Powtarzane na okrągło kłamstwo szybko staje się prawdą. Metoda praktykowana od lat, w rękach braci Kaczyńskich została doprowadzona do perfekcji. Odkąd dawna czytam, słyszę i oglądam polityków Prawa i Sprawiedliwości (i część dziennikarzy) przekonujących, że gdyby nie gdyby atak mediów i tytaniczna, acz krecia robota właścicieli gazet, stacji radiowych i telewizji, już dawno żylibyśmy w doskonałej VI RP. To media przyprawiły Kaczorom gębę populistów i radykałów, to one zwalczały ich tak zajadle, że zrobiły ludziom wodę z mózgu.
Aż dziw bierze, że nikt do tej pory nie powiedział: sprawdzam.
Zróbmy prosta analizę. Porównajmy zasięg czytelnictwa, słuchalność i oglądalność mediów, które miałyby zwalczać braci Kaczyńskich i tych, które mniej lub bardziej jawnie za poprzednich rządów popierały budowę IV RP. Weźmy pod uwagę te, które zajmują sie polityką. (Posłużyłem się wynikami z 2007 roku, w wykazie nie ma tygodników Niedziela i Nie, bo nie są ujęte w Polskich Badaniach Czytelnictwa).
Media prokaczyńskie:
Rzeczpospolita. Wiadomo. Czytelnictwo ogólnopolskie 5,13 procent;
Fakt. Za rządów Kaczorów stał za nimi murem, teraz mizdrzy sie do Tuska. Zawsze będzie uśmiechał się do władzy. Nie ma w tym nic dziwnego, bo taka technologia produkcji tej bulwarówki. Czytelnictwo ogólnopolskie 17,67;
Dziennik - elastyczny do granic. Gdy rządził PiS, ogłaszał koniec Polski Michnika i Kiszczaka. Teraz, jeszcze półgębkiem, ogłasza koniec Kaczora. Czytelnictwo ogólnopolskie 6,99
Telewizja Polska. Co prawda w ostatnim wywiadzie dla Newsweeka Jarosław K. sugeruje, że TVP nigdy nie popierała PiS-u, ale nie pierwszy to raz, gdy można go podejrzewać o brak kontaktu z rzeczywistością. Program 1 - oglądalność 25,2 procent, Program 2 - 16,4; TVP Info - 4,7; TV Polonia - 0,7.
Polskie Radio. Tropiciele złogów i wielbiciele poranków z premierem i Ziobrą. Jedynka - 13 procent słuchalności; Trójka - 5,9;
Radio Maryja. Bez komentarza. Słuchalność - 2,1 procent.
Wprost. Po dwóch latach kursu na IV RP czeka go skręt. Tusk pogonił ich, gdy chcieli mu przyznać tytuł Człowieka Roku, ale wszystko się może zdarzyć - 10,87 procent czytelnictwa.
Media antykaczyńskie:
Gazeta Wyborcza. Wiadomo. Czytelnictwo ogólnopolskie 19,08.
Newsweek. Od czasu, gdy ogłosił że "Kaczyński jak Putin", dla PiS-u wróg publiczny numer 3 (po Wyborczej i TVN). Czytelnictwo 10,98
Polityka. Tę trudno podejrzewać o głaskanie prawicowych radykałów, więc oczywiście musi być w antypisowskim spisku. Czytelnictwo ogólnopolskie 8,03.
Angora. Co prawda to tygodnik przedruków, ale nabijał się się z Kaczorów bez opamiętania. Poza tym sprzedaje prawie 300 tysięcy. Czytelnictwo ogólnopolskie 9,78
Przekrój. Anty bez dwóch zdań. Czytelnictwo ogólnopolskie 4,31
Forum. Podobnie jak Angora, tygodnik przedruków, z tym że zagranicznych. Czytelnictwo ogólnopolskie 1,76
TVN i TVN24. Jak głosi wszem i wobec prezes K., centrum układu. TVN 15,7 procent oglądalności, TVN24 - 2,8
RMF FM. Z wywiadu Kaczyńskiego dla Newsweeka: "Niemieckie media w Polsce. Tak to określam". Słuchalność - 22,3 procent.
TOK FM. Siedlisko lewactwa i homopropagandy. Słuchalność (ponadregionalna) - 1 procent.
Celowo pominąłem w tym zestawieniu Super Express, dziennik Polska (wystartował kilka dni przed wyborami), Polsat i Radio Zet, bo ich nastawienie polityczne jest dla mnie zupełnie niejasne. Co prawda Polsat zasłynął posunięciem (z pracy) Lisa, ale jedna jaskółka antykaczorami nie czyni.
I jak ten rachunek wygląda? Dodajmy zasięgi.
