Minister Grad chce zmienić ustawę kominową tak, by prezesi, oprócz pensji zasadniczej, która obecnie nie może przekroczyć sześciu średnich krajowych (18,6 tys zł), mogli dostawać również uznaniowy dodatek do wynagrodzenia. Czyli, mówią po prostu, zarabiać więcej.
Na pierwszy rzut oka idea ze wszech miar słuszna. Ograniczenie przez państwo zarobków we własnych spółkach powoduje, że fachowcy nie chcą w nich pracować, bo prywatni pracodawca płaci kilka-, kilkanaście razy więcej. O konieczności zniesienia tych ograniczeń politycy i publicyści wspominali nie raz.
Niestety, to co na pierwszy rzut oka wygląda racjonalnie, z bliska…
Bo czy zna ktoś profesjonalistę z bardzo mocną pozycją na rynku, który zarządzą spółką skarbu państwa? Jako prezes, wiceprezes, członek zarządu, członek rady nadzorczej? Taki, co jak tylko będzie wolny, nie opędzi się od propozycji konkurencji. Wolne żarty. Nie tak się zostaje prezesem państwowej firmy. Decydują o tym, zawsze decydowali i będą decydować – niestety – politycy. Aktualny rząd znaczy się.
Wyciągając wnioski z tego prostego faktu: zniesienie ograniczeń dla prezesów spółek skarbu państwa spowoduje jedynie, że wskazani przez polityków kumple i znajomi królika będą zarabiali więcej. Ci, których rynek ceni i którym chce płacić naprawdę duże pieniądze i tak nie pójdą do tych spółek, bo i po co? By zarabiać mniej i zależeć od politycznych wiatrów?
Nie wierzę w dobre intencje ministra Granda (że chce przyciągnąć do spółek fachowców itd.) Ponieważ sam już obsadził niejedno stanowisko, wie, jak to się odbywa. Nie ma powodu, by jego znajomi, albo znajomi kolejnego ministra czy polityka ekipy aktualnie rządzącej, dostawali więcej. Jak chcą zarabiać, niech ruszą na rynek. On ich odpowiednio wyceni.
poniedziałek, 18 lutego 2008
czwartek, 14 lutego 2008
Pogrzeb prawicowej utopii (cz.2)
Polska prawica ma czego zazdrościć lewicy. Historia sprawiła, że to nie ona rozdawała karty przy Okrągłym Stole, nie ona decydowała, w jaki sposób dokona się przejście od komunizmu do kapitalizmu. Tam grała drugie, jeśli nie trzecie skrzypce. Zmarginalizowana, odsunięta, bez wpływu na rzeczywistość… To musi rodzić frustrację. Trudno było spokojnie przyglądać się, jak środowisko Jacka Kuronia i Adama Michnika, z popieranym przez nich Tadeuszem Mazowieckim, w 1989 roku wspólnie z komunistami ustala zasady gry na najbliższe kilkanaście lat. Te zasady były proste i sprawdziły się w praktyce: kompromis zamiast wojny i umiarkowanie zamiast radykalizmu. (Rację miał Adam Michnik, latami ostrzegający przeciwko rządom prawicy i wszelkiej maści radykałów. Wspomniane wyżej zasady – jak pokazuje praktyka rządów Jarosława Kaczyńskiego – pierwsze padły ich ofiarą.)
Prawica nigdy nie pogodziła się z faktami. Odezwał się kompleks młodszego brata. Podobnie jak młodszy brat zazdrości starszemu pozycji i chce wykazać, że to jemu należy się palma pierwszeństwa, tak ona zazdrościła Michnikowi i spółce. Podobnie jak młodszy brat, tak i ona nie chciała przyjąć do wiadomości faktu, że to pierwszeństwo jest czynnikiem obiektywnym, niezależnym, wynika z chronologii, nie zasług. Dlatego podważała i wciąż podważa działania i opinie starszego, obojętne, czy są sensowne, czy nie.
Negacja zastanego porządku stanowi kwintesencję politycznego programu prawicy. Zamiast ustalonych przy Okrągłym Stole zasad, świat nowych-starych wartości. Co to są za wartości, co to za stary świat, ten w czasów II Rzeczpospolitej czy z czasów Pierwszej? Może wyidealizowany, ochrzczony mianem IV RP? Tu prawica nie udziela odpowiedzi, bo do tego trzeba jasnego umysłu, a ten prawicowy poddany silnym emocjom i znerwicowany.
Gdy rok temu Dziennik piórem Macieja Rybińskiego ogłaszał „Koniec Polski Michnika i Kiszczaka”, prawicy wydawało się, że w końcu wzięła rząd dusz. – Polska stoi w przede dniu rewolucji – pisał Rybiński. – Nie rewolucji szubienic, krwi, odwetu, niewinnych ofiar rozszalałych szwadronów śmierci, jak nam to wmawiano, tylko rewolucji moralnej polegającej na odkrywaniu prawdy, przywracaniu właściwej hierarchii wartościom i prawdziwego znaczenia słowom”. Ale nawet „przywracanie właściwej hierarchii wartościom” było dla prawicy zadaniem zbyt trudnym. Była przekonana, że społeczeństwo zadowoli się ideami, nie z działaniem. Błąd, kolejny. Okazało się, że zamiast rządu dusz, prawica ma tylko kilka gazet.
Cóż więc nam zostaje z tej prawicy? Nie ośmielę się twierdzić, że hardprawica spod znaku Kaczyńskiego i Giertycha już do władzy nie wróci. Może wróci, to suma błędów przeciwników, przypadku i okoliczności społecznych. Ale projekt prawicowej utopii spod znaku IV RP możemy ze spokojem pogrzebać. Jak i każdy inny prawicowy projekt modernizacyjny. Nie ze względu na ich jakość, ale ze względu na ojców. Dopóki prawicowe pokolenie, które historia odesłała do kąta w 1989 roku nie zejdzie ze sceny (w jak najbardziej fizycznym sensie), jego kompleksy zawsze wygrają z rozumem. Ważniejsze będzie roztrząsanie historii i cudzych przewin, niż działanie. Liczyć, że Jarosław Kaczyński przestanie się obrażać, gdy cztery miesiące po wyborach ktoś ośmieli mu zmniejszyć ochronę, to jak zakładać, że Lech Kaczyński zmieni się z obąbanego prezydenta w tryskającą optymizmem i profesjonalną pewnością siebie głowę państwa. Psychologia zna takie przypadki, ale one wymagały leczenia. A „zdrowa tkanka narodu” nie chce się leczyć.
Co nam zostanie po pogrzebie prawicowej utopii?
(cdn)
Prawica nigdy nie pogodziła się z faktami. Odezwał się kompleks młodszego brata. Podobnie jak młodszy brat zazdrości starszemu pozycji i chce wykazać, że to jemu należy się palma pierwszeństwa, tak ona zazdrościła Michnikowi i spółce. Podobnie jak młodszy brat, tak i ona nie chciała przyjąć do wiadomości faktu, że to pierwszeństwo jest czynnikiem obiektywnym, niezależnym, wynika z chronologii, nie zasług. Dlatego podważała i wciąż podważa działania i opinie starszego, obojętne, czy są sensowne, czy nie.
