiemy. Grzebać w cudzej przeszłości to i owszem, lubimy, ale mówić o sobie? O tym, co wyprawialiśmy przez ostatnie dwa lata? Piętnować, pouczać, rozliczać z obietnic – tak, to nasza rola. Więc piętnujemy, pouczamy, rozliczamy. Innych. O sobie cicho sza.
Ale tym razem jesteśmy w gorszej sytuacji, niż politycy, na których tak lubimy wieszać psy. Ich w październikowych wyborach oceniło społeczeństwo. Jednych postawiło do kąta, innym dało szansę. Ci werdykt przyjęli do wiadomości. Przegrani psioczą pod nosem na to społeczeństwo, ale poddają się jego woli. My, dziennikarze, chowamy głowę w piasek. Nas społeczeństwo nie rozliczy. Jesteśmy ponad nie, zresztą, co ono tam o nas wie, tyle, ile sami mu chcemy powiedzieć.
A przecież jeszcze nigdy nie upadliśmy tak nisko. Nigdy tak wielu z nas nie zrobiło tak wiele, by przypodobać się władzy. Nigdy tak wielu z nas nie zrobiło tak wiele, by tę władze zwalczać w imię własnych interesów. Zamiast ją kontrolować, zaczęliśmy w niej uczestniczyć. Przekroczyliśmy Rubikon.
Dziś, jak każda kasta, chcemy brudy zamieść pod dywan. Zapomnieć. Uznać, że nic się nie stało, albo – co gorsza – z naszych grzechów uczynić cnotę.
GRZECH PIERWSZY: PYCHA
Jedno łączy filozofa i dziennikarza: zdziwienie. Gdy się dziwimy, stawiamy pytania, gdy pytamy, szukamy odpowiedzi. Te odpowiedzi przekazujemy społeczeństwu: słowem, obrazem, dźwiękiem. Pytamy i odpowiadamy de facto w jego imieniu. W tym zdziwieniu różnimy się od polityków. My pytamy i szukamy odpowiedzi, oni odpowiedzi znają, a pytań nie lubią.
Gdy bracia Kaczyńscy postawili swoją diagnozę: że państwo jest zdemoralizowane, słabe, przesiąknięte korupcją i oddane na pastę nieformalnych układów, wielu z nas się z nimi zgodziło. – Przecież mówią to, co myślę od dawna, pisałem o tym nie raz – myśleliśmy. Ta zgodność nie była sama w sobie czymś złym, w końcu depozytariuszem prawdziwej diagnozy może być i dziennikarz, i polityk. Zła była satysfakcja, którą wielu z nas się zachłysnęło. – No i kto miał rację? No kto? – pytaliśmy z triumfem w oczach. Od satysfakcji niedaleko do pychy. A pyszni są nieomylni, przynajmniej w swoich oczach.
Może to wina rozbudzonych rewolucyjnych nastojów, może wieloletnich frustracji, że prawicowy głos był przez lata słabo słyszalny, ale wielu dziennikarzy uległo wtedy tej pokusie. Przestaliśmy pytać. Nieomylni nie muszą, znają odpowiedzi. Nasze teksty, nasze komentarze, nasze analizy przestały opisywać świat, one objawiały prawdę. Naszą, jedyną słuszną. I to nie był problem tylko tych związanych z prawą stroną. Tak jak popierając ideę IV RP potrafiliśmy sprowadzić argumenty do „oczywistej oczywistości”, tak w antykaczyńskości nie raz osiągaliśmy granice absurdu. Wszystko w imię. Naszej.
Przemawiała przez nas pycha. Wydawało nam się, może jeszcze wielu wciąż się wydaje, że w tej zabagnionej polskiej polityce, gdzie króluje głupota, chamstwo, interesowność i obłuda, jedynie my, dziennikarze, jesteśmy ostoją kultury i zdrowego rozsądku. Jedynie my stoimy obok, potrafimy obiektywnie opisać i ocenić. Nawet nie zauważyliśmy, gdy wpadliśmy w to samo bagno. Te same pyskówki, ten sam język, ta sam pogarda dla innych poglądów. Czymże się różni dziennikarz od polityka, jeśli mówi to samo i tym samym językiem?
Weszliśmy w buty kreatorów, obserwacja nas znudziła.
Nie oszukujmy się, wielu z nas to rozmydlenie granicy między polityką a dziennikarstwem pociąga. Nasza pycha nie dopuszcza możliwości, że jesteśmy mniej ważni niż politycy, że nasz publicystyczny głos ma taką sama siłę rażenia, jak opinia cioci na imieninach. I nawet jeśli wspomnimy o badania wrocławskich socjologów, z których wynika, że media z żadnym wypadku nie są w stanie zmienić opinii wyborców na korzyść wspieranej przez nie partii tak, by przesądziło to o wyniku wyborów; że jeśli media popierają jakąś partię, wzbudza to podejrzliwość wyborców z wielkich miast, którzy głosują dokładnie odwrotnie, nie wyciągamy z tego wniosków.
Grzeszyliśmy pychą już wcześniej. Ale za IV RP zaczęliśmy się z nią obnosić. Mentorski to, który kiedyś zarzucaliśmy innym, za czasów IV RP uznaliśmy za zupełnie normalny sposób komunikacji z odbiorcami. My uważamy, my twierdzimy, my postulujemy… Ten ma rację, a ten nie i kropka.
Same odpowiedzi.
GRZECH DRUGI: SŁUŻALCZOŚĆ
Nie trzeba łamać kręgosłupów, wystarczy wytrenować je w elastyczności. W redakcjach nigdy nie było tak wielu dziennikarzy, którzy w poprzednich miejscach pracy byli zbyt mało elastyczni. „Tak wielu” nie znaczy większość. Większość, jak zwykle milczała, bo miejsce pracy, rodzina, kredyty. Nigdy też w redakcjach nie było tak wielu dziennikarzy, którzy tej elastyczności wymagali od podwładnych. Owładnięci pychą i przekonani o własnej nieomylności, uważaliśmy, że tego wymaga Sprawa. Omamił nas świat dużych liter: Dobro Polski, Sprawiedliwość, Moralność.
Oto młodziak, jeszcze bez magisterki, zaczyna biegać po Sejmie w poszukiwaniu newsa. I dostaje te newsy od zaprzyjaźnionego posła. Dostaje i publikuje. Bez sprawdzenia. Gdyby sprawdził, to by nie opublikował. Transakcja jest obopólnie korzystna: młodziak ma newsy i gwiazduje, poseł dołożył konkurencji.
Oto redaktor, który wie, skąd ten news pochodzi, że jakiś taki lewy, niepewny, śmierdzący, ale macha ręką, bo przecież „my tylko relacjonujemy, nie stawiamy zarzutów”.
Oto inny redaktor wysyłający doświadczonego reportera do ministerstwa. Odbierzesz tam kwity. Przeczytaj i napisz – brzmi zlecenie. Ale co to za kwity? Skąd? – pyta reporter. A co cię to obchodzi. Dobre – słyszy.
Napisał czy okazał się za mało elastyczny?
Oto Duży Redaktor ustalający z otoczeniem premiera datę głośnej publikacji bijące w opozycję. Termin musi być dograny, bo premier chce z rana wystąpić na konferencji prasowej. Będzie tam grzmiał i piętnował.
Oto Minister dzwoniący do dziennikarza z propozycją: napisz to i to. Jutro dostaniesz coś w zamian.
„To i to” okazało się ćwierćprawdą. Trafiła do druku?
Mieliśmy świadomość, że ta władza sobie z nami pogrywa. Że odstajemy od niej to, co jest jej na rękę, że tak naprawdę pracujemy w rządowym PR. Ale godziliśmy się na to w imię… No właśnie, czego?