Za Kaczorami - 108,66
Przeciw 95,74
Puenty nie będzie, bo nie mam potrzeby dyskutować z liczbami.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą media. Pokaż wszystkie posty
czwartek, 28 lutego 2008
czwartek, 24 stycznia 2008
Dziennikarski rachunek sumienia
Jak wszyscy grzesznicy, wolimy milczeć. Zamiast rachunku sumienia wybieramy zapomnienie. Po co babrać się we własnej przeszłości, skoro za kilka miesięcy ludzie zapomną. Mają krótką pamięć, to wiemy. Grzebać w cudzej przeszłości to i owszem, lubimy, ale mówić o sobie? O tym, co wyprawialiśmy przez ostatnie dwa lata? Piętnować, pouczać, rozliczać z obietnic – tak, to nasza rola. Więc piętnujemy, pouczamy, rozliczamy. Innych. O sobie cicho sza.
Ale tym razem jesteśmy w gorszej sytuacji, niż politycy, na których tak lubimy wieszać psy. Ich w październikowych wyborach oceniło społeczeństwo. Jednych postawiło do kąta, innym dało szansę. Ci werdykt przyjęli do wiadomości. Przegrani psioczą pod nosem na to społeczeństwo, ale poddają się jego woli. My, dziennikarze, chowamy głowę w piasek. Nas społeczeństwo nie rozliczy. Jesteśmy ponad nie, zresztą, co ono tam o nas wie, tyle, ile sami mu chcemy powiedzieć.
A przecież jeszcze nigdy nie upadliśmy tak nisko. Nigdy tak wielu z nas nie zrobiło tak wiele, by przypodobać się władzy. Nigdy tak wielu z nas nie zrobiło tak wiele, by tę władze zwalczać w imię własnych interesów. Zamiast ją kontrolować, zaczęliśmy w niej uczestniczyć. Przekroczyliśmy Rubikon.
Dziś, jak każda kasta, chcemy brudy zamieść pod dywan. Zapomnieć. Uznać, że nic się nie stało, albo – co gorsza – z naszych grzechów uczynić cnotę.
GRZECH PIERWSZY: PYCHA
Jedno łączy filozofa i dziennikarza: zdziwienie. Gdy się dziwimy, stawiamy pytania, gdy pytamy, szukamy odpowiedzi. Te odpowiedzi przekazujemy społeczeństwu: słowem, obrazem, dźwiękiem. Pytamy i odpowiadamy de facto w jego imieniu. W tym zdziwieniu różnimy się od polityków. My pytamy i szukamy odpowiedzi, oni odpowiedzi znają, a pytań nie lubią.
Gdy bracia Kaczyńscy postawili swoją diagnozę: że państwo jest zdemoralizowane, słabe, przesiąknięte korupcją i oddane na pastę nieformalnych układów, wielu z nas się z nimi zgodziło. – Przecież mówią to, co myślę od dawna, pisałem o tym nie raz – myśleliśmy. Ta zgodność nie była sama w sobie czymś złym, w końcu depozytariuszem prawdziwej diagnozy może być i dziennikarz, i polityk. Zła była satysfakcja, którą wielu z nas się zachłysnęło. – No i kto miał rację? No kto? – pytaliśmy z triumfem w oczach. Od satysfakcji niedaleko do pychy. A pyszni są nieomylni, przynajmniej w swoich oczach.
Może to wina rozbudzonych rewolucyjnych nastojów, może wieloletnich frustracji, że prawicowy głos był przez lata słabo słyszalny, ale wielu dziennikarzy uległo wtedy tej pokusie. Przestaliśmy pytać. Nieomylni nie muszą, znają odpowiedzi. Nasze teksty, nasze komentarze, nasze analizy przestały opisywać świat, one objawiały prawdę. Naszą, jedyną słuszną. I to nie był problem tylko tych związanych z prawą stroną. Tak jak popierając ideę IV RP potrafiliśmy sprowadzić argumenty do „oczywistej oczywistości”, tak w antykaczyńskości nie raz osiągaliśmy granice absurdu. Wszystko w imię. Naszej.
Przemawiała przez nas pycha. Wydawało nam się, może jeszcze wielu wciąż się wydaje, że w tej zabagnionej polskiej polityce, gdzie króluje głupota, chamstwo, interesowność i obłuda, jedynie my, dziennikarze, jesteśmy ostoją kultury i zdrowego rozsądku. Jedynie my stoimy obok, potrafimy obiektywnie opisać i ocenić. Nawet nie zauważyliśmy, gdy wpadliśmy w to samo bagno. Te same pyskówki, ten sam język, ta sam pogarda dla innych poglądów. Czymże się różni dziennikarz od polityka, jeśli mówi to samo i tym samym językiem?
Weszliśmy w buty kreatorów, obserwacja nas znudziła.
Nie oszukujmy się, wielu z nas to rozmydlenie granicy między polityką a dziennikarstwem pociąga. Nasza pycha nie dopuszcza możliwości, że jesteśmy mniej ważni niż politycy, że nasz publicystyczny głos ma taką sama siłę rażenia, jak opinia cioci na imieninach. I nawet jeśli wspomnimy o badania wrocławskich socjologów, z których wynika, że media z żadnym wypadku nie są w stanie zmienić opinii wyborców na korzyść wspieranej przez nie partii tak, by przesądziło to o wyniku wyborów; że jeśli media popierają jakąś partię, wzbudza to podejrzliwość wyborców z wielkich miast, którzy głosują dokładnie odwrotnie, nie wyciągamy z tego wniosków.