Negacja zastanego porządku stanowi kwintesencję politycznego programu prawicy. Zamiast ustalonych przy Okrągłym Stole zasad, świat nowych-starych wartości. Co to są za wartości, co to za stary świat, ten w czasów II Rzeczpospolitej czy z czasów Pierwszej? Może wyidealizowany, ochrzczony mianem IV RP? Tu prawica nie udziela odpowiedzi, bo do tego trzeba jasnego umysłu, a ten prawicowy poddany silnym emocjom i znerwicowany.
Gdy rok temu Dziennik piórem Macieja Rybińskiego ogłaszał „Koniec Polski Michnika i Kiszczaka”, prawicy wydawało się, że w końcu wzięła rząd dusz. – Polska stoi w przede dniu rewolucji – pisał Rybiński. – Nie rewolucji szubienic, krwi, odwetu, niewinnych ofiar rozszalałych szwadronów śmierci, jak nam to wmawiano, tylko rewolucji moralnej polegającej na odkrywaniu prawdy, przywracaniu właściwej hierarchii wartościom i prawdziwego znaczenia słowom”. Ale nawet „przywracanie właściwej hierarchii wartościom” było dla prawicy zadaniem zbyt trudnym. Była przekonana, że społeczeństwo zadowoli się ideami, nie z działaniem. Błąd, kolejny. Okazało się, że zamiast rządu dusz, prawica ma tylko kilka gazet.
Cóż więc nam zostaje z tej prawicy? Nie ośmielę się twierdzić, że hardprawica spod znaku Kaczyńskiego i Giertycha już do władzy nie wróci. Może wróci, to suma błędów przeciwników, przypadku i okoliczności społecznych. Ale projekt prawicowej utopii spod znaku IV RP możemy ze spokojem pogrzebać. Jak i każdy inny prawicowy projekt modernizacyjny. Nie ze względu na ich jakość, ale ze względu na ojców. Dopóki prawicowe pokolenie, które historia odesłała do kąta w 1989 roku nie zejdzie ze sceny (w jak najbardziej fizycznym sensie), jego kompleksy zawsze wygrają z rozumem. Ważniejsze będzie roztrząsanie historii i cudzych przewin, niż działanie. Liczyć, że Jarosław Kaczyński przestanie się obrażać, gdy cztery miesiące po wyborach ktoś ośmieli mu zmniejszyć ochronę, to jak zakładać, że Lech Kaczyński zmieni się z obąbanego prezydenta w tryskającą optymizmem i profesjonalną pewnością siebie głowę państwa. Psychologia zna takie przypadki, ale one wymagały leczenia. A „zdrowa tkanka narodu” nie chce się leczyć.
Co nam zostanie po pogrzebie prawicowej utopii?
(cdn)
Etykiety:
Kaczyński,
konserwatyzm,
polityka,
prawica
środa, 13 lutego 2008
Pogrzeb prawicowej utopii (cz.1)
Mieli wszystko. Rząd, prezydenta, większość w Sejmie i Senacie, telewizję, sprzyjające media, Narodowy Bank Polski, spółki skarbu państwa, najważniejsze urzędy. Nawet za opozycję – partię o zbliżonych poglądach. Co takiego jest w polskiej prawicy, że zamiast skutecznie (także z myślą o własnym interesie) rządzić, rozwala wszystko, czego się dotknie. Co takiego siedzi w głowie Kaczyńskiego, Dorna, Ujazdowskiego, że interes Polski, którym tak często wycierają sobie gębę, traci na ich rządach?
(Na początek krótka uwaga metodologiczna. Choć Platforma Obywatelska lubi mówić o sobie jako o prawicy, nie uznaję ją za przedstawiciela tej opcji. Donald Tusk swoją prawicowość traktuje jak kostium. Dobry, gdy podoba się publiczności, natychmiast wyląduje na śmietniku, jeśli publika zacznie gwizdać. Jeśli już, określiłbym Platformę jako soft prawicę, którą lepiej charakteryzuje konformizm, niż jakakolwiek idea polityczna, bo te Platforma jednego dnia może uznawać za własne, innego zwalczać, jeśli tylko uzna to za efektywne.)
Nie pochylam się nad polską prawicą, bo pociągają mnie jej idee. Uznaję potrzebę jej istnienia jako naturalnego korektora lewicowych pomysłów społecznych i gospodarczych. Jednak fascynujące jest upośledzenie prawicowych polityków, niezdolnych do sensownego praktycznego działania. Warto poszukać przyczyn tego stanu.
Na początek odrzuciłem tezę, że niekompetencja to wrodzona cecha prawicy w ogóle. Co prawda jakiś czas temu politolog David Amodio i jego koledzy z Laboratorium Neurologii Społecznej New York University ogłosili w artykule „Neuropoznawcze korelaty liberalizmu i konserwatyzmu”, że – w uproszczeniu mówiąc – prawicowcy są głupsi od ludzi o lewicowych przekonaniach, ale doświadczenia z Wielkiej Brytanii (Thatcher) i USA (Reagan) mówią co innego.
Teza pierwsza: brak zaplecza intelektualnego
Do skutecznych rządów potrzeba ludzi i wiedzy, tę zaś posiadają nie politycy a „mędrcy” (by uniknąć zdezawuowanego terminu autorytety). Prawicowi politycy i publicyści twierdzą, że przez całe lata 90. byli spychani poza obręb głównego nurtu debaty publicznej. Przyczynić się do tego miała głównie Gazeta Wyborcza, z jej wrodzoną nienawiścią do wszystkiego, co konserwatywne, prawicowe i narodowe. Nie lubią wspominać o pampersowej telewizji czasów Walendziaka, o dzienniku Życie, który zamiast walczyć na rynku o pozycję, utonął w międzyfrakcyjnych walkach redaktorów, o tworzonej za państwowe pieniądze telewizji Plus. Nie wiem, czy notoryczne podnoszenie argumentu „marginalizacji prawicy” ma służyć usprawiedliwieniu, faktem jest, że z zapleczem intelektualnym polska prawica ma obecnie problem. Z całym szacunkiem, Krasnodębski i Legutko to jednak nie Kołakowski. I nie chodzi tu bynajmniej o poglądy, a o potencjał i warsztat intelektualny.
Politycy prawicowi mają tego świadomość, dlatego w kółko powtarzają, że wspomniana już Gazeta Wyborcza, że uniwersytety opanowane przez postkomunę i lewicę, że Katyń, gdzie wymordowano prawdziwą polska inteligencje, że elity tkwiące w postkomunistycznym układzie, mające na względzie jedynie własne profity a nie dobro kraju i idee.
Przy tak ubogim zapleczu chciałoby się zawołać: więc idźcie i nawracajcie. W końcu gdyby nie św. Paweł, nauki Jezusa też nie dotarłyby do milionów.
Tu prawica potyka się o kłodę, którą w dodatku sama rzuca sobie pod nogi – niezdolność do debaty. Ze swoim przywiązaniem do tradycji i hasłem „powrotu do świata wartości” prawica uznaje się za dysponenta prawdy. Prawda – w tym ujęciu – jest tylko jedna, dlatego nie ma sensu nad nią dyskutować. Przeciwników trzeba nawrócić, a jeśli to nie przynosi efektu – zmusić do uznania prawdy. Stąd cały problem PiS-u z pozyskaniem elit: te chcą zostać przekonane, a są nawracane. Ten problem bardzo dobrze obrazuje zapowiadane na początek marca spotkanie liderów i działaczy PiS z sympatyzującymi z partią intelektualistami. Ma ono pomóc w odzyskaniu poparcia środowisk inteligenckich. Któż tam będzie? Nowak, Legutko, Terlecki… Czyli ci, którzy i tak od dawna popierają PiS. Przekonani będą przekonywać przekonanych.
