środa, 2 kwietnia 2008

Bo światem rządzą pedały…

Potrafią w tajemnicy zredagować Traktat Lizboński i Karę Praw Podstawowych Unii Europejskiej, mogą zmieniać ustawy w kolejnych państwach, po kryjomu rządzą mediami, kreując nowe mody, niezgodne z wielowiekową tradycją. No i są tak skuteczni w swoim zajadłym antykatolicyzmie, że spychają wierzących na obrzeża kultury. Nie ma się co oszukiwać, pedały rządzą światem.

Kiedyś, gdy ludzie nie potrafili ogarnąć skomplikowanej rzeczywistości, sięgali po masonów i żydów i wszystko było prostsze. Wiadomo było, masoni wciskali swoich do rządów i chcieli tylko jednego – zniszczenia katolickiego kościoła. Żydy (taka forma była poprawna i powszechna) to złodzieje i kłamcy, wszystkie gospodarcze i polityczne nieszczęścia to ich sprawka. Z czasem tłumaczenie wszystkiego masonami stało się śmieszne, z żydami podobnie – trudno dziś znaleźć intelektualistę na poważnie dowodzącego tajnego spisku żydowskiego, choć jeszcze kilkadziesiąt lat temu takie teorie znajdowały posłuch na salonach.
Chciałoby się rzec, że zmądrzeliśmy, że spiski już nam niepotrzebnie do wyjaśniania świata. Ale nie. Jest grupa intelektualistów z ograniczoną percepcją, którzy bez tajemnych sił się nie obejdą. Argumentują zupełnie na poważnie, z pompą, piszą artykuły, występują w mediach, przeprowadzają dowody, wnioskowania, a wszystko, by ustrzec zdrową tkankę narodu od wpływu najsilniejszego lobby świata.

Piszę "pedał", bo tym właśnie słowem posługują się wyznawcy „pedalskiego lobby” w prywatnych rozmowach. Geja i homoseksualistę zostawiają dla publiczności, by nikt nie oskarżył ich o nietolerancję. Według nich, pedał może wszystko. Jest ponad demokrację. Wystarczy, że głośno wspomni o małżeństwach homoseksualnych, już parlamenty w te pędy uchwalają odpowiednie ustawy. Tacy niemieccy kolejarze muszą strajkować, zatrzymywać pociągi, narażać się na gniew społeczny, by dostać od tamtejszych kolei marną podwyżkę. A ci? Wystarczy, że na głos powiedzą, czego chcą. Zarządzane przez nich media aż ociekają od homoseksualnej propagandy, ludzie głupi, wiadomo, więc łykają wszystko, co przeczytają i zobaczą w telewizorach.
Pedały upodobały sobie ostatnio Polskę. Wysłały zwiad, dwóch amerykańskich homoseksualistów Brendana Faya i Toma Moultona, których zdjęcia wykorzystał poseł Kurski w orędziu prezydenta, łopatologicznie wyjaśniając, jakie wielkie mają chłopaki wpływy. Panowie przyjechali z opracowaną taktyką, wyłuszczył ją pan Semka w środowej Rzeczpospolitej. „Dziś panowie nie podnoszą jeszcze wprost postulatu legalizacji związków jednopłciowych w polskim prawie. Taką taktykę Lech Wałęsa nazywał kiedyś mądrością etapu – na jakim etapie zatem i kiedy goście z Nowego Jorku przyjadą do Polski ponownie, tym razem z wypisanymi na sztandarach hasłem legalizacji homomałżeństw nad Wisła” – pyta zafrapowany intelektualista. Bo że przyjadą, to pewne. I pewne jest, że Polacy będą musieli ulec. Jeszcze nikt nie oparł się ich sile. Jeśli spróbujemy, wylecimy z Unii, z ONZ, homokraje opodatkują nasz eksport, Polacy obywatele dostaną zakaz wjazdu. Będziemy izolowani, samotni i biedni. Generalnie – będziemy w d…
Chyba że ulegniemy, jak Hiszpanie. Wiadomo, to nie ich parlament zalegalizował związki homoseksualne, to nie Hiszpanie wybrali swoich posłów. To nie miało nic wspólnego z demokracją. To pedalskie lobby wymusiło na władzy akceptację nowego prawa. Pewnie, gdyby władza nie uległa, obaliliby króla.