Grzeszyliśmy pychą już wcześniej. Ale za IV RP zaczęliśmy się z nią obnosić. Mentorski to, który kiedyś zarzucaliśmy innym, za czasów IV RP uznaliśmy za zupełnie normalny sposób komunikacji z odbiorcami. My uważamy, my twierdzimy, my postulujemy… Ten ma rację, a ten nie i kropka.
Same odpowiedzi.
GRZECH DRUGI: SŁUŻALCZOŚĆ
Nie trzeba łamać kręgosłupów, wystarczy wytrenować je w elastyczności. W redakcjach nigdy nie było tak wielu dziennikarzy, którzy w poprzednich miejscach pracy byli zbyt mało elastyczni. „Tak wielu” nie znaczy większość. Większość, jak zwykle milczała, bo miejsce pracy, rodzina, kredyty. Nigdy też w redakcjach nie było tak wielu dziennikarzy, którzy tej elastyczności wymagali od podwładnych. Owładnięci pychą i przekonani o własnej nieomylności, uważaliśmy, że tego wymaga Sprawa. Omamił nas świat dużych liter: Dobro Polski, Sprawiedliwość, Moralność.
Oto młodziak, jeszcze bez magisterki, zaczyna biegać po Sejmie w poszukiwaniu newsa. I dostaje te newsy od zaprzyjaźnionego posła. Dostaje i publikuje. Bez sprawdzenia. Gdyby sprawdził, to by nie opublikował. Transakcja jest obopólnie korzystna: młodziak ma newsy i gwiazduje, poseł dołożył konkurencji.
Oto redaktor, który wie, skąd ten news pochodzi, że jakiś taki lewy, niepewny, śmierdzący, ale macha ręką, bo przecież „my tylko relacjonujemy, nie stawiamy zarzutów”.
Oto inny redaktor wysyłający doświadczonego reportera do ministerstwa. Odbierzesz tam kwity. Przeczytaj i napisz – brzmi zlecenie. Ale co to za kwity? Skąd? – pyta reporter. A co cię to obchodzi. Dobre – słyszy.
Napisał czy okazał się za mało elastyczny?
Oto Duży Redaktor ustalający z otoczeniem premiera datę głośnej publikacji bijące w opozycję. Termin musi być dograny, bo premier chce z rana wystąpić na konferencji prasowej. Będzie tam grzmiał i piętnował.
Oto Minister dzwoniący do dziennikarza z propozycją: napisz to i to. Jutro dostaniesz coś w zamian.
„To i to” okazało się ćwierćprawdą. Trafiła do druku?
Mieliśmy świadomość, że ta władza sobie z nami pogrywa. Że odstajemy od niej to, co jest jej na rękę, że tak naprawdę pracujemy w rządowym PR. Ale godziliśmy się na to w imię… No właśnie, czego?
GRZECH TRZECI: NIEUMIARKOWANIE
Tu grzeszyliśmy po równo: i my, i społeczeństwo. Wirus radykalizmu dopadł wszystkich i trzymał w uścisku przez dwa lata. Wielu z nas jeszcze trzyma. Gdy sprawa dotyczyła naszych przeciwników, z błahostek robiliśmy wielkie afery. Histeryzowaliśmy tam, gdzie wystarczyła mała reprymenda. Zamiast mówić – krzyczeliśmy, zamiast argumentować – obrażaliśmy. Dziś możemy się bronić, że taki był kontekst społeczny, że polaryzacja, że dwa obozy, ale ta argumentacja dowodzi tylko tego, jak bardzo zagubiliśmy się w swoje roli obserwatorów.
GRZECH CZWARTY: MANIPULACJA
Nie powiem, że osiągnęliśmy mistrzostwo, ale daleko przesunęliśmy granice tego, dozwolone. I pomińmy tabloidy, bo tymi rządzą prawa pism rozrywkowych. To już nie było to finezyjne spychanie niewygodnych władzy informacji na dalsze strony (jeśli byliśmy za) i wyciąganie na pierwszą tych przywalających władzy (jeśli przeciw). Do perfekcji opanowaliśmy sztukę odczytywania różnych wyników z tych samych danych, mieszania informacji z komentarzem tak, by czytelnik to przełknął. Wyciągania zdań z kontekstu tak, by wywołały pożądana aferę i wybierania właściwych komentatorów, by powiedzieli dokładnie to, co chcemy usłyszeć. Wszystko w imię Sprawy, albo walki z nią.
Mamy nawet symbol. Młoda dziewczyna z telewizji, która redagowała serwis informacyjny pod władzę, nie publiczność. Smutny to symbol, bo zupełnie pozbawiony świadomości, jak bardzo sam był manipulowany przez zwierzchników. To właśnie boli najbardziej: manipulowaliśmy opinią publiczną, a nami manipulowano, byśmy dobrze manipulowali. Ale tego drugiego członu nie chcemy przyjąć do wiadomości. Nie pozwala nam pycha.