GRZECH TRZECI: NIEUMIARKOWANIE
Tu grzeszyliśmy po równo: i my, i społeczeństwo. Wirus radykalizmu dopadł wszystkich i trzymał w uścisku przez dwa lata. Wielu z nas jeszcze trzyma. Gdy sprawa dotyczyła naszych przeciwników, z błahostek robiliśmy wielkie afery. Histeryzowaliśmy tam, gdzie wystarczyła mała reprymenda. Zamiast mówić – krzyczeliśmy, zamiast argumentować – obrażaliśmy. Dziś możemy się bronić, że taki był kontekst społeczny, że polaryzacja, że dwa obozy, ale ta argumentacja dowodzi tylko tego, jak bardzo zagubiliśmy się w swoje roli obserwatorów.
GRZECH CZWARTY: MANIPULACJA
Nie powiem, że osiągnęliśmy mistrzostwo, ale daleko przesunęliśmy granice tego, dozwolone. I pomińmy tabloidy, bo tymi rządzą prawa pism rozrywkowych. To już nie było to finezyjne spychanie niewygodnych władzy informacji na dalsze strony (jeśli byliśmy za) i wyciąganie na pierwszą tych przywalających władzy (jeśli przeciw). Do perfekcji opanowaliśmy sztukę odczytywania różnych wyników z tych samych danych, mieszania informacji z komentarzem tak, by czytelnik to przełknął. Wyciągania zdań z kontekstu tak, by wywołały pożądana aferę i wybierania właściwych komentatorów, by powiedzieli dokładnie to, co chcemy usłyszeć. Wszystko w imię Sprawy, albo walki z nią.
Mamy nawet symbol. Młoda dziewczyna z telewizji, która redagowała serwis informacyjny pod władzę, nie publiczność. Smutny to symbol, bo zupełnie pozbawiony świadomości, jak bardzo sam był manipulowany przez zwierzchników. To właśnie boli najbardziej: manipulowaliśmy opinią publiczną, a nami manipulowano, byśmy dobrze manipulowali. Ale tego drugiego członu nie chcemy przyjąć do wiadomości. Nie pozwala nam pycha.
Więcej grzechów nie pamiętamy i prosimy o wybaczenie.
(grudzień 2007)
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radykalizm. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą radykalizm. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 24 stycznia 2008
Nadzieja w czasach zarazy
Ten wirus niszczy i polityków, i wyborców. Mutuje się, zmienia politykę w ciąg oskarżeń i licytacji, gdzie już nie wizja i cel, a jedynie krzyk i oszczerstwa zwracają uwagę. Poglądy mają być bezdyskusyjne, rozwiązania natychmiastowe a oceny jednoznaczne. Ten wirus to radykalizm.
Załóżmy na chwilę, że Jarosław Kaczyński zrealizował swój plan naprawy Rzeczypospolitej. Żyjemy w IV RP. Jak wygląda ten kraj? Na arenie międzynarodowej jesteśmy może nielubiani, ale poważani, zwłaszcza w Europie. Żadna strategiczna decyzja Unii Europejskiej nie zostaje podjęta bez naszej aprobaty. Zgodziliśmy się na unijnego ministra spraw zagranicznych, ale wywalczyliśmy, że nie może on pochodzić z krajów starej unii, dzięki czemu wzrosło znaczenie i siła mniejszych państw, a spadło Niemiec i Francji. Energetycznie jesteśmy niezależni od Rosji, kupujemy ropę i gaz z innych źródeł, drożej, ale stać nas na to. Wybudowaliśmy gazoport. Gospodarka wchłania strumień unijnym pieniędzy, rwie do przodu, bezrobocie oscyluje w granicach pięciu-siedmiu procent. Rozwój gospodarczy i szybkie bogacenie się społeczeństwa ściąga kapitał zagraniczny, który inwestuje tu już nie z powodu taniej siły roboczej, ale głównie ze względu na potencjał rynku i poziom wykształcenia pracowników. Wypleniono korupcję, spadła przestępczość.
Cóż zarzucić tej wizji? Dlaczego nie przyznać racji Jarosławowi Kaczyńskiemu gdy mówi, że w polityce międzynarodowej trzeba ostro walczyć o swoje, nawet z takimi potęgami jak Rosja, że wzrost gospodarczy nie może być celem samym w sobie, ale ma służy poprawie jakości życia obywateli, że powiązania urzędników z biznesem są patogenne i przestępcy powinni siedzieć w więzieniach?
Nie dajmy się zwariować, bracia Kaczyńscy nie psują wszystkiego, czego się dotykają. Choć gospodarka sunie do przodu głównie dzięki sprzyjającym okolicznościom (wejście do Unii), to jeśli przyjąć liberalną optykę, że najlepszy rząd to taki, który trzyma ręce jak najdalej od gospodarki, to akurat gabinetowi Jarosława Kaczyńskiego trudno tu cokolwiek zarzucić. W tych sprawach aktywność gabinetu ogranicza się do podziału łupów i obsadzania stanowisk niekompetentnymi figurantami, bez ingerencji w sam mechanizm. I dobrze. Tu akurat koalicja robi to samo co poprzednicy. Różnica między niekompetentnym urzędnikiem z AWS czy SLD a Samoobrony lub PiS jest umowna. Z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego ci niekompetentni są chociaż lojalni. Co więc z tą wizją jest nie tak? Osobiście przyznam: mi się podoba. Chciałbym żyć w państwie poważanym w Europie, niezależnym i bezpiecznym. I nawet przyklasnąłbym Jarosławowi Kaczyńskiemu, gdyby nie jeden problem.
Wściekłe psy
Trudno wyobrazić sobie sprawę ważniejszą dla lokalnej społeczności, niż budowa obwodnicy Augustowa. Miasto rozjeżdżają tiry, mieszkańcy czekają na rozpoczęcie budowy, ale ekolodzy protestują przeciw zaaprobowanemu wariantowi trasy. Zmiana przebiegu oznacza odłożenie w czasie rozpoczęcia prac. Sprawa zmobilizowała setki tysięcy Polaków, przez kilka tygodni nie schodziła z pierwszych stron gazet, w konflikt włączył się rząd, prezydent, nawet Unia Europejska. 20 maja na Podlasiu odbyło się referendum w sprawie obwodnicy, połączone z wyborami do sejmiku samorządowego. Co się okazało? Jest nieważne z powodu zbyt niskiej frekwencji – do urn poszło niewiele ponad 22 procent uprawnionych.
Ale nie ta liczba szokuje, do takiej frekwencji w wyborach samorządowych zdążyliśmy się przyzwyczaić. W referendum głosowało tylko 35 procent mieszkańców Augustowa. Ludzi najbardziej zainteresowanych! Po takiej burzy medialnej, po dziesiątkach protestów, po blokadach dróg, tylko 35 procent? W relacjach dziennikarskich mieszkańcy mówili jednym głosem: dusimy się, nie możemy żyć w mieście rozjeżdżanym przez tiry, potrzeba nam tej obwodnicy jak powietrza. Ale gdy mogli się wypowiedzieć, dać władzy placet do działania w ich imieniu, odwrócili się plecami od urn.
To jest właśnie pułapka, w która wpadł Jarosław Kaczyński. Niska frekwencja w wyborach samorządowych była dla niego korzystna, bo w odróżnieniu od innych partii, PiS ma bardzo zdyscyplinowany elektorat. Jednak w referendum w sprawie obwodnicy Augustowa chodziło o coś jeszcze – o poparcie mieszkańców w konflikcie PiS-u z wszelkiej maści ekologami, wykształciuchami, nawet Unią, która zechciała wcisnąć swoje trzy grosze. Nie udało się, PiS padł ofiarą własnej choroby. Bo duża część społeczeństwa uznaje już nie tylko politykę, ale nawet sam proces wyborczy, za coś odpychającego, w którym nie chce brać udziału, no bo kto z własnej woli wkłada rękę do klatki z wściekłymi psami.
