wtorek, 17 listopada 2009

Człowiek bez właściwości, czyli gdzie jest SLD

Najprostsze ćwiczenie: zadajmy sobie pytanie, co kojarzy się nam z konkretną partią. PiS? Dla jedynych to partia Kaczorów, konserwatywna i zacofana, dla innych partia interesu narodowego. Platforma – może być partia piaru, liberalizmu, afer, albo partia profesjonalistów, Orlików i stadionów. PSL – partia chłopów. A SLD? Dziura. Nic. Czyli Napieralski.


Marketing, także marketing polityczny, jedną podstawową ma zasadę – konsumenci wybierają produkty i usługi ze względu na wyobrażenia, jakie o nich mają. Dlatego wydaje się miliardy na kreowanie tych wyobrażeń. Kierowcy wybierają toyoty, bo mają przekonanie, że to najmniej usterkowe samochody (choć są inne, z lepszymi wynikami), młodzi kupują buty adidasa i pumy, bo wydaje im się, że najwygodniejsze i najlepsze (choć produkowane są w tej samej fabryce w Chinach, co mniej popularne marki). Marka, a nie produkt, jest wartością. Większość polityków już dawno przyswoiła sobie te reguły. Kaczyńscy wygrali wybory, bo jawili się społeczeństwu jako partia zmian i uczciwości. Tusk wygrał, bo zaprezentował się jako ten, który powstrzyma Kaczyńskich. Właściwy wizerunek we właściwym czasie decyduje o wygranej. Najwłaściwszy nawet, w złym czasie, przegrywa.


Grzegorz Napieralski zaczął dobrze (jak na polityka), od wbicia noża w plecy swojemu szefowi i mentorowi, Wojciechowi Olejniczakowi. Przejął władzę w SLD, zarzucając szefowi nieudolność, po półtora roku jego partyjnych rządów okazało się, że nieudolności to Olejniczak mógłby się od niego uczyć. Jeśli ktoś w polskiej polityce posiada czarny pas w tej kategorii to właśnie Napieralski. Sondaże dla prowadzonej przez niego partii ani drgną, wizerunek partii jest tak mdły, że aż niestrawny, komunikaty do wyborców sprzeczne, wizje niejasne. Charyzmy przywódca SLD tyle, co moje biurko, zdolność precyzowania jasnych komunikatów jak, nie przymierzając, Gosiewski.


Teraz test.

Czy SLD jest za czy przeciw wieszaniu krzyży w szkołach i miejscach publicznych?

Czy postuluje rejestrację związków partnerskich, czy jest jej przeciwny?

Czy chce dokończenia reformy emerytalnej, czy nie?

Czy chce twardej polityki wobec Rosji, czy bardziej pragmatycznej?

Konia z rzędem temu, kto znajdzie wyborcę potrafiącego od razu odpowiedzieć na te pytania. Choć ci sami wyborcy bez zastanowienia wyjaśnią, jakie jest zdanie PiS czy PO w tych kwestiach. Oto obraz upadku partii dowodzonej przez Napieralskiego.


Poparcie dla SLD oscyluje w granicach 10 procent. Czy w Polsce nie ma lewicowego elektoratu? A może konserwatywna rewolucja tak przeorała świadomość, że na scenie politycznej nie ma już miejsca dla lewaków? Próżne nadzieje. Swego czasu Napieralski napatrzył się na hiszpańskiego premiera Zapatero, odbył nawet pielgrzymkę, by na miejscu nauczyć się, jak zwyciężać. Wrócił. I zapowietrzył się na amen, bo przestudiował jeszcze raz sondaże i wyszło mu, że o związkach partnerskich czy rzeczywistym rozdziale kościoła i państwa nie ma co nawet wspominać. Nie ten kraj – powiedziały słupki Choć pewnie gdyby głębsze nauki pobrał, coś o historii Hiszpanii się dowiedział, przypomniał sobie, kto tam rządził przez wiele lat, może analogie między tymi dwoma krajami by zauważył. Ale do tego trzeba wizji i własnego zdania.


Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że sytuacja w SLD przypomina tę w PZPN. Nie chodzi o łapówkarstwo, ale mentalność. Przed rozstrzygającą rozgrywką z Olejniczakiem Napieralski obiecał starym działaczom zachowanie status quo i z tego zadania wywiązuje się całkiem dobrze. A że sukcesów brak, kibice się odwrócili, a partia nie z młodością, ale leśnymi dziadkami się kojarzy? Jak to powiedział w ostatnim wywiadzie Napieralski, „pracujemy nad tym”. Nadzieja, że na grudniowej konwencji komuś wpadnie do głowy, by go z tej ciężkiej pracy zwolnić.

środa, 11 listopada 2009

Dlaczego ekonomiści nie wierzą w rynek

Czytam kolejne kasandryczne zapowiedzi dotyczące demografii, systemu emerytalnego i zagrożeń przyszłości. Tym razem prorokuje Jan Rutkowski, główny ekonomista Banku Światowego ds. społecznych tu. Stan na dziś opisuje znajomo: dzietność na poziomie 1,3 spowoduje, że za 25 lat liczba Polaków wieku produkcyjnym spadnie z 27 do 23 milionów. Na stu pracowników będzie wtedy przypadało 36 osób starszych (dziś 19). Wydłuży się czas życia człowieka, więc w przyszłości państwo więcej będzie musiało wydawać na opiekę zdrowotną, emerytury i renty. A nie będzie z czego. Rutkowski Rzuca jeszcze jedną ciekawą tezę: za 25 młodzi zbuntują się przeciw starym, bo nie będą chcieli na nich łożyć. Ale starych będzie więcej, więc wybiorą partie dbające i ich interesy.

Wyjście z sytuacji? Tu seria powtarzanych od dawna przez ekonomistów propozycji – wydłużyć wiek emerytalny, zrównać wiek kobiet i mężczyzn, zlikwidować przywileje emerytalne i dokończyć reformę.

Rozumiem, że ekonomiści biją na alarm, ale dziwi mnie, że ich wizje całkowicie pomijają mechanizmy wolnorynkowe. Trudno bowiem założyć, że w 2035 roku miliony emerytów będą zbijały bąki, godząc się z pogorszeniem jakości życia (głodowe emerytury), gorszą opieką zdrowotną (pusta kasa państwa) i napięciami społecznymi na linii starzy-młodzi. Trudno również założyć, że młodzi, obłożeni horrendalnymi podatkami (brakuje na opiekę zdrowotną i społeczną), składkami zusowskimi (skąd na emerytury), będą spokojnie patrzeć, jak wybrani przez starych politycy będą nierównomiernie dzielić dochód (starzy mają kartki do głosowania, to prawda, ale młodzi ulice). W końcu nieprawdopodobne wydaje się, by przedsiębiorcy, spokojnie godzili się z brakiem rąk do pracy.

Taka sytuacja zakłada całkowita nierównowagę rynku. A przecież – zgodnie z teorią ekonomiczną – rynki dążą do równowagi. Jeśli tak jest w istocie, to bardziej prawdopodobnym wydaje się, że starsi pracownicy nie będą chcieli tak szybko uciekać na emerytury, a pracodawcy sięgną po rezerwy, czyli właśnie emerytów. Zaproponują im takie warunki, że będzie im się chciało i opłacało pracować dłużej. Zaoferują lepszą opiekę zdrowotną, byle mieć ręce do pracy. Wzrosną koszty pracy, to prawda, ale wzrosną one w większości państw europejskich, bo one borykają się z tym samym, demograficznym, problemem.

Tak właśnie się stanie, jeśli mechanizmy wolnorynkowe zadziałają. Dlaczego ekonomiści nie mówią o takiej możliwości? Jedna z możliwych odpowiedzi brzmi: bo to tylko teoria. Druga – bo to niewygodne. Jak wtedy przekonywać ludzi, że trzeba podnieść wiek emerytalny i ograniczyć przywileje?

wtorek, 10 listopada 2009

Tolerancja 2.0

Po co wciąż dyskutować, czy krzyże w miejscach publicznych łamią zasadę neutralności światopoglądowej państwa, czy nie. Przyznajmy – przecież nie chcemy takiego państwa.