Więcej grzechów nie pamiętamy i prosimy o wybaczenie.
(grudzień 2007)
Ale tym razem jesteśmy w gorszej sytuacji, niż politycy, na których tak lubimy wieszać psy. Ich w październikowych wyborach oceniło społeczeństwo. Jednych postawiło do kąta, innym dało szansę. Ci werdykt przyjęli do wiadomości. Przegrani psioczą pod nosem na to społeczeństwo, ale poddają się jego woli. My, dziennikarze, chowamy głowę w piasek. Nas społeczeństwo nie rozliczy. Jesteśmy ponad nie, zresztą, co ono tam o nas wie, tyle, ile sami mu chcemy powiedzieć.
A przecież jeszcze nigdy nie upadliśmy tak nisko. Nigdy tak wielu z nas nie zrobiło tak wiele, by przypodobać się władzy. Nigdy tak wielu z nas nie zrobiło tak wiele, by tę władze zwalczać w imię własnych interesów. Zamiast ją kontrolować, zaczęliśmy w niej uczestniczyć. Przekroczyliśmy Rubikon.
Dziś, jak każda kasta, chcemy brudy zamieść pod dywan. Zapomnieć. Uznać, że nic się nie stało, albo – co gorsza – z naszych grzechów uczynić cnotę.
GRZECH PIERWSZY: PYCHA
Jedno łączy filozofa i dziennikarza: zdziwienie. Gdy się dziwimy, stawiamy pytania, gdy pytamy, szukamy odpowiedzi. Te odpowiedzi przekazujemy społeczeństwu: słowem, obrazem, dźwiękiem. Pytamy i odpowiadamy de facto w jego imieniu. W tym zdziwieniu różnimy się od polityków. My pytamy i szukamy odpowiedzi, oni odpowiedzi znają, a pytań nie lubią.
Gdy bracia Kaczyńscy postawili swoją diagnozę: że państwo jest zdemoralizowane, słabe, przesiąknięte korupcją i oddane na pastę nieformalnych układów, wielu z nas się z nimi zgodziło. – Przecież mówią to, co myślę od dawna, pisałem o tym nie raz – myśleliśmy. Ta zgodność nie była sama w sobie czymś złym, w końcu depozytariuszem prawdziwej diagnozy może być i dziennikarz, i polityk. Zła była satysfakcja, którą wielu z nas się zachłysnęło. – No i kto miał rację? No kto? – pytaliśmy z triumfem w oczach. Od satysfakcji niedaleko do pychy. A pyszni są nieomylni, przynajmniej w swoich oczach.
Może to wina rozbudzonych rewolucyjnych nastojów, może wieloletnich frustracji, że prawicowy głos był przez lata słabo słyszalny, ale wielu dziennikarzy uległo wtedy tej pokusie. Przestaliśmy pytać. Nieomylni nie muszą, znają odpowiedzi. Nasze teksty, nasze komentarze, nasze analizy przestały opisywać świat, one objawiały prawdę. Naszą, jedyną słuszną. I to nie był problem tylko tych związanych z prawą stroną. Tak jak popierając ideę IV RP potrafiliśmy sprowadzić argumenty do „oczywistej oczywistości”, tak w antykaczyńskości nie raz osiągaliśmy granice absurdu. Wszystko w imię. Naszej.
Przemawiała przez nas pycha. Wydawało nam się, może jeszcze wielu wciąż się wydaje, że w tej zabagnionej polskiej polityce, gdzie króluje głupota, chamstwo, interesowność i obłuda, jedynie my, dziennikarze, jesteśmy ostoją kultury i zdrowego rozsądku. Jedynie my stoimy obok, potrafimy obiektywnie opisać i ocenić. Nawet nie zauważyliśmy, gdy wpadliśmy w to samo bagno. Te same pyskówki, ten sam język, ta sam pogarda dla innych poglądów. Czymże się różni dziennikarz od polityka, jeśli mówi to samo i tym samym językiem?
Weszliśmy w buty kreatorów, obserwacja nas znudziła.
Nie oszukujmy się, wielu z nas to rozmydlenie granicy między polityką a dziennikarstwem pociąga. Nasza pycha nie dopuszcza możliwości, że jesteśmy mniej ważni niż politycy, że nasz publicystyczny głos ma taką sama siłę rażenia, jak opinia cioci na imieninach. I nawet jeśli wspomnimy o badania wrocławskich socjologów, z których wynika, że media z żadnym wypadku nie są w stanie zmienić opinii wyborców na korzyść wspieranej przez nie partii tak, by przesądziło to o wyniku wyborów; że jeśli media popierają jakąś partię, wzbudza to podejrzliwość wyborców z wielkich miast, którzy głosują dokładnie odwrotnie, nie wyciągamy z tego wniosków.
Grzeszyliśmy pychą już wcześniej. Ale za IV RP zaczęliśmy się z nią obnosić. Mentorski to, który kiedyś zarzucaliśmy innym, za czasów IV RP uznaliśmy za zupełnie normalny sposób komunikacji z odbiorcami. My uważamy, my twierdzimy, my postulujemy… Ten ma rację, a ten nie i kropka.