Radykał na głodzie
Jeśli chodzi o strategię polityczną, wszystko wygląda dobrze. Wizji Jarosława Kaczyńskiego nie da się zrealizować w trakcie jednej kadencji, jest zbyt ambitna. Potrzeba tu i drugiej kadencji parlamentarnej, i prezydenckiej. Wybory 2005 roku pokazały, że społeczeństwo jest zmęczone polityką, do urn poszło niewiele ponad 40 procent uprawnionych. Oczywisty wniosek był taki, że umiarkowany elektorat się nie liczy, najważniejsi są radykalni wyborcy. To oni zdecydowali o wygranej potencjalnej koalicji PiS-PO, oni chcieli zmian, rewolucji moralnej i IV RP. Koalicja nie powstała, bo Platforma z racji historii jej liderów lekko ciąży ku centrum, a i liderzy PO nie chcieli firmować rewolucji prowadzonej pod cudzym sztandarem (gdyby to Platforma wygrała i Rokita miał zostać premierem, pewnie podobnie zachowałby się PiS).
Zazwyczaj po wyborach następuje szybkie ochłodzenie nastrojów, sprawowanie władzy tępi radykalne zapędy. PiS bał się takiego scenariusza. Jego wyborcy nie wybaczyliby mu umiarkowania, partia mogłaby zapomnieć o wygranej w kolejnych wyborach. Zamiast więc spuścić z tonu, Jarosław Kaczyński jeszcze bardziej podkręcił strunę tak, by radykalny ton był wysoki i dobrze słyszalny. Elektorat jest szczęśliwy, co wyraża poparciem w sondażach, rewelacyjnych, jak dla partii rządzącej od półtora roku. Trybunał Konstytucyjny, „tak zwane elity”, lekarze, lustracje teczek i majątków, tajne konta, przecieki do prasy o kolejnych zeznaniach i oskarżeniach – to wszystko służy zaspokojeniu żądzy zemsty i frustracji niedopieszczonego przez ostatnie 18 lat elektoratu. Jeśli wszystko poszłoby dobrze, zniechęcenie umiarkowanych tylko się powiększy, frekwencja w kolejnych wyborach będzie niższa, a zwycięstwo partii Jarosława Kaczyńskiego większe.
Niby wszystko się zgadza, polityka wymaga takich właśnie kalkulacji, to przecież walka o zdobycie i utrzymanie władzy. Ale zróbmy jeszcze jedno ćwiczenie. Wyobraźmy sobie, że Lech i Jarosław Kaczyńscy, po uchwaleniu nowej konstytucji, ogłaszają z dumą: Oto mamy IV Rzeczpospolitą. Wszystkie najważniejsze instytucje państwowe obsadzone swoimi, przeciwnicy polityczni rozproszeni. I co, to już koniec walki? Oto sedno problemu. Co miałby powiedzieć Jarosław Kaczyński swojemu elektoratowi? Jak sam sobie wyjaśniać rzeczywistość? Co z winnymi, oskarżeniami, spiskami, zapewnieniami, że choć jest źle, będzie lepiej, którymi od lat karmili się politycy i elektorat PiS-u. Czy w tym oto cudownym momencie partia i jej wyborcy zostaną cudownie uleczeni, uznają, że rzeczywistość – społeczna, polityczna, obyczajowa – jest dokładnie taka, jakiej pragnęli, że ich idee zostały z powodzeniem wcielone w życie? Próżne nadzieje, przecież radykalizm to ciężka choroba, kto raz zachoruje, będzie jak alkoholik nosił ją w sobie do końca życia. Gdy brak mu wrogów, jest na głodzie. Jarosław Kaczyński to wie. Dlatego, choć powinien się cieszyć, w dniu ogłaszania nowej Rzeczpospolitej stałby z zasępiona twarzą.
Jak chłopu na granicy
Spustoszenie, jakiego dokonał wirus radykalizmu w umysłach polityków i wśród wyborców jest nieodwracalne. Dyskusja? Oto poseł koalicji telewizyjnym programie zatytułowanym „Warto rozmawiać” odczytuje z karki przygotowane wcześniej tezy swojego wystąpienia. Jemu dialog nie jest potrzebny. Publicystyka? Oto teksty zawierające podręczny zestaw oszczerstw wobec „obrońców układu” z jednej i „reżimowych publicystów” z drugiej strony. Polityka edukacyjna? Przecież mamy wicepremiera ogarniętego homoseksualną obsesją, który niepoprawnych płciowo znajdzie nawet w równaniach z jedną niewiadomą.
I elektorat to kupuje. Elektoratowi podoba się, gdy jego polityk żąda od profesora ekonomii w telewizyjnej debacie, by mu wyjaśnił zawiłe kwestie makroekonomii, jak chłopu na granicy. Mów pan prosto, tak żeby wszyscy pana zrozumieli, rzuca, gdy tylko pojawiają się skomplikowane terminy i definicje, i cieszy się, gdy profesor w końcu daje za wygraną. A widzisz pan, nawet nie potrafisz pan powiedzieć, o co panu chodzi, puentuje polityk, a elektorat jest zachwycony.
Elektorat woli, gdy polityk nie debatuje, tylko wygłasza swoje racje. Po co odnosić się do argumentów przeciwników, analizować ich pod względem prawdziwości lub nieprawdziwości? Polityk ma swoje wiedzieć, co nas obchodzi zdanie innych.
Elektorat chce, by polityk był dumny. By obnosił się z tą dumą za granicami, choć tam chcieliby pogadać z nim o interesach, a nie o jego kompleksach. I nie wstydził się, gdy ktoś go przyłapie na głupocie, bo wiadomo, że to zmowa polityczna, nie lubią, dlatego atakują.
I najważniejsze – elektorat jest podejrzliwy, polityk też musi. Dlatego przeciwnik polityczny nie może być uczciwy, bo przecież uczciwi to jesteśmy my. Dlatego nikt poza nasza partią nie troszczy się o dobro kraju. Dlatego wszędzie wietrzymy spiski, oskarżamy, nasyłamy prokuraturę, powołujemy komisje.
Obojętna większość
A co z resztą społeczeństwa? – spyta ktoś. Przecież wybory to dziś domena mniejszości, nawet największym twardzielom demokracji czasami chodzi po głowie: a po co głosować, co to zmieni. Zdrowa większość broni się przed wirusem jedyną dostępną i skuteczną szczepionką – obojętnością. Tylko podczas kampanii wyborczych jest mniej odporna, ulega sugestiom, wizjom, łapie się na proste i natychmiastowe rozwiązania, bezdyskusyjne poglądy, bezkompromisowych polityków, jednym słowem – ulega czarowi radykalizmu. Któż nie wolałby łatwo, szybko, bezproblemowo? Ale po wyborach organizm wraca do równowagi, zwłaszcza, gdy po półtora roku rządów słyszy, że mityczny „układ” i „sieć powiązań” wciąż blokuje budowę autostrad. Wiadomo, że najprostsze wytłumaczenia są najtrafniejsze, więc po co „układ”, wystarczy „niekompetencja”.
Umiarkowani obojętnieją, bo przecież nie wyjdą na ulice, nie zdemolują stolicy, to nie ich metody, to domena radykałów. A jak nie wyjdą, to nikt na nich nie zwróci uwagi. Zdają sobie sprawę z tej kwadratury koła i obojętnieją w milczeniu. Dobrze, że siedzą cicho, cieszą się radykałowie, bo zdają sobie sprawę z ich przewagi liczebnej. I mogą bez oporu mamić się swoimi chorymi wizjami.
Docenić normalność
Czy jest jakaś nadzieją dla zobojętniałej większości? Przecież nie ma co liczyć, że koalicja rządząca wyleczy się z tej choroby, musiałaby najpierw przyznać, że jest chora i chcieć się leczyć. Może jakaś inna siła polityczna? Ale kto? Aleksander Kwaśniewski jako obrońca demokracji? Pomińmy milczeniem. Donald Tusk jak „lepszy Kaczyński”? Mało pociągające. Nie pomoże szybki przegląd elit politycznych. Oszukała AWS, oszukał SLD, oszukał POPiS – mówi zobojętniały – nie dam się nabrać po raz kolejny.