Można by się śmiać z tej całej durnoty, gdyby nie fakt, że odbywa się ona na salonach, w blasku reflektorów. O homoseksualistach można powiedzieć wszystko co najgorsze, obarczyć ich odpowiedzialnością za całe zło świata, przypisać każde możliwe i niemożliwe niecne motywy. Wspominać o takiej oczywistości, że do legalizacji homozwiązków potrzeba ustawy parlamentarnej i podpisu prezydenta? A po co? Dodawać, że to społeczeństwo wybiera tych posłów i rzeczonego prezydenta, wiec póki ludziom ten pomysł się nie spodoba, to go się nie wprowadzi? A w jakim celu? Przypominać, że takie sprawy jak związki homoseksualne, aborcja czy eutanazja nie podlegają unijnym uregulowaniom? E… lepiej w orędziu do narodu dać poszaleć Kurskiemu.
Intelektualiści z ograniczoną percepcją nie ogarniają rzeczywistości, dlatego wymyślą spiski i lobby. Kiedyś żydowski, dziś pedalski. Pewnie kiedyś straszenie homoseksualistami będzie równie obciachowe, jak dziś straszenie żydami. Cóż z tego, skoro takie teorie nie znikną. Są wieczne, podobnie jak głupota.

czwartek, 27 marca 2008

Śmierdząca idea olimpizmu

Jeśli wynik napakowanego sterydami osobnika, o którym wiesz, że jest kobietą tylko dlatego, że na dole ekranu realizator wyświetlił dane wzbudza w tobie emocje; jeśli podniecają cię wyścigi, gdzie kierowcy pędzą siedemdziesiąt okrążeń w takiej samej kolejności; jeśli ekscytujesz się wynikiem meczu, który i tak pewnie został sprzedany – ten tekst nie jest dla ciebie.

Cała sprawa wynikła zupełnym przypadkiem. Gdyby nie zamieszki w Tybecie, gdyby nie trupy i uwaga, jaką poświęciły im światowe media, Międzynarodowy Komitet Olimpijski nigdy by się pewnie nie dowiedział, że Chińczycy łamią prawa człowieka (w wersji chińskiej nie prawa człowieka, tylko prawa Chińczyka, a to robi wielką różnicę). Teraz pół świata zastanawia się, co z tymi z igrzyskami w Pekinie. Zbojkotować? Nie, niemożliwe, jeszcze by się zdenerwowali i wprowadzili jakieś cła albo przestali robić z nami interesy. To może chociaż zbojkotować ceremonię otwarcia? Będzie gest, ichnia telewizja przygotuje się zawczasu i nie wspomni o tym ani słowem, nasi wyborcy docenią. I wilk syty, i owca cała. Działacze dodają: zachowujmy się, jakby sprawy nie było, igrzyska to nie sprawa polityki, tylko sportu.
Wszystkie strony – przeciwnicy bojkotu i zwolennicy, sportowcy, dziennikarze, politycy i kibice – do znudzenia powołują się na jeden argument: „bo ucierpi piękna idea olimpizmu”. Zbojkotujemy – ucierpi, przejdziemy nad sprawą Tybetu do porządku dziennego – ucierpi.

Ale co to jest ta „piękna idea olimpizmu”? Co to za idea, która, by pięknie kwitła, potrzebuje propagandowej hucpy najsilniejszego reżimu świata?

Nie ma się co powoływać na barona de Coubertin, on już dawno nie żyje. Żyją za to członkowie Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego, którzy przyznają igrzyska temu, kto lepiej napasie ich kawiorem podawanym przez długonogie pięknolice pokojówki w pięciogwiazdkowych hotelach (pokojówki oczywiście zostają z kawiorem). Potem przed kamerami opowiadają, jakiego to słusznego dokonali wyboru. Wiadomo, po dobrym kawiorze wybór może być tylko słuszny. W przypadku Pekinu przekonywali, że przyznanie Chinom igrzysk pomoże w respektowaniu przez ten kraj praw człowieka. Kto uwierzył, ręka w górę. Proszę przesłać zdjęcie, wkleimy w wikipedii przy haśle „naiwniak”, jako okaz wzorcowy. „Piękną ideę olimpizmu” odmierza się dziś dolarach (przy dzisiejszym kursie to może jednak lepiej w euro), dlatego Międzynarodowy Komitet Olimpijski kultywuje ją w Chinach, ale w Afryce już nie. Tamtejsi bonzowie mają problem ze ściągnięciem kawioru.