Same odpowiedzi.
GRZECH DRUGI: SŁUŻALCZOŚĆ
Nie trzeba łamać kręgosłupów, wystarczy wytrenować je w elastyczności. W redakcjach nigdy nie było tak wielu dziennikarzy, którzy w poprzednich miejscach pracy byli zbyt mało elastyczni. „Tak wielu” nie znaczy większość. Większość, jak zwykle milczała, bo miejsce pracy, rodzina, kredyty. Nigdy też w redakcjach nie było tak wielu dziennikarzy, którzy tej elastyczności wymagali od podwładnych. Owładnięci pychą i przekonani o własnej nieomylności, uważaliśmy, że tego wymaga Sprawa. Omamił nas świat dużych liter: Dobro Polski, Sprawiedliwość, Moralność.
Oto młodziak, jeszcze bez magisterki, zaczyna biegać po Sejmie w poszukiwaniu newsa. I dostaje te newsy od zaprzyjaźnionego posła. Dostaje i publikuje. Bez sprawdzenia. Gdyby sprawdził, to by nie opublikował. Transakcja jest obopólnie korzystna: młodziak ma newsy i gwiazduje, poseł dołożył konkurencji.
Oto redaktor, który wie, skąd ten news pochodzi, że jakiś taki lewy, niepewny, śmierdzący, ale macha ręką, bo przecież „my tylko relacjonujemy, nie stawiamy zarzutów”.
Oto inny redaktor wysyłający doświadczonego reportera do ministerstwa. Odbierzesz tam kwity. Przeczytaj i napisz – brzmi zlecenie. Ale co to za kwity? Skąd? – pyta reporter. A co cię to obchodzi. Dobre – słyszy.
Napisał czy okazał się za mało elastyczny?
Oto Duży Redaktor ustalający z otoczeniem premiera datę głośnej publikacji bijące w opozycję. Termin musi być dograny, bo premier chce z rana wystąpić na konferencji prasowej. Będzie tam grzmiał i piętnował.
Oto Minister dzwoniący do dziennikarza z propozycją: napisz to i to. Jutro dostaniesz coś w zamian.
„To i to” okazało się ćwierćprawdą. Trafiła do druku?
Mieliśmy świadomość, że ta władza sobie z nami pogrywa. Że odstajemy od niej to, co jest jej na rękę, że tak naprawdę pracujemy w rządowym PR. Ale godziliśmy się na to w imię… No właśnie, czego?
GRZECH TRZECI: NIEUMIARKOWANIE
Tu grzeszyliśmy po równo: i my, i społeczeństwo. Wirus radykalizmu dopadł wszystkich i trzymał w uścisku przez dwa lata. Wielu z nas jeszcze trzyma. Gdy sprawa dotyczyła naszych przeciwników, z błahostek robiliśmy wielkie afery. Histeryzowaliśmy tam, gdzie wystarczyła mała reprymenda. Zamiast mówić – krzyczeliśmy, zamiast argumentować – obrażaliśmy. Dziś możemy się bronić, że taki był kontekst społeczny, że polaryzacja, że dwa obozy, ale ta argumentacja dowodzi tylko tego, jak bardzo zagubiliśmy się w swoje roli obserwatorów.
GRZECH CZWARTY: MANIPULACJA
Nie powiem, że osiągnęliśmy mistrzostwo, ale daleko przesunęliśmy granice tego, dozwolone. I pomińmy tabloidy, bo tymi rządzą prawa pism rozrywkowych. To już nie było to finezyjne spychanie niewygodnych władzy informacji na dalsze strony (jeśli byliśmy za) i wyciąganie na pierwszą tych przywalających władzy (jeśli przeciw). Do perfekcji opanowaliśmy sztukę odczytywania różnych wyników z tych samych danych, mieszania informacji z komentarzem tak, by czytelnik to przełknął. Wyciągania zdań z kontekstu tak, by wywołały pożądana aferę i wybierania właściwych komentatorów, by powiedzieli dokładnie to, co chcemy usłyszeć. Wszystko w imię Sprawy, albo walki z nią.
Mamy nawet symbol. Młoda dziewczyna z telewizji, która redagowała serwis informacyjny pod władzę, nie publiczność. Smutny to symbol, bo zupełnie pozbawiony świadomości, jak bardzo sam był manipulowany przez zwierzchników. To właśnie boli najbardziej: manipulowaliśmy opinią publiczną, a nami manipulowano, byśmy dobrze manipulowali. Ale tego drugiego członu nie chcemy przyjąć do wiadomości. Nie pozwala nam pycha.
Więcej grzechów nie pamiętamy i prosimy o wybaczenie.
(grudzień 2007)
Etykiety:
IV RP,
manipulacja,
media,
polityka,
radykalizm
Korporacja broni Sakiewicza
- Słyszałeś? Naczelnego „Gazety Polskiej” i jego zastępczynię chcą zamknąć.
- Żartujesz! Za co?
- Za ten artykuł o Suboticiu.