Ale zaraz. Przecież rząd AWS-u nie miał problemów z zapleczem. Życie społeczno-polityczne nie było tak zideologizowane jak obecnie i „mędrcy” godzili się pracować dla polityków. A mimo wszystko AWS skompromitował się jak PiS (o czym mało kto pamięta).
Szukam więc dalej.
Teza druga: niezdolność do kompromisu
Fakt, lewica nie ma z tym problemu. Może dogadać się z każdym, z czego zresztą prawica czyni jej zarzut. Bo i jak wygląda kompromis według polityków polskiej prawicy? Powstaje nowa partia. I to musi być jakaś cecha immanentna polskiej prawicy, bo na świecie partie konserwatywne nie mają problemów z zawiązywaniem koalicji i znajdowaniem sprzymierzeńców.
Rząd PiS na kompromis nie szedł. Ale z drugiej strony, jaki rewolucjonista idzie? Nieudane rewolucje to właśnie ofiary kompromisów. A PiS nie po to szedł do władzy, by zarządzać państwem, ale by je zmieniać. Z drugiej strony, aby przeprowadzić rewolucję, trzeba mieć za sobą masy. A tych PiS nie miał. Co prawda 20-30 procentowy elektorat popierał Kaczyńskich bezwarunkowo, ale po przeliczeniu procentów na jednostki nijak nie wychodziła większość. Jedynie większość głosujących. A tych wtedy było nie za wiele.
Czyż więc ta właśnie niezdolność do kompromisu jest przyczyna porażki polskiej prawicy? Byłaby, gdyby nie jeden istotny szczegół. Balcerowicz. Trudno wyobrazić sobie rewolucję bardziej radykalną niż jego reformy. Nie było w nich politycznej kalkulacji, nie było kompromisu. A efekt? Zgoła przeciwny.
Teza trzecia: anachroniczna wizja państwa
Kiedyś nazwałem Kaczyńskich prawdziwymi postkomunistami. Wierzą oni, że władza, opierając się na sile aparatu państwowego jest w stanie przeorganizować strukturę społeczną i gospodarczą. To przecież politycy Prawa i Sprawiedliwości, a nie społeczeństwo, miało zbudować IV RP. Ale społeczeństwo chce silnego państwa, dopóki nie wchodzi ono z butami w ich życie. Rząd Kaczyńskiego, Leppera i Giertycha nie wyczuwał tego niuansu, dlatego został przez wyborców odprawiony z kwitkiem.
Bylibyśmy blisko znalezienia odpowiedzi, gdyby nie fakt, że z wszystkich badań opinii społecznej wynika, że Polacy tęsknią za rządami silnej ręki. Mógł więc co najwyżej Kaczyński nieudolnie wprowadzać swoją wizji silnego państwa, ale nie pomylił się co to meritum.
Układ, nad którym znęcało się już setki publicystów, pominę milczeniem. Został ostatni czynnik, zupełnie niepolityczny. (cdn)
(Na początek krótka uwaga metodologiczna. Choć Platforma Obywatelska lubi mówić o sobie jako o prawicy, nie uznaję ją za przedstawiciela tej opcji. Donald Tusk swoją prawicowość traktuje jak kostium. Dobry, gdy podoba się publiczności, natychmiast wyląduje na śmietniku, jeśli publika zacznie gwizdać. Jeśli już, określiłbym Platformę jako soft prawicę, którą lepiej charakteryzuje konformizm, niż jakakolwiek idea polityczna, bo te Platforma jednego dnia może uznawać za własne, innego zwalczać, jeśli tylko uzna to za efektywne.)
Nie pochylam się nad polską prawicą, bo pociągają mnie jej idee. Uznaję potrzebę jej istnienia jako naturalnego korektora lewicowych pomysłów społecznych i gospodarczych. Jednak fascynujące jest upośledzenie prawicowych polityków, niezdolnych do sensownego praktycznego działania. Warto poszukać przyczyn tego stanu.
Na początek odrzuciłem tezę, że niekompetencja to wrodzona cecha prawicy w ogóle. Co prawda jakiś czas temu politolog David Amodio i jego koledzy z Laboratorium Neurologii Społecznej New York University ogłosili w artykule „Neuropoznawcze korelaty liberalizmu i konserwatyzmu”, że – w uproszczeniu mówiąc – prawicowcy są głupsi od ludzi o lewicowych przekonaniach, ale doświadczenia z Wielkiej Brytanii (Thatcher) i USA (Reagan) mówią co innego.
Teza pierwsza: brak zaplecza intelektualnego
Do skutecznych rządów potrzeba ludzi i wiedzy, tę zaś posiadają nie politycy a „mędrcy” (by uniknąć zdezawuowanego terminu autorytety). Prawicowi politycy i publicyści twierdzą, że przez całe lata 90. byli spychani poza obręb głównego nurtu debaty publicznej. Przyczynić się do tego miała głównie Gazeta Wyborcza, z jej wrodzoną nienawiścią do wszystkiego, co konserwatywne, prawicowe i narodowe. Nie lubią wspominać o pampersowej telewizji czasów Walendziaka, o dzienniku Życie, który zamiast walczyć na rynku o pozycję, utonął w międzyfrakcyjnych walkach redaktorów, o tworzonej za państwowe pieniądze telewizji Plus. Nie wiem, czy notoryczne podnoszenie argumentu „marginalizacji prawicy” ma służyć usprawiedliwieniu, faktem jest, że z zapleczem intelektualnym polska prawica ma obecnie problem. Z całym szacunkiem, Krasnodębski i Legutko to jednak nie Kołakowski. I nie chodzi tu bynajmniej o poglądy, a o potencjał i warsztat intelektualny.
Politycy prawicowi mają tego świadomość, dlatego w kółko powtarzają, że wspomniana już Gazeta Wyborcza, że uniwersytety opanowane przez postkomunę i lewicę, że Katyń, gdzie wymordowano prawdziwą polska inteligencje, że elity tkwiące w postkomunistycznym układzie, mające na względzie jedynie własne profity a nie dobro kraju i idee.
Przy tak ubogim zapleczu chciałoby się zawołać: więc idźcie i nawracajcie. W końcu gdyby nie św. Paweł, nauki Jezusa też nie dotarłyby do milionów.
Tu prawica potyka się o kłodę, którą w dodatku sama rzuca sobie pod nogi – niezdolność do debaty. Ze swoim przywiązaniem do tradycji i hasłem „powrotu do świata wartości” prawica uznaje się za dysponenta prawdy. Prawda – w tym ujęciu – jest tylko jedna, dlatego nie ma sensu nad nią dyskutować. Przeciwników trzeba nawrócić, a jeśli to nie przynosi efektu – zmusić do uznania prawdy. Stąd cały problem PiS-u z pozyskaniem elit: te chcą zostać przekonane, a są nawracane. Ten problem bardzo dobrze obrazuje zapowiadane na początek marca spotkanie liderów i działaczy PiS z sympatyzującymi z partią intelektualistami. Ma ono pomóc w odzyskaniu poparcia środowisk inteligenckich. Któż tam będzie? Nowak, Legutko, Terlecki… Czyli ci, którzy i tak od dawna popierają PiS. Przekonani będą przekonywać przekonanych.