„Piękna idea olimpizmu” zdechłaby, gdyby nie kreatywność farmaceutów. Co by to były za igrzyska bez rekordów, rekordy muszą być, bo tego chcą otłuszczeni kibice przez telewizorami. Słyszymy więc o „przekraczaniu kolejnych barier organizmu ludzkiego” (taki cytat zasunął kiedyś komentator w polskim telewizorze). Chłopcy i dziewczęta będą biegać w minutę, potem pół, w końcu ze śmigiełkiem w tyłku i dodatkowym kompletem mięśni gładkich polecą w 10 sekund, ale to pewnie też nie będzie doping. 100 metrów w sześć sekund? A czemu nie, dlaczego nie zaufać kreatywności chemików? Choć w oficjalnej wykładni MKOl będzie to „zwycięstwo ludzkiego organizmu”. Mogłoby się, oj mogło, część z tych setek milionów dolarów za prawa do transmisji przeznaczyć na sieć laboratoriów, na cotygodniowe standardowe kontrole sportowców, mogłoby się, gdyby się chciało, zawalczyć z dopingiem. Ale MKOl rozumie was, drodzy kibice, lepiej, niż wy sami. Rozumie, że przestałyby wam się podobać zawody bez kolejnych rekordów, nie chcielibyście ich oglądać aż w takiej masie, nie zostawilibyście tylko miliardów oczosekund na spotach reklamowych, za które ogłoszeniodawcy płacą fortuny.

„Piękna idea olimpizmu” miałaby też problemy, gdyby rządy nie pokazałyby sportowcom wielkiej, pękatej od stuzłotówek (czy jakiej tam innej waluty) marchewy. Drogi profesorze, górniku, nauczycielu, co ty wiesz o wcześniejszej emeryturze? Ona należy się medaliście olimpijskiemu, bo tego wymaga „piękna idea olimpizmu”. Płacimy dożywotnią pensję ludziom, których jedyną zasługą jest to, że obrośli mięśniami we właściwych miejscach i właściwych proporcjach. Nasi bohaterowie. Takim bohaterom nawet w sądzie należy się specjalne traktowanie (patrz: wypadek panny Otylii). Sportowcy mieliby zbojkotować Pekin? A dlaczego? To nieracjonalne, tu idzie o ich kasę i sławę (czyli kasę w przyszłości).

Ale na nic by się zdali wszyscy sportowcy świata i pięć Międzynarodowych Komitetów Olimpijskich, gdyby nie my, mężczyźni. Kobiety widzą więcej, więcej wiedzą, one – poza wyjątkami – na kibicowanie „pięknej idei olimpizmu” nie dały się złapać. One wiedzą, że sport rozum odbiera. Widzą swoich chłopów, jak jednego dnia psioczą, że sędziowie skurwysyny, piłkarze sprzedawczyki, PZPN złodzieje, a drugiego dostają palpitacji przez telewizorem, kibicując tym samym piłkarzom sprzedawczykom, sędziowanym przez tych samych sędziów skurwysynów, grających pod egidą tego samego Listkiewicza-złodzieja. Za kilka miesięcy będą się ekscytowali, który pan wyżej skoczy, która pani szybciej pobiegnie. A gdy ktoś im wspomni o dopingu rzucą: wszyscy biorą, więc wszyscy mają takie same szanse. A o Tybecie: ty mi teraz dupy nie zawracaj.