Jedni ogłaszają, że wyrok Europejskiego Trybunału w Strasburgu to ciąg dalszy wojny z Panem Bogiem, inni – że w końcu Trybunał powiedział, co to znaczy demokracja. Argumenty mielą się, strony zacietrzewiają, kolejna runda „konserwatyści kontra cywilizacja śmierci” trwa w najlepsze. Wygranych nie ma, przegranych także, bo zwycięstwa własne i porażki przeciwników ogłaszane są szybciej, niż nokauty Gołoty. Ale nie oszukujmy się – to nie jest walka o mistrzostwo świat, a sparing tylko. O mistrzostwo nikt walczyć nie chce, bo ono już zaklepane, a jak mawiali niektórzy „raz zdobytego nie oddamy nigdy”.

Można obserwować te zmagania z przymrużonym okiem, ale niedługo, bo skurczów się nabawimy. Gdy oczy otworzymy szeroko, co innego widać. Bitwa o krzyże to symptom czego znacznie poważniejszego – sporu o tolerancję.

Gdybym za tolerancyjnego chciał uchodzić, zajrzałbym do słownika, pod hasło odpowiednie i wyczytał, jakim być powinienem. Cierpliwie znosiłby, nawet przecierpiał, poglądy i postawy według mojego mniemania nieodpowiednie. Protestowałbym, głośno lub cicho, ale cóż, pogodzić bym się musiał, że nie wszyscy z takiej samej gliny jak ja.

Ale bardzo byłbym nie na czasie, gdybym teraz prezentował taką tolerancję. Świat się rozwija (albo zawija), konserwatywna fala zalała Polskę, web jest 2.0, to i tolerancja musiała się zmienić. Zgadzać się na inne postawy, poglądy, i owszem, będę, ale tylko te zbliżone do moich. Sam zdefiniuję i określę, co Innym można i wypada, dopiero gdy na moje definicje się zgodzą, dopuszczę do polemiki. Istnieje pole marginesu i odstępstwa, ale ja je określam i tylko wtedy do dyskusji dopuszczam. A jak nie – to do śmieci.

Jak to wygląda w praktyce? Jak mówiła jedna starsza pani, „mogą sobie ci długowłosi chodzić po ulicach, tylko w innych fryzurach”.

Niech sobie ci geje będą, tylko niech nie robią tego, co robią. Zamkną się w domach, każdy w swoim oczywiście, bo przecież nie może być tak, żeby chłop z chłopem mieszkał. Niech się razem nie pokazują na ulicach, bo co to za przykład dla młodych. A w ogóle niech zamilczą, schowają się do dziury (mysiej) i nie przypominają o swoim istnieniu. Każde odstępstwo od takiej wykładni to propaganda nachalna i deprawacja.

Ateiści? Przyznajmy, są, ale broń boże niech nie uczą w szkołach, a publicznie o swojej amoralności też zmilczeć powinni, bo przestrzeń publiczna już zagospodarowana.

In vitro? Jeśli już, to tylko dla małżeństw, choć najlepiej w ogóle.

III RP? Kto wznosi peany na jej cześć, złodziejem jest i basta.

Zwolennik Kaczyńskich? Niech moher na łeb wciśnie i głosu nie zabiera.

Tolerancja w wersji 2.0 nie przyjmuje do wiadomości istnienia Innych. Są jedynie jeszcze nienawróceni. Na nasze poglądy. Dlatego nie dopuszcza istnienia takiej konstrukcji jak państwo neutralne światopoglądowo, bo ono zakłada zgodę na poglądy tak różne od naszych, że niemożliwe do naprostowania.