Ale zaraz. Przecież rząd AWS-u nie miał problemów z zapleczem. Życie społeczno-polityczne nie było tak zideologizowane jak obecnie i „mędrcy” godzili się pracować dla polityków. A mimo wszystko AWS skompromitował się jak PiS (o czym mało kto pamięta).
Szukam więc dalej.
Teza druga: niezdolność do kompromisu
Fakt, lewica nie ma z tym problemu. Może dogadać się z każdym, z czego zresztą prawica czyni jej zarzut. Bo i jak wygląda kompromis według polityków polskiej prawicy? Powstaje nowa partia. I to musi być jakaś cecha immanentna polskiej prawicy, bo na świecie partie konserwatywne nie mają problemów z zawiązywaniem koalicji i znajdowaniem sprzymierzeńców.
Rząd PiS na kompromis nie szedł. Ale z drugiej strony, jaki rewolucjonista idzie? Nieudane rewolucje to właśnie ofiary kompromisów. A PiS nie po to szedł do władzy, by zarządzać państwem, ale by je zmieniać. Z drugiej strony, aby przeprowadzić rewolucję, trzeba mieć za sobą masy. A tych PiS nie miał. Co prawda 20-30 procentowy elektorat popierał Kaczyńskich bezwarunkowo, ale po przeliczeniu procentów na jednostki nijak nie wychodziła większość. Jedynie większość głosujących. A tych wtedy było nie za wiele.
Czyż więc ta właśnie niezdolność do kompromisu jest przyczyna porażki polskiej prawicy? Byłaby, gdyby nie jeden istotny szczegół. Balcerowicz. Trudno wyobrazić sobie rewolucję bardziej radykalną niż jego reformy. Nie było w nich politycznej kalkulacji, nie było kompromisu. A efekt? Zgoła przeciwny.
Teza trzecia: anachroniczna wizja państwa
Kiedyś nazwałem Kaczyńskich prawdziwymi postkomunistami. Wierzą oni, że władza, opierając się na sile aparatu państwowego jest w stanie przeorganizować strukturę społeczną i gospodarczą. To przecież politycy Prawa i Sprawiedliwości, a nie społeczeństwo, miało zbudować IV RP. Ale społeczeństwo chce silnego państwa, dopóki nie wchodzi ono z butami w ich życie. Rząd Kaczyńskiego, Leppera i Giertycha nie wyczuwał tego niuansu, dlatego został przez wyborców odprawiony z kwitkiem.
Bylibyśmy blisko znalezienia odpowiedzi, gdyby nie fakt, że z wszystkich badań opinii społecznej wynika, że Polacy tęsknią za rządami silnej ręki. Mógł więc co najwyżej Kaczyński nieudolnie wprowadzać swoją wizji silnego państwa, ale nie pomylił się co to meritum.
Układ, nad którym znęcało się już setki publicystów, pominę milczeniem. Został ostatni czynnik, zupełnie niepolityczny. (cdn)
Etykiety:
Kaczyński,
konserwatyzm,
PiS,
polityka,
prawica
środa, 6 lutego 2008
O Ziobrze, laptopie i sile języka
Rozmowa z byłym ministrem sprawiedliwości Zbigniewem Ziobrą
Panie ministrze, ma pan poczucie obciachu?
To nie jest teza prawdziwa.
Nie chodzi o tezy, ale o odczucia.
Ja jestem ciągle atakowany, kieruje się w moją stronę inwektywy, właśnie z powodu moich działań. Tu jest właśnie przykład.
Pytamy, bo cała afera z laptopem jest żenująca. Naprawdę minister musi niszczyć publiczny sprzęt?
Te informacje, które panowie podają dodatkowo, wzbogacając pewne zdarzenia, które miały miejsce, są nieprawdziwe.
To są informacje od ministra Ćwiąkalskiego...
Nie znam raportu, więc jeżeli się zapoznam, to chętnie się...
Nie ma raportu, są informacje. Co takiego miał Pan w laptopie, jakie dokumenty, że zniszczył Pan sprzęt, aby tylko nie dostał się w inne ręce?
My nie chcemy myśleć w takich kategoriach. Natomiast inną jest rzeczą, aby mówić prawdę, a problem prawdy jest problemem istotnym niezależnie, czy dotyczy historii, czy dotyczy spraw osobistych, czy dotyczy spraw programowych.
Przepraszamy, ale o czym Pan mówi? Na jakie pytanie Pan teraz odpowiedział, bo chyba nie na nasze?
To niedorzeczność.
Niedorzeczność? Słuchacze chcieliby się dowiedzieć, dlaczego zniszczył Pan laptop.
Oczywiście rozumiem pytanie.
Ale Pan nie odpowiada.
To pokazuje celowe działanie pewnych osób, które są zainteresowane tym, by tak właśnie się działo.
O czym Pan mówi?
Po pierwsze, daje dużo do myślenia to, że następnego dnia po przesłuchaniach w prokuraturze zeznania osób, które pomawiają między innymi mnie i inne osoby z poprzedniego kierownictwa ministerstwa sprawiedliwości, znajdują się w gazetach.
Dobrze, ale jak doszło do zniszczenia laptopa?
W godzinach wczesno rannych zadzwonił do mnie któryś z prokuratorów do domu z informacją, że doszło do tego tragicznego zdarzenia.
Czy sprzęt uda się uratować?
Wczoraj odbyła się sekcja. Rozmaite spekulacje, które były tworzone, pewnie z różnych intencji na temat przebiegu tej historii, w świetle tej sekcji okazały się nieprawdziwe.
Co Pan ma na myśli?
Te okoliczności wskazują na to, że mieliśmy do czynienia z tragicznym zdarzeniem. Na to również wskazują zeznania wszystkich świadków. Mam taką wiedzę ogólną.
Świadków? Ktoś widział ten wypadek?
Jestem prawnikiem, do tego jeszcze prokuratorem generalnym więc nie chciałbym tutaj wydawać kategorycznych opinii, z którymi później musiałbym się rozstać i z nich się wycofywać.
Przepraszamy, ale nic nie rozumiemy. Najpierw mówi zaprzecza Pan, że zniszczył laptop, potem, że to był nieszczęśliwy wypadek, jeszcze później, że byli świadkowie, a potem, że nie byli. Co Pan chce powiedzieć?
Problem polega na tym, że politycy również popełniają przestępstwa.
Kogo Pan ma na myśli?
Politycy PO muszą się zastanowić.
Co mają do tego politycy PO?
Przecież oni tam kłamali, i tu kłamią, więc identycznie kłamią.
Rozumiemy, że mówi Pan o ministrze Ćwiąkalskim?
Przede wszystkim polityka nie polega na tym, że daje się prezenty.
Laptop nie jest prezentem. To własność publiczna, którą Pan tylko dostał w użytkowanie.
Tu chodzi o tajemnicę państwową.