Naprawdę podoba się wam „Piękna idea olimpizmu”? Kolejna oczywistość, nad którą nie zastanawiamy się, bo po to właśnie są oczywistości, aby nie trzeba było myśleć po próżnicy. Od wielu lat nie ma nic wspólnego z ideami barona de Coubertina. Czy naprawdę jest ważniejsza niż śmierć demonstrantów w Tybecie, ich prawo do wyrażania własnych opinii i bycia obywatelem we własnym państwie?
Nie oczekuję od rządów, sportowców, a tym bardziej MKOl, żadnych gestów. Ich pociąga „piękna idea olimpizmu” w obecnej formie, ja w takich wynaturzeniach się nie lubuję. Dlatego po prostu nie dam im zarobić. Nie obejrzę transmisji, nie obejrzę reklam, będzie ileś tam oczosekund mniej. Jeśli takich brakujących oczosekund będą miliardy, Tybetańczykom pewnie to nie pomoże, ale jestem pewien, że MKOl następnym razem trzy razy się zastanowi, zanim da olimpiadę kolejnemu reżimowi. Na przykład Rosji.

środa, 12 marca 2008

Dupa nie biznesmen

Tyle wielkich i pięknych słów padło o strategicznych zdolnościach Jarosława Kaczyńskiego, że kwestionowanie tego faktu to jak podważanie roli Dmowskiego przy odzyskaniu niepodległości. Wybitnym politykiem Jarosław jest i basta. W ramach tego aksjomatu szukają publicyści sposobu na wyjaśnienie ostatnich posunięć braci (o drugim nie od dziś wiadomo, że jest tylko przystawką). Co z tym orderem dla Michnika? Nie, nieudolności prezydentowi (a za nim Jarosławowi) zarzucać nie wypada, trzeba dopatrywać się racjonalności. Rasowy polityk wiedziałby, co zrobić. Zaprosić Michnika na obchody Marca'68, dać mu order, wszystko ogłosić przed uroczystością i niech on się martwi, czy przyjąć, czy nie, czy stawić się w Pałacu, czy zbojkotować. Prezydent Łaskwy, Przebaczający, Doceniający Zasługi - słupki sondaży poszybowałyby w górę, wizerunek by się ocieplił, gest prezydenta znalazłby uznanie w oczach części przynajmniej wykształciuchów. Ale prezydent Michnika nie zaprosił, orderu nie dał, a jego urzędnicy nie za bardzo potrafią coś z sensem na ten temat powiedzieć.
A co z wypowiedzią Jarosława o internautach? Jeździ po nich jak po łysej kobyle, że piwo żłopią przed ekranem, panienki oglądają (kobiety też?) i tyle wiedzą o świecie, ile wyczytają w tych swoich komputerkach (swoją drogą to już standard, że Dziennik robi duży materiał z pierwszej strony bez zająknięcia się, że to nie ich news, tylko Wyborczej). Nawet Ludwik Dorn, w ramach wbijania szpili byłym koleżkom przyznał, że sam czasami siedzi przez ekranem i przegląda You Tube. O co więc temu Jarosławowi chodzi? Niby chce pozyskać inteligencję i młodych, a obraża ich i zniechęca.
Można by spekulować, że te działania są przemyślane, że Kaczyńscy szukają swojego miejsca na scenie. Przegrana w wyborach spadła na nich niczym grom z jasnego nieba, przygotowywali się na osiem lat rządów, skończyło się na niecałych dwóch latach. Ponieważ poparcie dla Platformy niedługo osiągnie wartość zbliżoną do wyników PZPR-u za komuny, postanowili zagospodarować wszystkie możliwe nisze po prawej stronie. A w tych niszach zajadli antymichnikowcy pospołu z wyznawcami ojca Rydzyka psy wieszają na tym intenecie, że obsceniczny, antykościelny i libertyński. Spodobała im się pewnie ta wypowiedź.
Ale zaraz, przecież Kaczyńscy chcą odzyskać władzę! Może więc liczą na to, że uśpiony Tuskiem elektorat w następnych wyborach nie pójdzie głosować, wtedy, jak w 2005 roku, o wyniku zdecydują właśnie prawicowe nisze?
Można by wymyślać kolejne tłumaczenia, mniej lub bardziej spójne, ale czasami najprostsze okazuje się najtrafniejsze. Kaczyńscy to po prostu kiepscy politycy na obecne czasy. Może dobry z nich rewolucjoniści, gdy rządzą ogniem i mieczem, ale ich nieudolność w czasach (s)pokoju razi w oczy. Nie rozumieją, co się dzieje, bo zatrzymali się dwadzieścia, trzydzieści lat temu. Załapali się na Aferę Rywina i afery SLD, na fali rozgoryczenia doszli do władzy i tyle ich pomysłu na rzeczywistość. Nie rozumieją marketingu politycznego, nie rozumieją procesów społecznych, polityki międzynarodowej, nie rozumieją nawet, że Polacy 15 lat temu i obecnie to zupełnie inni ludzie. O takich jak oni mówi się że to dupa nie biznemen. Ot, chciałby, ale nie potrafi.