Czyżbyśmy więc byli straceni? Bo nie mamy co liczyć na Wybawiciela. Nie zakładajmy, że pod budką z piwem pojawi się kulturalny, mądry jegomość, wda się w dyskusję i zachęci klientów do uczciwej pracy. Pewnie zanim otworzy usta dostanie po pysku. Jedyna nadzieja w nas, umiarkowanych, już zobojętniałych albo obojętniejących. Żeby docenić normalność, trzeba ją stracić. Potem zatęsknić. My już ją straciliśmy, ale jeszcze nie tęsknimy. Wtedy ruch będzie po naszej stronie.
(czerwiec 2007)
Załóżmy na chwilę, że Jarosław Kaczyński zrealizował swój plan naprawy Rzeczypospolitej. Żyjemy w IV RP. Jak wygląda ten kraj? Na arenie międzynarodowej jesteśmy może nielubiani, ale poważani, zwłaszcza w Europie. Żadna strategiczna decyzja Unii Europejskiej nie zostaje podjęta bez naszej aprobaty. Zgodziliśmy się na unijnego ministra spraw zagranicznych, ale wywalczyliśmy, że nie może on pochodzić z krajów starej unii, dzięki czemu wzrosło znaczenie i siła mniejszych państw, a spadło Niemiec i Francji. Energetycznie jesteśmy niezależni od Rosji, kupujemy ropę i gaz z innych źródeł, drożej, ale stać nas na to. Wybudowaliśmy gazoport. Gospodarka wchłania strumień unijnym pieniędzy, rwie do przodu, bezrobocie oscyluje w granicach pięciu-siedmiu procent. Rozwój gospodarczy i szybkie bogacenie się społeczeństwa ściąga kapitał zagraniczny, który inwestuje tu już nie z powodu taniej siły roboczej, ale głównie ze względu na potencjał rynku i poziom wykształcenia pracowników. Wypleniono korupcję, spadła przestępczość.
Cóż zarzucić tej wizji? Dlaczego nie przyznać racji Jarosławowi Kaczyńskiemu gdy mówi, że w polityce międzynarodowej trzeba ostro walczyć o swoje, nawet z takimi potęgami jak Rosja, że wzrost gospodarczy nie może być celem samym w sobie, ale ma służy poprawie jakości życia obywateli, że powiązania urzędników z biznesem są patogenne i przestępcy powinni siedzieć w więzieniach?
Nie dajmy się zwariować, bracia Kaczyńscy nie psują wszystkiego, czego się dotykają. Choć gospodarka sunie do przodu głównie dzięki sprzyjającym okolicznościom (wejście do Unii), to jeśli przyjąć liberalną optykę, że najlepszy rząd to taki, który trzyma ręce jak najdalej od gospodarki, to akurat gabinetowi Jarosława Kaczyńskiego trudno tu cokolwiek zarzucić. W tych sprawach aktywność gabinetu ogranicza się do podziału łupów i obsadzania stanowisk niekompetentnymi figurantami, bez ingerencji w sam mechanizm. I dobrze. Tu akurat koalicja robi to samo co poprzednicy. Różnica między niekompetentnym urzędnikiem z AWS czy SLD a Samoobrony lub PiS jest umowna. Z punktu widzenia Jarosława Kaczyńskiego ci niekompetentni są chociaż lojalni. Co więc z tą wizją jest nie tak? Osobiście przyznam: mi się podoba. Chciałbym żyć w państwie poważanym w Europie, niezależnym i bezpiecznym. I nawet przyklasnąłbym Jarosławowi Kaczyńskiemu, gdyby nie jeden problem.
Wściekłe psy
Trudno wyobrazić sobie sprawę ważniejszą dla lokalnej społeczności, niż budowa obwodnicy Augustowa. Miasto rozjeżdżają tiry, mieszkańcy czekają na rozpoczęcie budowy, ale ekolodzy protestują przeciw zaaprobowanemu wariantowi trasy. Zmiana przebiegu oznacza odłożenie w czasie rozpoczęcia prac. Sprawa zmobilizowała setki tysięcy Polaków, przez kilka tygodni nie schodziła z pierwszych stron gazet, w konflikt włączył się rząd, prezydent, nawet Unia Europejska. 20 maja na Podlasiu odbyło się referendum w sprawie obwodnicy, połączone z wyborami do sejmiku samorządowego. Co się okazało? Jest nieważne z powodu zbyt niskiej frekwencji – do urn poszło niewiele ponad 22 procent uprawnionych.
Ale nie ta liczba szokuje, do takiej frekwencji w wyborach samorządowych zdążyliśmy się przyzwyczaić. W referendum głosowało tylko 35 procent mieszkańców Augustowa. Ludzi najbardziej zainteresowanych! Po takiej burzy medialnej, po dziesiątkach protestów, po blokadach dróg, tylko 35 procent? W relacjach dziennikarskich mieszkańcy mówili jednym głosem: dusimy się, nie możemy żyć w mieście rozjeżdżanym przez tiry, potrzeba nam tej obwodnicy jak powietrza. Ale gdy mogli się wypowiedzieć, dać władzy placet do działania w ich imieniu, odwrócili się plecami od urn.
To jest właśnie pułapka, w która wpadł Jarosław Kaczyński. Niska frekwencja w wyborach samorządowych była dla niego korzystna, bo w odróżnieniu od innych partii, PiS ma bardzo zdyscyplinowany elektorat. Jednak w referendum w sprawie obwodnicy Augustowa chodziło o coś jeszcze – o poparcie mieszkańców w konflikcie PiS-u z wszelkiej maści ekologami, wykształciuchami, nawet Unią, która zechciała wcisnąć swoje trzy grosze. Nie udało się, PiS padł ofiarą własnej choroby. Bo duża część społeczeństwa uznaje już nie tylko politykę, ale nawet sam proces wyborczy, za coś odpychającego, w którym nie chce brać udziału, no bo kto z własnej woli wkłada rękę do klatki z wściekłymi psami.
Radykał na głodzie
Jeśli chodzi o strategię polityczną, wszystko wygląda dobrze. Wizji Jarosława Kaczyńskiego nie da się zrealizować w trakcie jednej kadencji, jest zbyt ambitna. Potrzeba tu i drugiej kadencji parlamentarnej, i prezydenckiej. Wybory 2005 roku pokazały, że społeczeństwo jest zmęczone polityką, do urn poszło niewiele ponad 40 procent uprawnionych. Oczywisty wniosek był taki, że umiarkowany elektorat się nie liczy, najważniejsi są radykalni wyborcy. To oni zdecydowali o wygranej potencjalnej koalicji PiS-PO, oni chcieli zmian, rewolucji moralnej i IV RP. Koalicja nie powstała, bo Platforma z racji historii jej liderów lekko ciąży ku centrum, a i liderzy PO nie chcieli firmować rewolucji prowadzonej pod cudzym sztandarem (gdyby to Platforma wygrała i Rokita miał zostać premierem, pewnie podobnie zachowałby się PiS).
Zazwyczaj po wyborach następuje szybkie ochłodzenie nastrojów, sprawowanie władzy tępi radykalne zapędy. PiS bał się takiego scenariusza. Jego wyborcy nie wybaczyliby mu umiarkowania, partia mogłaby zapomnieć o wygranej w kolejnych wyborach. Zamiast więc spuścić z tonu, Jarosław Kaczyński jeszcze bardziej podkręcił strunę tak, by radykalny ton był wysoki i dobrze słyszalny. Elektorat jest szczęśliwy, co wyraża poparciem w sondażach, rewelacyjnych, jak dla partii rządzącej od półtora roku. Trybunał Konstytucyjny, „tak zwane elity”, lekarze, lustracje teczek i majątków, tajne konta, przecieki do prasy o kolejnych zeznaniach i oskarżeniach – to wszystko służy zaspokojeniu żądzy zemsty i frustracji niedopieszczonego przez ostatnie 18 lat elektoratu. Jeśli wszystko poszłoby dobrze, zniechęcenie umiarkowanych tylko się powiększy, frekwencja w kolejnych wyborach będzie niższa, a zwycięstwo partii Jarosława Kaczyńskiego większe.