Pół dziennikarskiej Polski, może nawet trzy czwarte, larum podniosło: Biją naszego. Sąd chce wsadzić redaktorów „Gazety Polskiej” do więzienia! Skandal! Gwałt! Wiemy, wszyscy wiemy, jaka prawdziwa przyczyna: Sakiewicz lubi Kaczyńskich. A TVN nie lubi. Dlatego TVN oskarżył Sakiewicza, że mu opinię psuje. No to zły, antykaczyński sąd, orzekł: do więzienia z nim.
I już redaktor Michalski pisze, że aresztowanie redaktora (jak go wsadzą, pewnie będziemy pisać z dużej litery) to głupia zemsta IV RP. I już redaktor Terlikowski dodaje: Skąd jednak pewność, że w tej sprawie nie ma podtekstu politycznego? Znamienna to konstrukcja: skąd jednak pewność… Nikt nikogo nie oskarża, pytać nie wolno?
Włączył się też jeszcze-premier Kaczyński. Sakiewicz i Hejke są prześladowani, gdyż mają inne poglądy, niż większość mediów - ogłosił. Jeszcze-premier będzie się zajmował (długimi rękoma Prawa i Sprawiedliwości) monitorowaniem sprawy wolności mediów. - Mamy liczne przesłanki, żeby sądzić, że z polską demokracją teraz tak naprawdę może być bardzo, ale to bardzo niedobrze, że prawa opozycji, wolnej prasy zostaną realnie ograniczone - podkreśla. Podejrzewacie u siebie paranoję? Że niby Kaczyński, że obrona demokracji, że wolna prasa? Spokojnie, jesteście zdrowi, to tylko polityka.
O co więc chodzi?
O korporacyjny interes. Gdyby sprawa dotyczyła lekarza czy adwokata, taką decyzję sądu nazwano by „prawidłowym działaniem wymiaru sprawiedliwości” i „kolejnym dowodem, że działania ministra Ziobry przynoszą oczekiwane efekty”. Ale tu idzie o naszego!
Czy naprawdę dziennikarze mają ludzi za takich idiotów? Jednego dnia domagają się ostrych wyroków, żadnej pobłażliwości, bo przecież wiadomo, że tylko surowe prawo, surowi prokuratorzy i surowi sędziowie zbudują nam lepszą Rzeczpospolitą. Drugiego piętnują korporacje, że stawiają się ponad prawem, domagają przywilejów. (Jak śmią! Korporacjonizm to zmora tego kraju!)
A trzeciego…?
A trzeciego dnia w imię własnego interesu domagają się pobłażliwości dla kumpla.
I głośno krzyczą, że tu o Wolność Słowa tutaj idzie.
To nie mówiliśmy wam, drodzy Czytelnicy, że wolność mediów obejmuje nieusprawiedliwione niestawiennictwo w sądzie? Naprawdę nie mówiliśmy?
No to teraz mówimy.
Przepisy, na podstawie których można uwięzić za słowo, już dawno powinny zostać usunięte z kodeksu karnego. Są skandaliczne, to prawda. Trzeba wołać o ich zniesienie. Ale póki są, trudno. Sakiewicz i Hajke do sądu nie przyszli, bo mieli ważniejsze sprawy. Sąd zażyczył sobie, by ich doprowadzono na rozprawę. I tyle. Do wolności słowa jeszcze stąd daleko. Tu idzie tylko o procedury.
Czytam w gazetach „Protest przeciwko decyzji sądu”, podpisany przez 17 dziennikarzy, a w nim zdania rozpoczynające się od słów: protestujemy przeciwko…, domagamy się od sądów…, wzywamy do cofnięcia…
Już raz dziennikarze różnych redakcji zamykali się w klatce przed Sejmem, bo jeden z nich miał iść do więzienia. Za napisanie czegoś o urzędniku – taka była oficjalna wersja. W tej oficjalnej wersji także o wolność słowa szło. Ale teraz niektórzy z uczestników tamtego happeningu nie lubią, gdy się im się go przypomina. Bo przecież redaktor Marek nie za artykuł miał iść do więzienia, ale za to, że nie chciał wykonać sądu. To korporacyjny interes dziennikarski wymagał, by eksponować wątki dotyczące wolności słowa.
Nie przekonujmy czytelników, Panowie i Panie Redaktorzy, że między Sakiewiczem a Wolnością Słowa stoi znak równości. Tam są tylko nasze dziennikarskie przywileje.
- Żartujesz! Za co?
- Za ten artykuł o Suboticiu.
Pół dziennikarskiej Polski, może nawet trzy czwarte, larum podniosło: Biją naszego. Sąd chce wsadzić redaktorów „Gazety Polskiej” do więzienia! Skandal! Gwałt! Wiemy, wszyscy wiemy, jaka prawdziwa przyczyna: Sakiewicz lubi Kaczyńskich. A TVN nie lubi. Dlatego TVN oskarżył Sakiewicza, że mu opinię psuje. No to zły, antykaczyński sąd, orzekł: do więzienia z nim.