Jaką tajemnicę?
Osobiście nie zapoznawałem się z materiałami.
To skąd pan wie...? Niestety, musimy kończyć program.
Jeśli można tylko słowo...
Tak, prosimy.
To lekarze.
Co lekarze? Rozmawiał Pan z nimi?
Tak, trwają takie rozmowy rzeczywiście.
Co mówią?
Imputują mi stalinowskie rozwiązania.
Polityczny bełkot jest tak elastyczny, że da się zastosować do opisu każdej sytuacji. Ta rozmowa się nie odbyła co nie znaczy, że jest nieprawdziwa. Wszystkie wypowiedzi Ziobry pochodzą z wywiadów udzielonych przez niego między listopadem 2005 a styczniem 2008. Można próbować opisać rzeczywistość językiem polityków, ale cóż ten opis wnosi? Ziobro mógł zniszczyć laptop bo wiedział, że nic mu za to nie grozi. Wie, że gdy wyjdzie przed kamery lub siądzie przed mikrofonem, my zaczniemy go słuchać, obojętne, jakie głupoty będzie opowiadał i jak bardzo w żywe oczy kłamał. To właśnie siła języka. On sobie z tej siły zdaje sprawę. A my?
Panie ministrze, ma pan poczucie obciachu?
To nie jest teza prawdziwa.
Nie chodzi o tezy, ale o odczucia.
Ja jestem ciągle atakowany, kieruje się w moją stronę inwektywy, właśnie z powodu moich działań. Tu jest właśnie przykład.
Pytamy, bo cała afera z laptopem jest żenująca. Naprawdę minister musi niszczyć publiczny sprzęt?
Te informacje, które panowie podają dodatkowo, wzbogacając pewne zdarzenia, które miały miejsce, są nieprawdziwe.
To są informacje od ministra Ćwiąkalskiego...
Nie znam raportu, więc jeżeli się zapoznam, to chętnie się...
Nie ma raportu, są informacje. Co takiego miał Pan w laptopie, jakie dokumenty, że zniszczył Pan sprzęt, aby tylko nie dostał się w inne ręce?
My nie chcemy myśleć w takich kategoriach. Natomiast inną jest rzeczą, aby mówić prawdę, a problem prawdy jest problemem istotnym niezależnie, czy dotyczy historii, czy dotyczy spraw osobistych, czy dotyczy spraw programowych.
Przepraszamy, ale o czym Pan mówi? Na jakie pytanie Pan teraz odpowiedział, bo chyba nie na nasze?
To niedorzeczność.
Niedorzeczność? Słuchacze chcieliby się dowiedzieć, dlaczego zniszczył Pan laptop.
Oczywiście rozumiem pytanie.
Ale Pan nie odpowiada.
To pokazuje celowe działanie pewnych osób, które są zainteresowane tym, by tak właśnie się działo.
O czym Pan mówi?
Po pierwsze, daje dużo do myślenia to, że następnego dnia po przesłuchaniach w prokuraturze zeznania osób, które pomawiają między innymi mnie i inne osoby z poprzedniego kierownictwa ministerstwa sprawiedliwości, znajdują się w gazetach.
Dobrze, ale jak doszło do zniszczenia laptopa?
W godzinach wczesno rannych zadzwonił do mnie któryś z prokuratorów do domu z informacją, że doszło do tego tragicznego zdarzenia.
Czy sprzęt uda się uratować?
Wczoraj odbyła się sekcja. Rozmaite spekulacje, które były tworzone, pewnie z różnych intencji na temat przebiegu tej historii, w świetle tej sekcji okazały się nieprawdziwe.
Co Pan ma na myśli?
Te okoliczności wskazują na to, że mieliśmy do czynienia z tragicznym zdarzeniem. Na to również wskazują zeznania wszystkich świadków. Mam taką wiedzę ogólną.
Świadków? Ktoś widział ten wypadek?
Jestem prawnikiem, do tego jeszcze prokuratorem generalnym więc nie chciałbym tutaj wydawać kategorycznych opinii, z którymi później musiałbym się rozstać i z nich się wycofywać.
Przepraszamy, ale nic nie rozumiemy. Najpierw mówi zaprzecza Pan, że zniszczył laptop, potem, że to był nieszczęśliwy wypadek, jeszcze później, że byli świadkowie, a potem, że nie byli. Co Pan chce powiedzieć?
Problem polega na tym, że politycy również popełniają przestępstwa.
Kogo Pan ma na myśli?
Politycy PO muszą się zastanowić.
Co mają do tego politycy PO?
Przecież oni tam kłamali, i tu kłamią, więc identycznie kłamią.
Rozumiemy, że mówi Pan o ministrze Ćwiąkalskim?
Przede wszystkim polityka nie polega na tym, że daje się prezenty.
Laptop nie jest prezentem. To własność publiczna, którą Pan tylko dostał w użytkowanie.
Tu chodzi o tajemnicę państwową.
Jaką tajemnicę?
Osobiście nie zapoznawałem się z materiałami.
To skąd pan wie...? Niestety, musimy kończyć program.
Jeśli można tylko słowo...
Tak, prosimy.
To lekarze.
Co lekarze? Rozmawiał Pan z nimi?
Tak, trwają takie rozmowy rzeczywiście.
Co mówią?
Imputują mi stalinowskie rozwiązania.
Polityczny bełkot jest tak elastyczny, że da się zastosować do opisu każdej sytuacji. Ta rozmowa się nie odbyła co nie znaczy, że jest nieprawdziwa. Wszystkie wypowiedzi Ziobry pochodzą z wywiadów udzielonych przez niego między listopadem 2005 a styczniem 2008. Można próbować opisać rzeczywistość językiem polityków, ale cóż ten opis wnosi? Ziobro mógł zniszczyć laptop bo wiedział, że nic mu za to nie grozi. Wie, że gdy wyjdzie przed kamery lub siądzie przed mikrofonem, my zaczniemy go słuchać, obojętne, jakie głupoty będzie opowiadał i jak bardzo w żywe oczy kłamał. To właśnie siła języka. On sobie z tej siły zdaje sprawę. A my?
wtorek, 5 lutego 2008
Ostatnie tabu: Jan Paweł II
Za chwilę Tadeusz Bartoś, wybitny filozof, teolog i tłumacz św. Tomasza, zostanie wrogiem publicznym numer 1. Będziemy go wyzywać od najgorszych (pewnie i od żydów), obrażać, oburzać się, wypominać opuszczenie zakonu, oskarżać o karierowiczostwo. Odezwą się prawicowi politycy i dziennikarze, ktoś złoży doniesienie do prokuratury, ktoś wspomni o zakazie dystrybucji.
Przedsmak dają internauci, komentujący wprowadzenie do jego książki "Jan Paweł II. Analiza Krytyczna", która ukaże się 7 lutego. - "Politowania godne. Po co w ogóle publikować takie wypowiedzi???? J.P. II jest niepodważalnie Święty!!!!". "Jak się rzuciło kapłaństwo dla baby, to teraz trzeba szukać na gwałt pieniędzy na utrzymanie rodziny. Lepiej byłoby zostać prostytutką, ale do tego zawodu trzeba mieć jakieś walory i powołanie". "Nie wolno szargać świętości!!!!!" - piszą na portalu onet.