Niby wszystko się zgadza, polityka wymaga takich właśnie kalkulacji, to przecież walka o zdobycie i utrzymanie władzy. Ale zróbmy jeszcze jedno ćwiczenie. Wyobraźmy sobie, że Lech i Jarosław Kaczyńscy, po uchwaleniu nowej konstytucji, ogłaszają z dumą: Oto mamy IV Rzeczpospolitą. Wszystkie najważniejsze instytucje państwowe obsadzone swoimi, przeciwnicy polityczni rozproszeni. I co, to już koniec walki? Oto sedno problemu. Co miałby powiedzieć Jarosław Kaczyński swojemu elektoratowi? Jak sam sobie wyjaśniać rzeczywistość? Co z winnymi, oskarżeniami, spiskami, zapewnieniami, że choć jest źle, będzie lepiej, którymi od lat karmili się politycy i elektorat PiS-u. Czy w tym oto cudownym momencie partia i jej wyborcy zostaną cudownie uleczeni, uznają, że rzeczywistość – społeczna, polityczna, obyczajowa – jest dokładnie taka, jakiej pragnęli, że ich idee zostały z powodzeniem wcielone w życie? Próżne nadzieje, przecież radykalizm to ciężka choroba, kto raz zachoruje, będzie jak alkoholik nosił ją w sobie do końca życia. Gdy brak mu wrogów, jest na głodzie. Jarosław Kaczyński to wie. Dlatego, choć powinien się cieszyć, w dniu ogłaszania nowej Rzeczpospolitej stałby z zasępiona twarzą.
Jak chłopu na granicy
Spustoszenie, jakiego dokonał wirus radykalizmu w umysłach polityków i wśród wyborców jest nieodwracalne. Dyskusja? Oto poseł koalicji telewizyjnym programie zatytułowanym „Warto rozmawiać” odczytuje z karki przygotowane wcześniej tezy swojego wystąpienia. Jemu dialog nie jest potrzebny. Publicystyka? Oto teksty zawierające podręczny zestaw oszczerstw wobec „obrońców układu” z jednej i „reżimowych publicystów” z drugiej strony. Polityka edukacyjna? Przecież mamy wicepremiera ogarniętego homoseksualną obsesją, który niepoprawnych płciowo znajdzie nawet w równaniach z jedną niewiadomą.
I elektorat to kupuje. Elektoratowi podoba się, gdy jego polityk żąda od profesora ekonomii w telewizyjnej debacie, by mu wyjaśnił zawiłe kwestie makroekonomii, jak chłopu na granicy. Mów pan prosto, tak żeby wszyscy pana zrozumieli, rzuca, gdy tylko pojawiają się skomplikowane terminy i definicje, i cieszy się, gdy profesor w końcu daje za wygraną. A widzisz pan, nawet nie potrafisz pan powiedzieć, o co panu chodzi, puentuje polityk, a elektorat jest zachwycony.
Elektorat woli, gdy polityk nie debatuje, tylko wygłasza swoje racje. Po co odnosić się do argumentów przeciwników, analizować ich pod względem prawdziwości lub nieprawdziwości? Polityk ma swoje wiedzieć, co nas obchodzi zdanie innych.
Elektorat chce, by polityk był dumny. By obnosił się z tą dumą za granicami, choć tam chcieliby pogadać z nim o interesach, a nie o jego kompleksach. I nie wstydził się, gdy ktoś go przyłapie na głupocie, bo wiadomo, że to zmowa polityczna, nie lubią, dlatego atakują.
I najważniejsze – elektorat jest podejrzliwy, polityk też musi. Dlatego przeciwnik polityczny nie może być uczciwy, bo przecież uczciwi to jesteśmy my. Dlatego nikt poza nasza partią nie troszczy się o dobro kraju. Dlatego wszędzie wietrzymy spiski, oskarżamy, nasyłamy prokuraturę, powołujemy komisje.
Obojętna większość
A co z resztą społeczeństwa? – spyta ktoś. Przecież wybory to dziś domena mniejszości, nawet największym twardzielom demokracji czasami chodzi po głowie: a po co głosować, co to zmieni. Zdrowa większość broni się przed wirusem jedyną dostępną i skuteczną szczepionką – obojętnością. Tylko podczas kampanii wyborczych jest mniej odporna, ulega sugestiom, wizjom, łapie się na proste i natychmiastowe rozwiązania, bezdyskusyjne poglądy, bezkompromisowych polityków, jednym słowem – ulega czarowi radykalizmu. Któż nie wolałby łatwo, szybko, bezproblemowo? Ale po wyborach organizm wraca do równowagi, zwłaszcza, gdy po półtora roku rządów słyszy, że mityczny „układ” i „sieć powiązań” wciąż blokuje budowę autostrad. Wiadomo, że najprostsze wytłumaczenia są najtrafniejsze, więc po co „układ”, wystarczy „niekompetencja”.
Umiarkowani obojętnieją, bo przecież nie wyjdą na ulice, nie zdemolują stolicy, to nie ich metody, to domena radykałów. A jak nie wyjdą, to nikt na nich nie zwróci uwagi. Zdają sobie sprawę z tej kwadratury koła i obojętnieją w milczeniu. Dobrze, że siedzą cicho, cieszą się radykałowie, bo zdają sobie sprawę z ich przewagi liczebnej. I mogą bez oporu mamić się swoimi chorymi wizjami.
Docenić normalność
Czy jest jakaś nadzieją dla zobojętniałej większości? Przecież nie ma co liczyć, że koalicja rządząca wyleczy się z tej choroby, musiałaby najpierw przyznać, że jest chora i chcieć się leczyć. Może jakaś inna siła polityczna? Ale kto? Aleksander Kwaśniewski jako obrońca demokracji? Pomińmy milczeniem. Donald Tusk jak „lepszy Kaczyński”? Mało pociągające. Nie pomoże szybki przegląd elit politycznych. Oszukała AWS, oszukał SLD, oszukał POPiS – mówi zobojętniały – nie dam się nabrać po raz kolejny.
Czyżbyśmy więc byli straceni? Bo nie mamy co liczyć na Wybawiciela. Nie zakładajmy, że pod budką z piwem pojawi się kulturalny, mądry jegomość, wda się w dyskusję i zachęci klientów do uczciwej pracy. Pewnie zanim otworzy usta dostanie po pysku. Jedyna nadzieja w nas, umiarkowanych, już zobojętniałych albo obojętniejących. Żeby docenić normalność, trzeba ją stracić. Potem zatęsknić. My już ją straciliśmy, ale jeszcze nie tęsknimy. Wtedy ruch będzie po naszej stronie.
(czerwiec 2007)
Postkomunizm, wydanie drugie, poprawione
"Zbudujemy nowa Polskę, w której zwykli ludzie będą czuli się u siebie. W które bogaci nie będą bogatsi, a biedni biedniejsi. W budowie nowej Polski przeszkadza nam wróg zewnętrzny i wewnętrzny, ale pokonamy go w imię lepszego jutra. Jeśli elity chcą budować taką Polskę z nami, to dobrze, jeśli nie, tym gorzej dla elit."