I już redaktor Michalski pisze, że aresztowanie redaktora (jak go wsadzą, pewnie będziemy pisać z dużej litery) to głupia zemsta IV RP. I już redaktor Terlikowski dodaje: Skąd jednak pewność, że w tej sprawie nie ma podtekstu politycznego? Znamienna to konstrukcja: skąd jednak pewność… Nikt nikogo nie oskarża, pytać nie wolno?
Włączył się też jeszcze-premier Kaczyński. Sakiewicz i Hejke są prześladowani, gdyż mają inne poglądy, niż większość mediów - ogłosił. Jeszcze-premier będzie się zajmował (długimi rękoma Prawa i Sprawiedliwości) monitorowaniem sprawy wolności mediów. - Mamy liczne przesłanki, żeby sądzić, że z polską demokracją teraz tak naprawdę może być bardzo, ale to bardzo niedobrze, że prawa opozycji, wolnej prasy zostaną realnie ograniczone - podkreśla. Podejrzewacie u siebie paranoję? Że niby Kaczyński, że obrona demokracji, że wolna prasa? Spokojnie, jesteście zdrowi, to tylko polityka.
O co więc chodzi?
O korporacyjny interes. Gdyby sprawa dotyczyła lekarza czy adwokata, taką decyzję sądu nazwano by „prawidłowym działaniem wymiaru sprawiedliwości” i „kolejnym dowodem, że działania ministra Ziobry przynoszą oczekiwane efekty”. Ale tu idzie o naszego!
Czy naprawdę dziennikarze mają ludzi za takich idiotów? Jednego dnia domagają się ostrych wyroków, żadnej pobłażliwości, bo przecież wiadomo, że tylko surowe prawo, surowi prokuratorzy i surowi sędziowie zbudują nam lepszą Rzeczpospolitą. Drugiego piętnują korporacje, że stawiają się ponad prawem, domagają przywilejów. (Jak śmią! Korporacjonizm to zmora tego kraju!)
A trzeciego…?
A trzeciego dnia w imię własnego interesu domagają się pobłażliwości dla kumpla.
I głośno krzyczą, że tu o Wolność Słowa tutaj idzie.
To nie mówiliśmy wam, drodzy Czytelnicy, że wolność mediów obejmuje nieusprawiedliwione niestawiennictwo w sądzie? Naprawdę nie mówiliśmy?
No to teraz mówimy.
Przepisy, na podstawie których można uwięzić za słowo, już dawno powinny zostać usunięte z kodeksu karnego. Są skandaliczne, to prawda. Trzeba wołać o ich zniesienie. Ale póki są, trudno. Sakiewicz i Hajke do sądu nie przyszli, bo mieli ważniejsze sprawy. Sąd zażyczył sobie, by ich doprowadzono na rozprawę. I tyle. Do wolności słowa jeszcze stąd daleko. Tu idzie tylko o procedury.
Czytam w gazetach „Protest przeciwko decyzji sądu”, podpisany przez 17 dziennikarzy, a w nim zdania rozpoczynające się od słów: protestujemy przeciwko…, domagamy się od sądów…, wzywamy do cofnięcia…
Już raz dziennikarze różnych redakcji zamykali się w klatce przed Sejmem, bo jeden z nich miał iść do więzienia. Za napisanie czegoś o urzędniku – taka była oficjalna wersja. W tej oficjalnej wersji także o wolność słowa szło. Ale teraz niektórzy z uczestników tamtego happeningu nie lubią, gdy się im się go przypomina. Bo przecież redaktor Marek nie za artykuł miał iść do więzienia, ale za to, że nie chciał wykonać sądu. To korporacyjny interes dziennikarski wymagał, by eksponować wątki dotyczące wolności słowa.
Nie przekonujmy czytelników, Panowie i Panie Redaktorzy, że między Sakiewiczem a Wolnością Słowa stoi znak równości. Tam są tylko nasze dziennikarskie przywileje.
Media mało ważne
Pamiętacie takie wypowiedzi?
„Media sprzymierzyły się przeciwko Prawu i Sprawiedliwości”
„Trwa zmasowana kampania oszczerstw przeciw mnie i mojemu bratu.”
Albo z ostatniego wywiadu dla tygodnia Wprost:
„Ale, oczywiście, kampania dyskredytowania nas w mediach przynosi efekty. (…) Nie chcę generalizować. W Polsce są uczciwi dziennikarze i rzetelne tytułu (…). Ludzie dopuszczający się zła, i to zła w czystej postaci, są promowani. Zwalcza się natomiast tych, którzy walczą ze złem. Zwalcza się natomiast tych, którzy ze złem walczą”.
Jarosław Kaczyński przyzwyczaił nas do myśli, że media są taką potęgą polityczną, że mogą zmieniać wyniki wyborów. Kiedyś zwycięstwa i przegrane miały zależeć od tego, co napisze Gazeta Wyborcza, potem, co pokaże telewizja Kwiatkowskiego. Ponieważ Kaczyński chyba wierzy w to, co głosi, po zdobyciu władzy także zaanektował – w myśl hasła „kto ma media, ten ma władzę” – TVP i Radio Publiczne. Zresztą to twierdzenie uznawane jest za oczywistość przez polityków wszystkich opcji. W jego prawdziwości wierzą także publicyści, przekonani, że ich opinie są dla pewnej części elektoratu wiążące.