Polacy, których stosunek do Jana Pawła II najlepiej oddaje stwierdzenie abp. Życińskiego (kremówki tak, encykliki nie) patrzą na pontyfikat Karola Wojtyły z klapkami na oczach. Wiara tłumów, która w czasach JPII wygrała z teologią, nie dopuszcza możliwości, by papież się mylił lub błądził. Na świecie pontyfikat poddawany jest wszechstronnej analizie, w Polsce analizujemy jedynie, która ulica powinna zostać nazwana jego imieniem.
Bartoś naruszył tabu. Nie tyle wsadza kij w mrowisko, co głośno woła: podyskutujmy. "Przywołać jedynie pragnę opinie, które choć w naszym kraju prawie nieobecne, poza jego granicami bywają uznawane za oczywistość. (...) Uczciwość intelektualna domaga się konfrontacji choćby i z obcą, kłopotliwą perspektywą - pisze we wprowadzeniu do książki.
Opinie zebrane przez Bartosia mogą nam się nie podobać, ale na świecie uznawane są za pełnoprawny głos w dyskusji. Włoscy i hiszpańscy teologowie, krytykujący plany beatyfikacji Jana Pawła II, pisali o konserwatywnym stanowisku polskiego papieża w sprawie antykoncepcji, które utrudniło walkę z rozprzestrzenianiem się AIDS, marginalizacji teologów i zakonników, zwłaszcza wobec kwestii teologii wyzwolenia, tolerancji wobec dyktatorskich reżimów w Ameryce Łacińskiej i centralizacji władzy w Kościele.
Hans Küng, wybitny teolog, podważający nieomylność papieża, któremu Kongregacja Nauki Wiary w 1979 roku odebrała prawo nauczania w imieniu kościoła katolickiego, mówił z wywiadzie dla niemeickiego Spiegla (2003 rok), że "ten papież ma niestety dwa oblicza. Jedno pokazuje na zewnątrz: przyjazne, tolerancyjne, ukierunkowane na pojednanie, na prawa człowieka i pokój. Inne pokazuje we wnętrzu: dopuszcza się nietolerancji i stosuje inkwizycje."
W polskiej przestrzeni publicznej rozmawiamy o Janie Pawle II jedynie w myśl zasady: udowodnij, że JP II wielkim człowiekiem był. Dlatego to może być najważniejsza książka tego roku, równie ważna, jak kiedyś "Sąsiedzi" Grossa. Nie dlatego, że wzbudzi protesty i kontrowersje, ale rozpocznie dyskusję nad tym, o czym dyskutować trzeba, a czego nasza narodowa duma nie znosi: o nas samych.
Na początku lat 90 zdjęliśmy z cokołu Lecha Wałęsę, obejrzeliśmy z bliska rysy i pęknięcia i zrozumieliśmy, że mimo tych ułomności, jego miejsce zawsze będzie właśnie tam, na cokole.
Bartoś rozpoczyna właśnie podobny proces.
Przedsmak dają internauci, komentujący wprowadzenie do jego książki "Jan Paweł II. Analiza Krytyczna", która ukaże się 7 lutego. - "Politowania godne. Po co w ogóle publikować takie wypowiedzi???? J.P. II jest niepodważalnie Święty!!!!". "Jak się rzuciło kapłaństwo dla baby, to teraz trzeba szukać na gwałt pieniędzy na utrzymanie rodziny. Lepiej byłoby zostać prostytutką, ale do tego zawodu trzeba mieć jakieś walory i powołanie". "Nie wolno szargać świętości!!!!!" - piszą na portalu onet.
Polacy, których stosunek do Jana Pawła II najlepiej oddaje stwierdzenie abp. Życińskiego (kremówki tak, encykliki nie) patrzą na pontyfikat Karola Wojtyły z klapkami na oczach. Wiara tłumów, która w czasach JPII wygrała z teologią, nie dopuszcza możliwości, by papież się mylił lub błądził. Na świecie pontyfikat poddawany jest wszechstronnej analizie, w Polsce analizujemy jedynie, która ulica powinna zostać nazwana jego imieniem.
Bartoś naruszył tabu. Nie tyle wsadza kij w mrowisko, co głośno woła: podyskutujmy. "Przywołać jedynie pragnę opinie, które choć w naszym kraju prawie nieobecne, poza jego granicami bywają uznawane za oczywistość. (...) Uczciwość intelektualna domaga się konfrontacji choćby i z obcą, kłopotliwą perspektywą - pisze we wprowadzeniu do książki.
Opinie zebrane przez Bartosia mogą nam się nie podobać, ale na świecie uznawane są za pełnoprawny głos w dyskusji. Włoscy i hiszpańscy teologowie, krytykujący plany beatyfikacji Jana Pawła II, pisali o konserwatywnym stanowisku polskiego papieża w sprawie antykoncepcji, które utrudniło walkę z rozprzestrzenianiem się AIDS, marginalizacji teologów i zakonników, zwłaszcza wobec kwestii teologii wyzwolenia, tolerancji wobec dyktatorskich reżimów w Ameryce Łacińskiej i centralizacji władzy w Kościele.
Hans Küng, wybitny teolog, podważający nieomylność papieża, któremu Kongregacja Nauki Wiary w 1979 roku odebrała prawo nauczania w imieniu kościoła katolickiego, mówił z wywiadzie dla niemeickiego Spiegla (2003 rok), że "ten papież ma niestety dwa oblicza. Jedno pokazuje na zewnątrz: przyjazne, tolerancyjne, ukierunkowane na pojednanie, na prawa człowieka i pokój. Inne pokazuje we wnętrzu: dopuszcza się nietolerancji i stosuje inkwizycje."
W polskiej przestrzeni publicznej rozmawiamy o Janie Pawle II jedynie w myśl zasady: udowodnij, że JP II wielkim człowiekiem był. Dlatego to może być najważniejsza książka tego roku, równie ważna, jak kiedyś "Sąsiedzi" Grossa. Nie dlatego, że wzbudzi protesty i kontrowersje, ale rozpocznie dyskusję nad tym, o czym dyskutować trzeba, a czego nasza narodowa duma nie znosi: o nas samych.
Na początku lat 90 zdjęliśmy z cokołu Lecha Wałęsę, obejrzeliśmy z bliska rysy i pęknięcia i zrozumieliśmy, że mimo tych ułomności, jego miejsce zawsze będzie właśnie tam, na cokole.
Bartoś rozpoczyna właśnie podobny proces.
wtorek, 29 stycznia 2008
Polska konserwa własnym bełkotem zachwycona
(Autorem tego tekstu jest Maciej Rybiński. Opublikował go w Rzeczpospolitej (29.01.08), pod tytułem „Polski kołtun cudzym bełkotem zachwycony”. Odwróciłem w nim tylko akcenty: tam gdzie Rybiński daje plus, wstawiłem minus. I odwrotnie. Wyszedł tekst o polskim konserwatyzmie, który pewnie by Rybińskiego i jemu podobnych publicystów oburzył. Bo o ich przeciwnikach wypada tak pisać, o nich - żadnym wypadku.)