W czasach takiej tolerancji najważniejsze są prawa większości. A że starożytnym nie całkiem o to chodziło? Cóż, może ich też naprostować trzeba.

czwartek, 24 lipca 2008

Co Europa myśli o chamach

Poseł Palikot nazwał prezydent RP chamem, czym wywołał święte oburzenie i reakcje prokuratury, która natychmiast wszczęła śledztwo z paragrafu „znieważenie głowy państwa”. Znieważenie jest ewidentne, bo trudno uznać, że określenie „cham” miało mile połechtać prezydenta, a poseł Palikot miał co innego na myśli. Z punktu widzenia polskiego prawa sprawa jest ewidentna, zastanawiać się można tylko nad wysokością kary, jaką wymierzy sąd.
Ale, ale, nie tak szybko. Zawsze podejrzewałem posła Palikota o ciągotki estradowo-kabaretowe, ale nigdy o głupotę. Co bowiem się stanie, jeśli polski sąd posła prawomocnie skarze? Pójdzie on do Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu i wygra. Bez dwóch zdań.

Trybunał już wypowiadał się w podobnych kwestiach. W 1997 roku orzekł, że „określenie idiota – użyte wobec polityka w publicznej debacie – aczkolwiek obraźliwe – nie może być podstawą skazania osoby posługującej się takim epitetem”
.
Wyrok dotyczył sprawy „Oberschlick przeciw Austrii” i zapadł 1 lipca 1997 roku. Oberschlick był dziennikarzem tygodnika Forum a Joerg Haider politykiem, przewodniczącym Austriackiej Partii Wolności.
Zgodnie z doktryną Trybunału, polityk musi tolerować więcej krytyki niż zwykły obywatel, przy czym dotyczy to również bolesnych reakcji mediów i opinii publicznej, szczególnie jeśli polityk sam je sprowokował własnym zachowaniem lub słowami. Mowiąc inaczej, ktoś zaangażowany w działalność publiczną powinien pogodzić się w tym, że będzie przedmiotem ataków raniących jego poczucie godności.
Trudno mieć wątpliwości, że opinia Palikota o Kaczyńskim podpada pod tę wykładnię.

Cieszyłbym się, gdyby Palikota polski sąd skazał, bowiem tylko wtedy będzie mógł się odwołać do Strasburga. Paragraf „znieważenie głowy państwa” jest równie absurdalny, jak – także obowiązujący – prawny zakaz korzystania z trawników. Prezydentowi, podobnie jak innym politykom, przysługuje szacunek z racji czynionych przez niego działań i postawy, a nie z racji urzędu. Niejeden funkcjonariusz publiczny swój urząd ośmieszył i zniesławił. Nikt ich za to karze.

piątek, 20 czerwca 2008

Kacze opowieści

„Do Boju Polsko"
Podręcznik do historii dla klas trzecich gimnazjum.
Posiada akceptację Ministra Edukacji Narodowej i Wychowania Patriotycznego Przemysława Gosiewskiego
Konsultacja: Instytut Pamięci Narodowej
Rok wydania: 2017


Rozdział 11.
Rola Lecha Wałęsy w utrzymaniu wpływów komunistycznych w tzw. III RP
(wypisy)