W tym kontekście przełomowe są wyniki badań socjologów i fizyków z Uniwersytetu Wrocławskiego. Przebadali oni wpływ mediów na decyzje podejmowane przez wyborców. Stworzyli teoretyczny model wymiany opinii w trzech grupach społecznych: mieszkańców wsi, małych i dużych miast.
Wnioski?
Po pierwsze: media z żadnym wypadku nie są w stanie zmienić opinii wyborców na korzyść wspieranej przez nie partii w takim stopniu, by przesądziło to o wyniku wyborów;
Po drugie: Jeśli media popierają jakąś partię, wzbudza to podejrzliwość wyborców z wielkich miast, którzy głosują dokładnie odwrotnie.
Czy przyjmiemy te wyniki wiadomości? Zwłaszcza w sytuacji, gdy za chwile rozpocznie się kolejna walka o media publiczne, tym razem wywołana przez koalicję PO-PSL? Śmiem wątpić. Z jednej strony trudno nagle przestać wierzyć w coś, uznawanego za „oczywistą oczywistość”. Z drugiej, trudno ukryć, że uznanie faktu bardzo ograniczonego wpływu mediów na opinię publiczną, skutkuje pewna ich degradacją, co nie w smak byłoby także samym mediom. Oczywiście tym tradycyjnym. Bo jeśli tracą one wpływ, jeśli to, co piszą i pokazują nie ma aż tak wielkiego oznaczenia, to właśnie na skutek rozwoju Internetu, gdzie maleje wartość informacji tradycyjnej (zobiektywizowana, zweryfikowana przez dziennikarza treść) a rośnie informacji nowego typu: tworzenie i wymiana subiektywnych opinii.
(listopad 2007)
„Media sprzymierzyły się przeciwko Prawu i Sprawiedliwości”
„Trwa zmasowana kampania oszczerstw przeciw mnie i mojemu bratu.”
Albo z ostatniego wywiadu dla tygodnia Wprost:
„Ale, oczywiście, kampania dyskredytowania nas w mediach przynosi efekty. (…) Nie chcę generalizować. W Polsce są uczciwi dziennikarze i rzetelne tytułu (…). Ludzie dopuszczający się zła, i to zła w czystej postaci, są promowani. Zwalcza się natomiast tych, którzy walczą ze złem. Zwalcza się natomiast tych, którzy ze złem walczą”.
Jarosław Kaczyński przyzwyczaił nas do myśli, że media są taką potęgą polityczną, że mogą zmieniać wyniki wyborów. Kiedyś zwycięstwa i przegrane miały zależeć od tego, co napisze Gazeta Wyborcza, potem, co pokaże telewizja Kwiatkowskiego. Ponieważ Kaczyński chyba wierzy w to, co głosi, po zdobyciu władzy także zaanektował – w myśl hasła „kto ma media, ten ma władzę” – TVP i Radio Publiczne. Zresztą to twierdzenie uznawane jest za oczywistość przez polityków wszystkich opcji. W jego prawdziwości wierzą także publicyści, przekonani, że ich opinie są dla pewnej części elektoratu wiążące.
W tym kontekście przełomowe są wyniki badań socjologów i fizyków z Uniwersytetu Wrocławskiego. Przebadali oni wpływ mediów na decyzje podejmowane przez wyborców. Stworzyli teoretyczny model wymiany opinii w trzech grupach społecznych: mieszkańców wsi, małych i dużych miast.
Wnioski?
Po pierwsze: media z żadnym wypadku nie są w stanie zmienić opinii wyborców na korzyść wspieranej przez nie partii w takim stopniu, by przesądziło to o wyniku wyborów;
Po drugie: Jeśli media popierają jakąś partię, wzbudza to podejrzliwość wyborców z wielkich miast, którzy głosują dokładnie odwrotnie.
Czy przyjmiemy te wyniki wiadomości? Zwłaszcza w sytuacji, gdy za chwile rozpocznie się kolejna walka o media publiczne, tym razem wywołana przez koalicję PO-PSL? Śmiem wątpić. Z jednej strony trudno nagle przestać wierzyć w coś, uznawanego za „oczywistą oczywistość”. Z drugiej, trudno ukryć, że uznanie faktu bardzo ograniczonego wpływu mediów na opinię publiczną, skutkuje pewna ich degradacją, co nie w smak byłoby także samym mediom. Oczywiście tym tradycyjnym. Bo jeśli tracą one wpływ, jeśli to, co piszą i pokazują nie ma aż tak wielkiego oznaczenia, to właśnie na skutek rozwoju Internetu, gdzie maleje wartość informacji tradycyjnej (zobiektywizowana, zweryfikowana przez dziennikarza treść) a rośnie informacji nowego typu: tworzenie i wymiana subiektywnych opinii.
(listopad 2007)
Subskrybuj:
Posty (Atom)