Konserwa wyszła z podziemia. Założyła pluszowe kotary, z piwnic wyciągnęła otomany i kanapy, a u księdza na parafii zamówiła najmodniejsze wzory moherowych beretów prosto z Torunia. Zrobiła porządek w pokoju u dzieci, na śmieci wywalając bohomazy Sasnala i Andy’ego Warhola, na ścianie nad biurkiem powiesiła bogoojczyźniane oleodruki, Kościuszkę pod Racławicami i Matkę Boską z księdzem Skorupką pod Radzyminem, by dzieci nie zapomniały, skąd ich ród.
Z półek uprzątnęła Masłowską, dzieła wszystkie Grossa i podręcznik dietetyczne, w ich miejsce ustawiła Biblię, Kuchnię polską w praktyce i książkę telefoniczną. Zamknęła okna, by do ich mieszkań, w których do niedawna żyli ci straszni pseudoeuropejczycy, nie dotarł odór ze świata i Europy. Kiszą się we własnym smordzie, ale on ich, swojski, więc nie przeszkadza. Na szczęście z kominka unosi się świeży zapach polskiego węgla.
Powrót do wartości jest nieunikniony. Pani Domu wygrzebała w domowych dokumentach przodka, co lipcu 1943 roku salutował przed Andersem, ale gwoli formalności wystąpiła do IPN-u, by sprawdził, czy przodek po wojnie zachowywał się zgodnie czy godnie. Nie bywa już na rautach i wernisażach. Prycha na globalizację (niedługo będziemy kupować bigos od skośnookiego…), politykę (wystroił się ten elegancik Tusk, sepleni coś o miłości, o narodzie nie pamięta, a taki Kaczyński…), sztukę (ośmieszają naród, tradycję, to erotomani nie artyści). Pani Domu feministki ma za nic (wstrętne babska), domaga się całkowitego zakazu aborcji, edukacji seksualnej i ograniczenia seksu w telewizji. Odkąd jej syn zmajstrował dziecko gosposi, chce karania więzieniem za pornografię. Gdyby te obrzydliwe obrazki nie rozbudziły chuci w synalku, pewnie by do skandalu nie doszło.
Pan Domu siedzi przed telewizorem z bamboszami na nogach i cmokając faję peroruje o polityce. Te wstrętne Szwaby, w komitywie z Ruskimi, zawsze chciały nas ograć. Gdyby nie Ameryka, już dawno by zrobili czwarty rozbiór. Bogaczy trzeba zamknąć w więzieniach, wiadomo, że ukradli. Zlustrować dziennikarzy, niech się nie wykręcają młodym wiekiem. A tej całej Unii to wara od nas, niech sobie wsadzi swoją konstytucję i kartę praw podstawowych, tam gdzie te homo lubią najbardziej.
Synek spoważniał. W restauracji czyta „Nasz Dziennik”, chodzi na odczyty Zybertowicza i narzeka, co z tą Polską, że Kaczyńskiego, najlepszego premiera od tysiąca lat, od władzy odsunęła. Okopał się w mediach i histeryzuje, publicznie wyzywając nie-swoich od kołtunów. Na każdym kroku podkreśla, że Salon kontratakuje, bo trochę zagrożony się czuje, spodobało mu się życie na świeczniku. On sam nie cierpi Salonu, co innego Towarzystwo, tu rządzą swojacy i tak być powinno.
Konserwa wyleczyła się z kompleksów i zatrudniła specjalistów od marketingu. Już nie musi się ukrywać. Nie musi bać się Salonu ani wstydzić obmowy. Może być sobą. Ciemnogród jest dziś wartością najwyżej notowaną w hierarchii, konserwa może obnosić się z dumą, bo jest nasza, swojska i tradycyjna. Płynie do nas, szerokim łukiem, omijając Paryż i Berlin, szeroka intelektualna fala prosto z eterów amerykańskich kaznodziejów, przeżuwana, trawiona i wydalana jak nawóz pod przyszłą silną, konserwatywną Polskę.
Setki, może tysiące publicystów piszą jeden niekończących się hymn do tradycji, którego jedynym celem jest zaznaczenie własnej odrębności. Od świata, od nowoczesności, od postępu. Nie ruszamy w ten świat, bo mamy własny bagaż, czeka na peronie we Włoszczowe, z garbem własnych porażek, które roztrząsać wypada z godnością na ustach.
Konserwa u władzy, z dobrem Polski na ustach, nie zrozumiała więcej. Półgłówkom od tego głowa puchnie monstrualnie, ale nie staje się przez to głową. Dureń nienawidzący świata, powtarzający frazesy i myślący stadnie pozostaje zatopiony w zachwycie nad własnym bełkotem jak owad w bursztynie. Na zawsze.
Konserwa, oblepiona kurzem i pajęczyną tradycji, obnosi się z własną nienawiścią. Polubiła ten smród, bo przecież własny. I zaklina rzeczywistość, że teraz już pachnie.
Konserwa wyszła z podziemia. Założyła pluszowe kotary, z piwnic wyciągnęła otomany i kanapy, a u księdza na parafii zamówiła najmodniejsze wzory moherowych beretów prosto z Torunia. Zrobiła porządek w pokoju u dzieci, na śmieci wywalając bohomazy Sasnala i Andy’ego Warhola, na ścianie nad biurkiem powiesiła bogoojczyźniane oleodruki, Kościuszkę pod Racławicami i Matkę Boską z księdzem Skorupką pod Radzyminem, by dzieci nie zapomniały, skąd ich ród.
Z półek uprzątnęła Masłowską, dzieła wszystkie Grossa i podręcznik dietetyczne, w ich miejsce ustawiła Biblię, Kuchnię polską w praktyce i książkę telefoniczną. Zamknęła okna, by do ich mieszkań, w których do niedawna żyli ci straszni pseudoeuropejczycy, nie dotarł odór ze świata i Europy. Kiszą się we własnym smordzie, ale on ich, swojski, więc nie przeszkadza. Na szczęście z kominka unosi się świeży zapach polskiego węgla.
Powrót do wartości jest nieunikniony. Pani Domu wygrzebała w domowych dokumentach przodka, co lipcu 1943 roku salutował przed Andersem, ale gwoli formalności wystąpiła do IPN-u, by sprawdził, czy przodek po wojnie zachowywał się zgodnie czy godnie. Nie bywa już na rautach i wernisażach. Prycha na globalizację (niedługo będziemy kupować bigos od skośnookiego…), politykę (wystroił się ten elegancik Tusk, sepleni coś o miłości, o narodzie nie pamięta, a taki Kaczyński…), sztukę (ośmieszają naród, tradycję, to erotomani nie artyści). Pani Domu feministki ma za nic (wstrętne babska), domaga się całkowitego zakazu aborcji, edukacji seksualnej i ograniczenia seksu w telewizji. Odkąd jej syn zmajstrował dziecko gosposi, chce karania więzieniem za pornografię. Gdyby te obrzydliwe obrazki nie rozbudziły chuci w synalku, pewnie by do skandalu nie doszło.
Pan Domu siedzi przed telewizorem z bamboszami na nogach i cmokając faję peroruje o polityce. Te wstrętne Szwaby, w komitywie z Ruskimi, zawsze chciały nas ograć. Gdyby nie Ameryka, już dawno by zrobili czwarty rozbiór. Bogaczy trzeba zamknąć w więzieniach, wiadomo, że ukradli. Zlustrować dziennikarzy, niech się nie wykręcają młodym wiekiem. A tej całej Unii to wara od nas, niech sobie wsadzi swoją konstytucję i kartę praw podstawowych, tam gdzie te homo lubią najbardziej.