poniedziałek, 3 marca 2008

Złodzieje patriotyzmu

(na marginesie konferencji intelektualistów popierających PiS)

Język polityki jest wszystkożerny. Połknie każde słowo, przetrawi, wypluje i nada nowe znaczenie. Ale już nie tak jasne, jak wcześniej. On wypluwa śmierdzącą breję. I dobrze, właśnie o to chodzi, by nikt nie chciał tam grzebać.
Nie potrafimy się przed tym językiem bronić. Albo go przejmujemy i o świecie, pracy, szkole, urzędach mówimy i myślimy w kategoriach polityki, albo się wycofujemy, nie chcąc babrać się w odchodach.

Politycy zabrali nam patriotyzm. Niczym Hitler Austrię aanektowali go w światłach jupiterów i bez naszego sprzeciwu. Teraz muszę się dobrze zastanowić, zanim na pytanie: jesteś patriotą, odpowiem pozytywnie. Bo jeśli jestem, to JAKIM? To "jakim" jest najważniejsze. Bo mogę być naszym - PiS-owskim, albo naszym - lewicowym. Albo liberalnym, rydzykowym... Jeśli myślałem o patriotyzmie w innych kategoriach - błąd. Inne znaczenia tego słowa w przestrzeni publicznej nie istnieją.

Gdy grabarze przysypują trumnę z ciałem kolejnego polskiego żołnierza zabitego w Iraku czy Afganistanie, z ust wojskowych oficjeli i kapelanów płyną wielkie słowa o życiu oddanym za ojczyznę i patriotyzmie. "Żołnierz nigdy nie umiera, żołnierz oddaje życie, jeśli jest taka potrzeba, takie wyzwanie, takie poświęcenie" - słyszą żony, matki, ojcowie. Zgłupieliśmy nad tymi grobami i nie pytamy: jaki interes ojczyzny, jakie poświęcenie? Toż to tylko interes polityczny, owszem, może i dobry, ale co to ma wspólnego z ojczyzną?

Patriotyzm polityków to pompa. To Tradycja, obowiązkowo przez duże T, poprzedzona "poszanowaniem", cokolwiek by to miało znaczyć. To wspólnota narodowa, bo Naród to wartość, mityczna i niedefiniowalna. Specjalnie niedefiniowalna, bo definicje są jasne, a my jasności nie lubimy. To interes narodowy. Zastanawialiście się, dlaczego politycy nie mówią we własnym imieniu, tylko ojczyzny? Właśnie o ten interes idzie. Dzięki tej prostej sztuczce interes narodowy = ICH interes.

Trudno być patriotą we własnym kraju. Na emigracji prościej, bo jest za czym tęsknić. Za miejscem, ludźmi (ale nie narodem, tylko konkretnymi, bo nasze środowisko składa się z jednostek, nie narodów). Za krajobrazem, pogodą, językiem, który więcej mówi o mnie, niż ja potrafię w nim powiedzieć. Ta tęsknota jest niekiedy przejmująca, utrudnia życie, czasami niszczy. Jest pierwotna. Patriotyczna, bez dodatkowych, politycznych znaczeń.