Polityka nie lubi precyzyjnych definicji i jasno określonych desygnatów. Słowa w polityce muszą być elastyczne, wieloznaczne, muszą dać się modelować tak, by znaczenie odpowiadało potrzebie chwili, a nie prawdzie. Polityka nie używa słów do opisu, ale do oceny. Tak też było ze słowem „postkomunizm”. Gdy pojawiło się na początku lat 90., nie zawracano sobie głowy jego definiowaniem. „Post” było modne, w dodatku niosło olbrzymi bagaż negatywnych emocji. Jeśli już, postkomunizm, na poziomie największej ogólności, odnoszono jedynie do form organizacji państwa wyrastających z komunizmu, w której demokracja jest fasadowa a nie rzeczywista, zaś partyjnych bonzów sterujących gospodarką i polityką zastąpiła nomenklatura, tworząca nieformalne powiązania między tymi którzy decydują, a tymi, którzy zarabiają na tych decyzjach. W znaczeniu najbardziej podstawowym „postkomunizm” i „postkomunista” były inwektywami, używanymi wobec byłych członków byłego partyjnego aparatu PRL-u.
Dziś, po niespełna dwóch latach rządów Jarosława i Lecha Kaczyńskim postkomunizmu – rozumianego jak wyżej – już nie ma (choć zostali postkomuniści). Aparat państwowy odzyskany, scena polityczna przemodelowana, czerwona nomenklatura w odwrocie. Warto jednak pochylić się nad tym słowem, przyjrzeć mu się jeszcze raz i wyciągnąć całe bogactwo znaczeń, które się za nim kryją. Okaże się wtedy, że „postkomunizm” wciąż jest obecny na naszej scenie politycznej, w dodatku w miejscu, gdzie nie spodziewalibyśmy się go znaleźć.
1.
Trudno zdefiniować wyzwania, przed którymi stoi Polska pod koniec pierwszego dziesięciolecia nowego wieku. Zachód próbuje określić swoje miejsce na mapie globalnego świata i zmaga się z oddolnymi ruchami kontestującymi „gospodarkę światową”. Chce przewidzieć skutki rosnącego rozwarstwienia społecznego, bo widzi odradzające się za plecami demony fanatyzmu i populizmu. Mniej lub bardziej udolnie walczy z terroryzmem, zawzięcie dyskutuje czy kapitalizm jest ukoronowaniem rozwoju społecznego czy ciągle jednym z jego etapów. Zwłaszcza w czasach, gdy różnice między liberałami, socjalistami a konserwatystami sprowadzają się w zasadzie do kwestii obyczajowych, bo gospodarkę liberalną, jako taką, mało kto neguje.
W Polsce, jeśli te problemy pojawiają się w debacie publicznej, to na obrzeżach, w „Krytyce Politycznej” z nakładem pięciu tysięcy egzemplarzy, lub w „Europie”, dodatku do Dziennika, czytanym przez garstkę zapaleńców. Dziś główny nurt polskiej polityki sięga do zamierzchłej przeszłości, mówiąc o państwie i jego problemach językiem komunistycznych aparatczyków, posługując się tymi samymi schematami, budując takie same dychotomie, ba, próbując osiągnąć podobne co komunistyczna władza cele. Jeśli by szukać właściwego słowa na określenie mentalności obecnej władzy, postkomunizm jest najwłaściwszym.
2.
Czego tak naprawdę chce Jarosław Kaczyński? Tylko władzy? Zbyt duże to uproszczenie. Tu chodzi o coś więcej, chodzi o budowę lepszej Polski, jakkolwiek pompatycznie by to nie brzmiało. Realizacja tej wzniosłej idei to sedno jego polityki. Jarosław Kaczyński wierzy, że polityk, partia, aparat państwowy, mają moc sprawczą i są w stanie samodzielnie przeorganizować strukturę społeczną. Obecna jest zła, niesprawiedliwa, za dużo w niej wykluczonych, za mało solidarności społecznej. Nowa Polska wymaga rewolucji, tego Jarosław Kaczyński nigdy nie ukrywał, ta – radykałów. Kaczyński musi zagospodarować ich potencjał, wprząść w rewolucyjne tryby. Dlatego wynosi radykałów na urzędy. To oni mają nadawać ton. Od radykałów nie oczekuje działania, na pragmatyków przyjdzie czas, jedynie oddania idei. Tylko taki aparat pozwoli przemodelować Polskę.
Kaczyński tak naprawdę nie wierzy w metody demokracji liberalnej, bo i nie wierzy w społeczeństwo. To, omamione przez media, nigdy nie poprze go w większości. W dodatku społeczeństwo obywatelskie, rozumiane jako struktura społeczno-polityczna korygowana oddolnymi inicjatywami, to wymysł politycznych nihilistów. Kompromis, kwintesencja demokracji liberalnej, jest obcy rewolucji. Podobnie jak komuniści po zakończeniu wojny, Jarosław Kaczyński chce oprzeć się na aparacie i słabo wykształconych, ale łatwych do porwania, masach.
Ta wiara w moc sprawczą aparatu państwowego, przekonanie, że władza może być lepsza niż społeczeństwo i każde jej działanie jest uzasadnione, o ile prowadzi do realizacji słusznych idei, to rdzeń mentalności towarzyszy, wciągających powojenną Polsce w otchłań komunizmu.
3.
Demokracji liberalnej potrzeba pieniędzy. To one tworzą miejsca pracy, napędzają gospodarkę, świadczą o sile państwa. Kapitał jest niezbędny, ale jego naturalna skłonność do kumulacji powoduje też problemy, z którymi państwa nie zawsze potrafią sobie poradzić. Nie chodzi tyle o nadużywane pojęcie „sprawiedliwości społecznej”, ile o bezpaństwowość kapitału, ograniczającą wpływ rządów na procesy gospodarcze.
W demokracji liberalnej trudno jednak zanegować dobroczynne skutki bogacenia się. W Polsce po 1989 roku z tą tezą polemizowali jedynie populiści spod znaku Samoobrony. I to nawet nie ze względów ideologicznych, bo ze świecą by szukać w partii Andrzeja Leppera ludzi programowo ubogich, ale z czysto praktycznych, bo skakanie po bogatych zawsze podoba się biednym. Rządy III RP, czy to SLD, Unii Wolności, PSL czy nawet AWS, prowadziły liberalną politykę gospodarczą. Pamiętając, że jednym z głównym mankamentów poprzedniego ustroju, obok ograniczenia wolności, była bieda, wyrosła na haśle: wszyscy mamy równe żołądki.
Aż pojawił się Jarosław Kaczyński, który pieniędzy nie lubi szczerze, ideologicznie. Kapitał jest zły, jego kumulacja jeszcze gorsza, a bogactwo nigdy nie idzie w parze z uczciwością. Gdyby jedynie względy polityczne stały za tymi opiniami, sprawa byłaby prostsza. Ot, jeszcze jeden populista, który chce dorwać się do władzy na plecach ubogich. Problem w tym, że Jarosław Kaczyński jest szczery i bardzo spójny w poglądach i praktyce. Nie tylko głosi, co głosi, ale wciela te prawdy w życie: z konta bankowego nie korzysta, pieniędzy nie odkłada, majątku nie kumuluje.
Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości „kupują” Jarosława Kaczyńskiego, bo czują tę spójność. No i sami uważają podobnie. Bo jakże to: chodzili do tych samych szkół, bawili się na tym samym podwórku, pracowali na tych samych stanowiska, jeździli do tych samych ośrodków Funduszu Wczasów Pracowniczych, a teraz oni klepię biedę a ich sąsiedzi opływają w luksusu? Trudno przyznać, że kolega był bardziej zaradny, pracowity. Prościej: musiał być nieuczciwy.
To negowanie zaradności jako motoru rozwoju gospodarki, wiara, że sprawiedliwie znaczy po równo, zabiło gospodarkę PRL-u i zmusiło komunistów do oddania władzy.
4.