Synek spoważniał. W restauracji czyta „Nasz Dziennik”, chodzi na odczyty Zybertowicza i narzeka, co z tą Polską, że Kaczyńskiego, najlepszego premiera od tysiąca lat, od władzy odsunęła. Okopał się w mediach i histeryzuje, publicznie wyzywając nie-swoich od kołtunów. Na każdym kroku podkreśla, że Salon kontratakuje, bo trochę zagrożony się czuje, spodobało mu się życie na świeczniku. On sam nie cierpi Salonu, co innego Towarzystwo, tu rządzą swojacy i tak być powinno.
Konserwa wyleczyła się z kompleksów i zatrudniła specjalistów od marketingu. Już nie musi się ukrywać. Nie musi bać się Salonu ani wstydzić obmowy. Może być sobą. Ciemnogród jest dziś wartością najwyżej notowaną w hierarchii, konserwa może obnosić się z dumą, bo jest nasza, swojska i tradycyjna. Płynie do nas, szerokim łukiem, omijając Paryż i Berlin, szeroka intelektualna fala prosto z eterów amerykańskich kaznodziejów, przeżuwana, trawiona i wydalana jak nawóz pod przyszłą silną, konserwatywną Polskę.
Setki, może tysiące publicystów piszą jeden niekończących się hymn do tradycji, którego jedynym celem jest zaznaczenie własnej odrębności. Od świata, od nowoczesności, od postępu. Nie ruszamy w ten świat, bo mamy własny bagaż, czeka na peronie we Włoszczowe, z garbem własnych porażek, które roztrząsać wypada z godnością na ustach.
Konserwa u władzy, z dobrem Polski na ustach, nie zrozumiała więcej. Półgłówkom od tego głowa puchnie monstrualnie, ale nie staje się przez to głową. Dureń nienawidzący świata, powtarzający frazesy i myślący stadnie pozostaje zatopiony w zachwycie nad własnym bełkotem jak owad w bursztynie. Na zawsze.
Konserwa, oblepiona kurzem i pajęczyną tradycji, obnosi się z własną nienawiścią. Polubiła ten smród, bo przecież własny. I zaklina rzeczywistość, że teraz już pachnie.
sobota, 26 stycznia 2008
O sondażach, Grossie i opiniach bez znaczenia
Wielka ufność i wiara w społeczeństwo wstąpiła w serca redaktorów, że postanowili spytać Polaków (ankieta ARC Rynek i Opinie dla dziennika Polska, wydanie mazowieckie) o ich stosunek do książki "Strach" Jana Tomasz Grossa. Polacy, jak powszechnie wiadomo, wyssali z mlekiem matki miłość do eseistyki, dlatego najnowszą książką Grossa zaczytują się po nocach. Szefowie stacji telewizyjnych, producenci seriali i gwiazdy tańczące na lodzie rwą włosy z głowy: widzowie, zajęci lekturą, wyłączyli telewizory. Ludzie przekazują sobie "Strach" z rąk do rąk, jeden egzemplarz czyta z wypiekami na twarzy kilkanaście osób. Wydawca książki też rwie włosy z głowy, bo czytają miliony a kupiło tylko kilkadziesiąt tysięcy. U cioci na imieninach już nie wałkuje się polityki, a rozprawia nad rzetelnością dokumentacji historycznej Grossa, jego stosunkiem do materiałów źródłowych i logicznością wywodu.
Po lekturze ludzie wyciągają wnioski. Według wspomnianego sondażu, 51 procent badanych uważa, że "Strach" to nieobiektywny i nierzetelny obraz stosunków między Żydami a Polakami. 49 procent twierdzi, że autor ksiażki krzywdzi Polaków, stawiając im niesłuszne i niesprawiedliwe zarzuty. W sondażu pojawia się jeszcze jedna liczba, najważniejsza: 0,5 procent. Tyle osób deklaruje, że książkę Grossa przeczytało.
Nie pierwszy to, i pewnie nie ostatni, bezsensowny sondaż. Pytanie ludzi o stosunek do książki, której nie przeczytali, ma taką samą wartość poznawczą, jak moja opinia na temat przyczyn katastrofy lotniczej w Mirosławcu.
Jak Pan uważa, czy przyczyną katastrofy było: a. oblodzenie; b. błąd pilota; c. wada maszyny; d. inna przyczyna?
Mogę uważać, że a.
Albo c.
Jakie to ma znaczenie? A jaką wartość miałaby informacja, że 54,5 procent badanych wskazuje odpowiedź b?
Ludzie lubią mieć własne zdanie, tak już jest. W dodatku lubią mieć własne zdanie na każdy temat. Zapytani, odpowiedzą. Gdy brakuje im wiedzy, odwołają się do stereotypów. Ponieważ jednym z najbardziej rozpowszechninych jest ten, że Polacy nie są antysemitami, o książce Grossa, który w ten stereotyp uderza, z góry odpowiedzą: nieprawdziwa.
Może i nieprawdziwa. Niestety, nie im - i nie mnie - o tym sądzić (sam jeszcze nie przeczytałem, Gross czeka w kolejce). Trudno o jaskrawszy przykład opinii bez znaczenia.
Nawet jeśli ogólnopolski dziennik umieści ją na pierwszej stronie.
Po lekturze ludzie wyciągają wnioski. Według wspomnianego sondażu, 51 procent badanych uważa, że "Strach" to nieobiektywny i nierzetelny obraz stosunków między Żydami a Polakami. 49 procent twierdzi, że autor ksiażki krzywdzi Polaków, stawiając im niesłuszne i niesprawiedliwe zarzuty. W sondażu pojawia się jeszcze jedna liczba, najważniejsza: 0,5 procent. Tyle osób deklaruje, że książkę Grossa przeczytało.
Nie pierwszy to, i pewnie nie ostatni, bezsensowny sondaż. Pytanie ludzi o stosunek do książki, której nie przeczytali, ma taką samą wartość poznawczą, jak moja opinia na temat przyczyn katastrofy lotniczej w Mirosławcu.
Jak Pan uważa, czy przyczyną katastrofy było: a. oblodzenie; b. błąd pilota; c. wada maszyny; d. inna przyczyna?
Mogę uważać, że a.
Albo c.
Jakie to ma znaczenie? A jaką wartość miałaby informacja, że 54,5 procent badanych wskazuje odpowiedź b?
Ludzie lubią mieć własne zdanie, tak już jest. W dodatku lubią mieć własne zdanie na każdy temat. Zapytani, odpowiedzą. Gdy brakuje im wiedzy, odwołają się do stereotypów. Ponieważ jednym z najbardziej rozpowszechninych jest ten, że Polacy nie są antysemitami, o książce Grossa, który w ten stereotyp uderza, z góry odpowiedzą: nieprawdziwa.
Może i nieprawdziwa. Niestety, nie im - i nie mnie - o tym sądzić (sam jeszcze nie przeczytałem, Gross czeka w kolejce). Trudno o jaskrawszy przykład opinii bez znaczenia.
Nawet jeśli ogólnopolski dziennik umieści ją na pierwszej stronie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)