We własnym kraju partyjni intelektualiści na kongresach organizowanych za państwowe pieniądze (państwowe, bo to państwo daje partiom, a nie partie państwu) dyskutują, jak nam ten przetrawiony, śmierdzący polityką patriotyzm wcisnąć do łba. - Trwa rozmontowywanie narodu i budowa europejskiej wspólnoty - ogłaszają. Diagnoza słuszna, bo naród rzeczywiście w części rozmontowany, dobrobyt Europy buduje w fabrykach Irlandii czy Anglii.
Ale im nie o to chodzi. Im naród rozlatuje się w oczach, bo nie chce się puszyć przy dziewiętnastowiecznych przyśpiewkach i za nic nie chce przyjąć, że to, co kiedyś, z zasady lepsze niż to, co teraz. W ogóle jakoś naród nie za bardzo przyswaja sobie te wszystkie kwantyfikatory ogólne - zawsze, wszyscy, każdy - i woli myśleć szczegółowo, o sobie. Nie dlatego, że mądry, tylko dlatego, że lewicowo-liberalna hołota mózg mu wyprała.

Trzeba więc do tego mózgu nakłaść jeszcze raz. Były wiceminister edukacji Andrzej Waśko na kongresie intelektualistów partyjnych PiS: Młodzi z jednej strony są oderwani od historii i polskiej tradycji kulturowej. Z drugiej mają poczucie, że żyją na peryferiach kultury światowej. Brak punktu odniesienia powoduje zagubienie i podatność na manipulację.
Nie macie, młodzi, punktu odniesienia? To przeczytajcie "Rozmowę w Katedrze" Llosy przez pryzmat Reja i Mickiewicza. Punkt odniesienia rozpłynie się w niebycie, a i punkt widzenia się zmieni. Poczujecie prawdziwy patriotyzm. Cóż z tego, że peruwiański.

Dodaje Krasnodębski: Kolejne nasze wielke zadanie to wychować studentów w taki sposób, aby byli odporni na intelektualne mody.
No przecież byli odporni! Modne było głosować za szeryfami, a oni wybrali amerykańskiego Kaczora Donalda. To się dopiero nazywa iść pod prąd.

Moja sześcioletnia córka, gdy słyszy o meczach Polaków, wyciąga wyciętą z papieru, własnoręcznie pomalowaną biało-czerwona flagę i śpiewa: Polska, Białoczerwoni, Polska...". Kiedyś się dowie, że ci piłkarze to rozkapryszone lenie, a meczami się handluje. I tyle zostanie z jej patriotyzmu Kaczyńskich, Krasnodębskich i Legutków. Zostanie jej miejsce, gdzie się urodziła, ludzie i język.
Mam nadzieję, że to będzie moja wina.

piątek, 29 lutego 2008

Ile pan zapłacił, panie Wyszkowski?

Czwartek, 28 lutego, 2008. Około godz. 23. Kończy się program kaznodziei Pospieszalskiego, w którym przekonuje, że nie warto rozmawiać, bo on i tak swoje wie. Pospieszalski żegna się z widzami, po czym dodaje, że za chwilę wyemituje jeszcze jeden materiał, który "kończy sprawę sprzed dwóch i pół roku". Po czym na ekranie pojawia sie Krzysztof Wyszkowski, który z kartki odczytuje oświadczenie, że przeprasza Lecha Wałęsę, bo go nieładnie pomówił. Nie przeprasza dlatego, że ma taka potrzebę, tylko realizuje wyrok Sąd, który takie przeprosiny opublikować w telewizorach nakazał.
Wszystko byłoby w cacy, gdyby nie jeden szczegół, który nie daje mi spokoju. Przeprosiny były tak wyemitowane, że widzowie mogli odnieść wrażenie, że to cześć programu. Napisy końcowe wyemitowano po oświadczeniu Wyszkowskiego, reklamy również. A za takie rzeczy się płaci. Zresztą sąd nakazał chyba Wyszkowskiemu, by przeprosiny opublikował na własny koszt.

Pytanie brzmi: czy Wyszkowski zapłacił TVP za wykorzystanie czasu antenowego? Jeśli zapłacił, to ile? Według którego cennika? Z jakim upustem? Czy może ktoś w TVP uznał, że za takie rzeczy akurat Krzysztof Wyszkowski, swój chłop w całym sensie tego słowa (prawicowy wałęsożerca), płacić nie musi, a kaznodzieja Pospieszalski z dobrego serca użyczył mu swojego programu?
Zna ktoś odpowiedź?

czwartek, 28 lutego 2008

Medialne kłamstwo Jarosława K.