Często powtarza się, że największym błędem Jarosława Kaczyńskiego jest otwarta wojna z elitami. Prawnicy, lekarze, dziennikarze, profesorowie – z tymi środowiskami Prawo i Sprawiedliwość toczy otwarty bój. Z pozoru wygląda to na bezładną szamotaninę, atakowanie bez celu, coś, co jeden z publicystów określił mianem rządzenia przez konflikt. Ale to tylko pozory. Jarosław Kaczyńskie wie, że rewolucja potrzebuje elit. Elit, które nie dyskutują, a bronią zasad nowego porządku. Z punktu widzenia celu Jarosława Kaczyńskiego – budowy lepszej Polski – wojna ze starymi elitami jest jak najbardziej racjonalna. Stąd ciągłe wypominanie „histerycznych ataków mediów” na rząd Prawa i Sprawiedliwości, choć przecież już więcej niż połowa z nich, czy to państwowych, czy prywatnych, pisze i nadaje to, co Jarosław Kaczyński chce usłyszeć. Stąd wyraźna krytyka orzecznictwa sądów niższej i najwyższej instancji. Z tego też powodu niezbędna była Jarosławowi Kaczyńskiemu lustracja. Teczki, kontrolowane przez rewolucjonistów z Instytutu Pamięci Narodowej, pozwalały wyeliminować z urzędów, uczelni, mediów przeciwników rewolucji. Wymiana elit idzie w miarę sprawnie, tym bardziej że wyborca PiS-u zawsze z antypatią patrzył na tych wszystkich doktorków i profesorków, dzielących włos na czworo.
Komuniści uważali, że lepsi marcowi docenci niż krytyczni profesorowie. Błędnie zakładając, że „posłuszne elity” równa się „posłuszne społeczeństwo”, hołubili swoich i usuwali z życia publicznego krytyków. Jarosław Kaczyński stosuje podobną taktykę: nie eliminuje, ale wyklucza, odbierając przeciwnikom prawo do dyskursu.
5.
Niemcy tylko czekają, by odebrać nam Śląsk, Rosja najchętniej ulokowałaby z powrotem w Polsce swoje wojska, Unia Europejska widzi w nas tylko rynek zbytu a Polskość jest zagrożona. Wróg czyha na kraj, zewnętrzny i wewnętrzny. To jedna z metod mobilizacji elektoratu, dość powszechna w demokracji. Można przekonywać wyborców – jak Jarosław Kaczyński – że zbuduje lepszą Polskę, można – jak prezydent George W. Bush – nawoływać do walki z terroryzmem.
Problem pojawia się wtedy, gdy ta manichejska walka dobra ze złem zmienia się w politykę państwową. Nie ma wtedy nieudolności urzędniczej, są – działania układu, nie ma niekompetencji, jest spisek. Działalność wrogów wewnętrznych i zewnętrznych ma tłumaczyć wszystkie niepowodzenia władzy, a podważanie takiego tłumaczenia sytuuje krytyka wśród zdrajców państwa. W tak rządzonym kraju traci na znaczeniu profesjonalizm, umiejętności zawodowe, bo za każdą wpadką stoi wróg. O choć państwo psuje się od środka, tolerując u swoich urzędników skrajną niekompetencję, na zewnątrz jest butne i pręży muskuły.
6.
System, w którym władza, opierając się na sile aparatu państwowego i antagonizmach klasowych próbuje przeorganizować strukturę społeczną i gospodarczą według obcych większość obywateli idei – oto postkomunizm w najczystszej postaci. Szyderstwem historii jest, że metodami komunistów dokonuje się konserwatywna rewolucja.
7.
A cytat na początku?
Nie pochodzi ani z ust Jarosława Kaczyńskiego, ani żadnego komunistycznego aparatczyka. Problem w tym, że trudno odpowiedzieć na pytanie: który z nich by tego NIE powiedział?
(sierpnień 2007)
Polityka nie lubi precyzyjnych definicji i jasno określonych desygnatów. Słowa w polityce muszą być elastyczne, wieloznaczne, muszą dać się modelować tak, by znaczenie odpowiadało potrzebie chwili, a nie prawdzie. Polityka nie używa słów do opisu, ale do oceny. Tak też było ze słowem „postkomunizm”. Gdy pojawiło się na początku lat 90., nie zawracano sobie głowy jego definiowaniem. „Post” było modne, w dodatku niosło olbrzymi bagaż negatywnych emocji. Jeśli już, postkomunizm, na poziomie największej ogólności, odnoszono jedynie do form organizacji państwa wyrastających z komunizmu, w której demokracja jest fasadowa a nie rzeczywista, zaś partyjnych bonzów sterujących gospodarką i polityką zastąpiła nomenklatura, tworząca nieformalne powiązania między tymi którzy decydują, a tymi, którzy zarabiają na tych decyzjach. W znaczeniu najbardziej podstawowym „postkomunizm” i „postkomunista” były inwektywami, używanymi wobec byłych członków byłego partyjnego aparatu PRL-u.
Dziś, po niespełna dwóch latach rządów Jarosława i Lecha Kaczyńskim postkomunizmu – rozumianego jak wyżej – już nie ma (choć zostali postkomuniści). Aparat państwowy odzyskany, scena polityczna przemodelowana, czerwona nomenklatura w odwrocie. Warto jednak pochylić się nad tym słowem, przyjrzeć mu się jeszcze raz i wyciągnąć całe bogactwo znaczeń, które się za nim kryją. Okaże się wtedy, że „postkomunizm” wciąż jest obecny na naszej scenie politycznej, w dodatku w miejscu, gdzie nie spodziewalibyśmy się go znaleźć.
1.
Trudno zdefiniować wyzwania, przed którymi stoi Polska pod koniec pierwszego dziesięciolecia nowego wieku. Zachód próbuje określić swoje miejsce na mapie globalnego świata i zmaga się z oddolnymi ruchami kontestującymi „gospodarkę światową”. Chce przewidzieć skutki rosnącego rozwarstwienia społecznego, bo widzi odradzające się za plecami demony fanatyzmu i populizmu. Mniej lub bardziej udolnie walczy z terroryzmem, zawzięcie dyskutuje czy kapitalizm jest ukoronowaniem rozwoju społecznego czy ciągle jednym z jego etapów. Zwłaszcza w czasach, gdy różnice między liberałami, socjalistami a konserwatystami sprowadzają się w zasadzie do kwestii obyczajowych, bo gospodarkę liberalną, jako taką, mało kto neguje.
W Polsce, jeśli te problemy pojawiają się w debacie publicznej, to na obrzeżach, w „Krytyce Politycznej” z nakładem pięciu tysięcy egzemplarzy, lub w „Europie”, dodatku do Dziennika, czytanym przez garstkę zapaleńców. Dziś główny nurt polskiej polityki sięga do zamierzchłej przeszłości, mówiąc o państwie i jego problemach językiem komunistycznych aparatczyków, posługując się tymi samymi schematami, budując takie same dychotomie, ba, próbując osiągnąć podobne co komunistyczna władza cele. Jeśli by szukać właściwego słowa na określenie mentalności obecnej władzy, postkomunizm jest najwłaściwszym.
2.
Czego tak naprawdę chce Jarosław Kaczyński? Tylko władzy? Zbyt duże to uproszczenie. Tu chodzi o coś więcej, chodzi o budowę lepszej Polski, jakkolwiek pompatycznie by to nie brzmiało. Realizacja tej wzniosłej idei to sedno jego polityki. Jarosław Kaczyński wierzy, że polityk, partia, aparat państwowy, mają moc sprawczą i są w stanie samodzielnie przeorganizować strukturę społeczną. Obecna jest zła, niesprawiedliwa, za dużo w niej wykluczonych, za mało solidarności społecznej. Nowa Polska wymaga rewolucji, tego Jarosław Kaczyński nigdy nie ukrywał, ta – radykałów. Kaczyński musi zagospodarować ich potencjał, wprząść w rewolucyjne tryby. Dlatego wynosi radykałów na urzędy. To oni mają nadawać ton. Od radykałów nie oczekuje działania, na pragmatyków przyjdzie czas, jedynie oddania idei. Tylko taki aparat pozwoli przemodelować Polskę.
Kaczyński tak naprawdę nie wierzy w metody demokracji liberalnej, bo i nie wierzy w społeczeństwo. To, omamione przez media, nigdy nie poprze go w większości. W dodatku społeczeństwo obywatelskie, rozumiane jako struktura społeczno-polityczna korygowana oddolnymi inicjatywami, to wymysł politycznych nihilistów. Kompromis, kwintesencja demokracji liberalnej, jest obcy rewolucji. Podobnie jak komuniści po zakończeniu wojny, Jarosław Kaczyński chce oprzeć się na aparacie i słabo wykształconych, ale łatwych do porwania, masach.
Ta wiara w moc sprawczą aparatu państwowego, przekonanie, że władza może być lepsza niż społeczeństwo i każde jej działanie jest uzasadnione, o ile prowadzi do realizacji słusznych idei, to rdzeń mentalności towarzyszy, wciągających powojenną Polsce w otchłań komunizmu.
3.
Demokracji liberalnej potrzeba pieniędzy. To one tworzą miejsca pracy, napędzają gospodarkę, świadczą o sile państwa. Kapitał jest niezbędny, ale jego naturalna skłonność do kumulacji powoduje też problemy, z którymi państwa nie zawsze potrafią sobie poradzić. Nie chodzi tyle o nadużywane pojęcie „sprawiedliwości społecznej”, ile o bezpaństwowość kapitału, ograniczającą wpływ rządów na procesy gospodarcze.
W demokracji liberalnej trudno jednak zanegować dobroczynne skutki bogacenia się. W Polsce po 1989 roku z tą tezą polemizowali jedynie populiści spod znaku Samoobrony. I to nawet nie ze względów ideologicznych, bo ze świecą by szukać w partii Andrzeja Leppera ludzi programowo ubogich, ale z czysto praktycznych, bo skakanie po bogatych zawsze podoba się biednym. Rządy III RP, czy to SLD, Unii Wolności, PSL czy nawet AWS, prowadziły liberalną politykę gospodarczą. Pamiętając, że jednym z głównym mankamentów poprzedniego ustroju, obok ograniczenia wolności, była bieda, wyrosła na haśle: wszyscy mamy równe żołądki.
Aż pojawił się Jarosław Kaczyński, który pieniędzy nie lubi szczerze, ideologicznie. Kapitał jest zły, jego kumulacja jeszcze gorsza, a bogactwo nigdy nie idzie w parze z uczciwością. Gdyby jedynie względy polityczne stały za tymi opiniami, sprawa byłaby prostsza. Ot, jeszcze jeden populista, który chce dorwać się do władzy na plecach ubogich. Problem w tym, że Jarosław Kaczyński jest szczery i bardzo spójny w poglądach i praktyce. Nie tylko głosi, co głosi, ale wciela te prawdy w życie: z konta bankowego nie korzysta, pieniędzy nie odkłada, majątku nie kumuluje.
Wyborcy Prawa i Sprawiedliwości „kupują” Jarosława Kaczyńskiego, bo czują tę spójność. No i sami uważają podobnie. Bo jakże to: chodzili do tych samych szkół, bawili się na tym samym podwórku, pracowali na tych samych stanowiska, jeździli do tych samych ośrodków Funduszu Wczasów Pracowniczych, a teraz oni klepię biedę a ich sąsiedzi opływają w luksusu? Trudno przyznać, że kolega był bardziej zaradny, pracowity. Prościej: musiał być nieuczciwy.
To negowanie zaradności jako motoru rozwoju gospodarki, wiara, że sprawiedliwie znaczy po równo, zabiło gospodarkę PRL-u i zmusiło komunistów do oddania władzy.
4.
Często powtarza się, że największym błędem Jarosława Kaczyńskiego jest otwarta wojna z elitami. Prawnicy, lekarze, dziennikarze, profesorowie – z tymi środowiskami Prawo i Sprawiedliwość toczy otwarty bój. Z pozoru wygląda to na bezładną szamotaninę, atakowanie bez celu, coś, co jeden z publicystów określił mianem rządzenia przez konflikt. Ale to tylko pozory. Jarosław Kaczyńskie wie, że rewolucja potrzebuje elit. Elit, które nie dyskutują, a bronią zasad nowego porządku. Z punktu widzenia celu Jarosława Kaczyńskiego – budowy lepszej Polski – wojna ze starymi elitami jest jak najbardziej racjonalna. Stąd ciągłe wypominanie „histerycznych ataków mediów” na rząd Prawa i Sprawiedliwości, choć przecież już więcej niż połowa z nich, czy to państwowych, czy prywatnych, pisze i nadaje to, co Jarosław Kaczyński chce usłyszeć. Stąd wyraźna krytyka orzecznictwa sądów niższej i najwyższej instancji. Z tego też powodu niezbędna była Jarosławowi Kaczyńskiemu lustracja. Teczki, kontrolowane przez rewolucjonistów z Instytutu Pamięci Narodowej, pozwalały wyeliminować z urzędów, uczelni, mediów przeciwników rewolucji. Wymiana elit idzie w miarę sprawnie, tym bardziej że wyborca PiS-u zawsze z antypatią patrzył na tych wszystkich doktorków i profesorków, dzielących włos na czworo.
Komuniści uważali, że lepsi marcowi docenci niż krytyczni profesorowie. Błędnie zakładając, że „posłuszne elity” równa się „posłuszne społeczeństwo”, hołubili swoich i usuwali z życia publicznego krytyków. Jarosław Kaczyński stosuje podobną taktykę: nie eliminuje, ale wyklucza, odbierając przeciwnikom prawo do dyskursu.
5.
Niemcy tylko czekają, by odebrać nam Śląsk, Rosja najchętniej ulokowałaby z powrotem w Polsce swoje wojska, Unia Europejska widzi w nas tylko rynek zbytu a Polskość jest zagrożona. Wróg czyha na kraj, zewnętrzny i wewnętrzny. To jedna z metod mobilizacji elektoratu, dość powszechna w demokracji. Można przekonywać wyborców – jak Jarosław Kaczyński – że zbuduje lepszą Polskę, można – jak prezydent George W. Bush – nawoływać do walki z terroryzmem.
Problem pojawia się wtedy, gdy ta manichejska walka dobra ze złem zmienia się w politykę państwową. Nie ma wtedy nieudolności urzędniczej, są – działania układu, nie ma niekompetencji, jest spisek. Działalność wrogów wewnętrznych i zewnętrznych ma tłumaczyć wszystkie niepowodzenia władzy, a podważanie takiego tłumaczenia sytuuje krytyka wśród zdrajców państwa. W tak rządzonym kraju traci na znaczeniu profesjonalizm, umiejętności zawodowe, bo za każdą wpadką stoi wróg. O choć państwo psuje się od środka, tolerując u swoich urzędników skrajną niekompetencję, na zewnątrz jest butne i pręży muskuły.
6.
System, w którym władza, opierając się na sile aparatu państwowego i antagonizmach klasowych próbuje przeorganizować strukturę społeczną i gospodarczą według obcych większość obywateli idei – oto postkomunizm w najczystszej postaci. Szyderstwem historii jest, że metodami komunistów dokonuje się konserwatywna rewolucja.
7.
A cytat na początku?
Nie pochodzi ani z ust Jarosława Kaczyńskiego, ani żadnego komunistycznego aparatczyka. Problem w tym, że trudno odpowiedzieć na pytanie: który z nich by tego NIE powiedział?
(sierpnień 2007)
Etykiety:
demokracja liberalna,
Kaczyński,
PiS,
polityka,
poskomunizm,
radykalizm
Subskrybuj:
Posty (Atom)