Powtarzane na okrągło kłamstwo szybko staje się prawdą. Metoda praktykowana od lat, w rękach braci Kaczyńskich została doprowadzona do perfekcji. Odkąd dawna czytam, słyszę i oglądam polityków Prawa i Sprawiedliwości (i część dziennikarzy) przekonujących, że gdyby nie gdyby atak mediów i tytaniczna, acz krecia robota właścicieli gazet, stacji radiowych i telewizji, już dawno żylibyśmy w doskonałej VI RP. To media przyprawiły Kaczorom gębę populistów i radykałów, to one zwalczały ich tak zajadle, że zrobiły ludziom wodę z mózgu.

Aż dziw bierze, że nikt do tej pory nie powiedział: sprawdzam.

Zróbmy prosta analizę. Porównajmy zasięg czytelnictwa, słuchalność i oglądalność mediów, które miałyby zwalczać braci Kaczyńskich i tych, które mniej lub bardziej jawnie za poprzednich rządów popierały budowę IV RP. Weźmy pod uwagę te, które zajmują sie polityką. (Posłużyłem się wynikami z 2007 roku, w wykazie nie ma tygodników Niedziela i Nie, bo nie są ujęte w Polskich Badaniach Czytelnictwa).

Media prokaczyńskie:
Rzeczpospolita. Wiadomo. Czytelnictwo ogólnopolskie 5,13 procent;
Fakt. Za rządów Kaczorów stał za nimi murem, teraz mizdrzy sie do Tuska. Zawsze będzie uśmiechał się do władzy. Nie ma w tym nic dziwnego, bo taka technologia produkcji tej bulwarówki. Czytelnictwo ogólnopolskie 17,67;
Dziennik - elastyczny do granic. Gdy rządził PiS, ogłaszał koniec Polski Michnika i Kiszczaka. Teraz, jeszcze półgębkiem, ogłasza koniec Kaczora. Czytelnictwo ogólnopolskie 6,99
Telewizja Polska. Co prawda w ostatnim wywiadzie dla Newsweeka Jarosław K. sugeruje, że TVP nigdy nie popierała PiS-u, ale nie pierwszy to raz, gdy można go podejrzewać o brak kontaktu z rzeczywistością. Program 1 - oglądalność 25,2 procent, Program 2 - 16,4; TVP Info - 4,7; TV Polonia - 0,7.
Polskie Radio. Tropiciele złogów i wielbiciele poranków z premierem i Ziobrą. Jedynka - 13 procent słuchalności; Trójka - 5,9;
Radio Maryja. Bez komentarza. Słuchalność - 2,1 procent.
Wprost. Po dwóch latach kursu na IV RP czeka go skręt. Tusk pogonił ich, gdy chcieli mu przyznać tytuł Człowieka Roku, ale wszystko się może zdarzyć - 10,87 procent czytelnictwa.

Media antykaczyńskie:
Gazeta Wyborcza. Wiadomo. Czytelnictwo ogólnopolskie 19,08.
Newsweek. Od czasu, gdy ogłosił że "Kaczyński jak Putin", dla PiS-u wróg publiczny numer 3 (po Wyborczej i TVN). Czytelnictwo 10,98
Polityka. Tę trudno podejrzewać o głaskanie prawicowych radykałów, więc oczywiście musi być w antypisowskim spisku. Czytelnictwo ogólnopolskie 8,03.
Angora. Co prawda to tygodnik przedruków, ale nabijał się się z Kaczorów bez opamiętania. Poza tym sprzedaje prawie 300 tysięcy. Czytelnictwo ogólnopolskie 9,78
Przekrój. Anty bez dwóch zdań. Czytelnictwo ogólnopolskie 4,31
Forum. Podobnie jak Angora, tygodnik przedruków, z tym że zagranicznych. Czytelnictwo ogólnopolskie 1,76
TVN i TVN24. Jak głosi wszem i wobec prezes K., centrum układu. TVN 15,7 procent oglądalności, TVN24 - 2,8
RMF FM. Z wywiadu Kaczyńskiego dla Newsweeka: "Niemieckie media w Polsce. Tak to określam". Słuchalność - 22,3 procent.
TOK FM. Siedlisko lewactwa i homopropagandy. Słuchalność (ponadregionalna) - 1 procent.

Celowo pominąłem w tym zestawieniu Super Express, dziennik Polska (wystartował kilka dni przed wyborami), Polsat i Radio Zet, bo ich nastawienie polityczne jest dla mnie zupełnie niejasne. Co prawda Polsat zasłynął posunięciem (z pracy) Lisa, ale jedna jaskółka antykaczorami nie czyni.

I jak ten rachunek wygląda? Dodajmy zasięgi.
Za Kaczorami - 108,66
Przeciw 95,74

Puenty nie będzie, bo nie mam potrzeby dyskutować z liczbami.

wtorek, 26 lutego 2008

Bojkot Pekinu: stare metody w nowych czasach

Gdy polscy politycy podpisali się pod apelem organizacji World Solidarity, wzywającym do bojkotu olimpiady w Pekinie, przez media przetoczyła się krótka, acz intensywna dyskusja: czy polscy sportowcy powinni wystartować na olimpiadzie w Pekinie. Wiadomo, komunistyczne Chiny za nic mają przestrzeganie praw człowieka a olimpiadę rozgrywają propagandowo. Nie powinniśmy więc w niej uczestniczyć, by nie firmować tych działań.

Wiara w siłę apeli i politycznych decyzji jest zaiste wielka. I zupełnie niedzisiejsza. Co prawda bardzo podoba mi się myśl, by pozbawić sportowców możliwości przetestowania w praktyce działania najnowszych specyfików farmakologicznych, nie wierzę bowiem w coś, co ładnie nazwano „sportową rywalizacją”, a co jest tylko rywalizacją dopingową, ale takie apele, jak ten Word Solidarity, nic nie dadzą. Nawet jeśli jakiś kraj zdecyduje się na bojkot, będzie to gest zupełnie bez znaczenia. Olimpiada się odbędzie, miliardy ludzi ją obejrzą, media będą ją relacjonowały w szczegółach, telewizje transmitujące zawody zarobią miliardy, a Międzynarodowy Komitet Olimpijski odtrąbi sukces.

Nie ma więc nadziei? MKOl może zrobić olimpiadą co chce, a my możemy tylko oglądać z zainteresowaniem mniejszym lub większym? Może przyznać igrzyska Chavezovi, jeśli będzie miał taką ochotę i Iranowi, jeśli uzna to za zyskowne?
Ależ nie. Trzeba tylko wystrzegać się pustych gestów i zauważyć siłę tam, gdzie ona drzemie.

Jedynie pieniądze zmuszą MKOl do respektu. Kto je trzyma? Publiczność. Sponsorzy płacą MKOl, bo ludzie widzą w telewizorach ich loga. Telewizje płacą MKOl, bo klienci chcą umieszczać reklamy przy transmisjach. Reklamodawcy płacą telewizjom, bo widzowie oglądają spoty. Prosty mechanizm. Kto go może przerwać? Właśnie publiczność. Wystarczy, że odwróci się placami do ekranu i pieniędzy nie ma, bo telewizje rozliczają koszt dotarcia do widza. Jeśli zamiast przykładowych trzech miliardów, otwarcie i zamknięcie olimpiady obejrzy jeden, podobnie z zawodami, cała misterna kalkulacja wywróci się do góry nogami. Żadna telewizja nie zapłaci tyle za prawa do transmitowania następnych igrzysk, sponsorzy podobnie. MKOl zrobi wszystko, by sobie na taki bojkot publiczności nie pozwolić.

Dobrze, ale jak przekonać publiczność?
W sieci.
To tam jest opinia publiczna. W społecznościach, na forach, na blogach. W dodatku jest bardzo wpływowa, bo ma potrzebę wyrażania swoich opinii.
Jeśli kilkaset milionów internautów sieć zbojkotuje Pekin, to tak jakby tej olimpiady nie było. Czego sobie i Państwu życzę.