Na przełomie 1979 i 1980 roku w czynnikach oficjalnych ZSRR narastało przekonanie, że zimna wojna nie przyniosła oczekiwanych rezultatów. Wśród członków politbiura powstała nieformalna grupa mająca za zadanie opracowanie tajnego planu demontażu ustroju komunistycznego z jednoczesnym zachowaniem nieoficjalnego wpływu na sferę polityczną i gospodarczą krajów bloku komunistycznego (tzw. Grupa Pięciu: Breżniew, Gromyko, Andropow, Czernienko, Gorbaczow). Plan zakładał wybuch protestów społecznych w Polsce, które następnie rozprzestrzeniłyby się na pozostałe kraje Układu Warszawskiego i i późniejszy demontaż ustroju komunistycznego. Wpływ i kontrolę na przebiegiem protestów zapewnić miał Lech Wałęsa, współpracujący z polskim aparatem bezpieczeństwa od 1970 roku i zarejestrowany pod pseudonimem Bolek. (…) Największe problemy Służbie Bezpieczeństwa sprawiała działalność braci Lecha i Jarosława Kaczyńskich, którzy już we wrześniu 1980 roku rozszyfrowali plan Grupy Pięciu i próbowali przejąć kontrolę nad działalnością „Bolka”.
(…)
Wprowadzenie stanu wojennego w Polsce przez generała Jaruzelskiego, współpracującego z ortodoksyjnym skrzydłem KPZR, pokrzyżowało szyki Breżniewowi. Jego śmierć w niewyjaśnionych do końca okolicznościach pozwala przypuszczać, że padł on ofiarą zakulisowych rozgrywek w obrębie KPZR.
(…)
Lata 1982-1988 upłynęły pod znakiem nieformalnej walki między przywódcami radzieckimi (po śmierci Breżniewa grupie udało się odzyskać wpływy i pierwszym sekretarzem KC KPZR zostali kolejno: Jurij Andropow, Konstantin Czernienko, Michaił Gorbaczow) a generałem Jaruzelskim, pragnącym przejąć kontrolę nad poczynaniami agenta Wałęsy.
(…)
W początkach 1988 roku na tajnym spotkaniu w Irkucku Gorbaczow wymógł na Jaruzelskim akceptację dla planu demontażu ustroju komunistycznego z jednoczesnym zachowaniem wpływów. Pomysł Okrągłego Stołu podsunął Jaruzelskiemu sam Wałęsa, argumentując, że dzięki temu opinia publiczna zaakceptuje warunki tego porozumienia.
(…)
Wynik wyborów 1989 roku pozwoliły na wprowadzenie planu w życie. Filozofia „grubej kreski” zapewniła komunistycznej nomenklaturze możliwość działania w nowej rzeczywistości, bez obawy o rozliczenia i sądy. Zgodnie z wytycznymi agent Wałęsa wystartował w wyborach prezydenckich, zdobywając większość głosów. Odkrywając prawdziwy cel działań Wałęsy, Lech i Jarosław Kaczyńscy postanowili opuścić jego kancelarię w październiku 1991 roku. Wciągu pięciu lat prezydentury Lech Wałęsa zdołał zrealizować większość politycznych celów, które postawili przed nim zleceniodawcy.
(…)
Niejawna działalność Wałęsy stała się przedmiotem publicznej debaty dopiero w 2008 roku, po publikacji historyków Instytutu Pamięci Narodowej Sławomira Cenckiewicza i Piotra Gontarczyka, zatytułowanej „Wałęsa a SB”. Na nic zdały się opór i wściekłe ataki postkomunistycznego establismentu – prawda o agenturalnej działalności Wałęsy przedarła się do świadomości Polaków. W 2009 roku historycy IPN podjęli próbę wyjaśnienia roli i związków z komunistycznym aparatem bezpieczeństwa papieża Jana Pawła II. Książka „Dwaj agenci W. Jak Wałęsa i Wojtyła budowali III RP” ukazała się w październiku 2010 roku (decyzją MENiWP wprowadzona na listę szkolnych lektur obowiązkowych w 2012 roku).
(…)
Historycy Cenckiewicz i Gontarczyk, w uznaniu zasług dla budowania tożsamości narodowej, w Święto Niepodległości 2015 roku zostali odznaczeni orderem Orła Białego przez rozpoczynającego III kadencję prezydenta Lecha Kaczyńskiego.
(…)
Decyzją rządu Jarosława Kaczyńskiego z 14 lipca 2014 roku, wszelkie publikacje podważające agenturalną działalność Lecha Wałęsy zostały uznane za przejaw „kłamstwa solidarnościowego”, za co grozi do czterech lat więzienia. Jeden z pierwszych wyroków zapadł w październiku 2014. A. Podkańskiego skazano na trzy lata więzienia w zawieszeniu za publikację „Ścierwojady. Jak historycy IPN pisali historię na zamówienie”.

niedziela, 25 maja 2008

Kazio się przypomina

Sytuacja przypomina amerykański dowcip: Jaka jest kara za pedofilię? Zesłanie do innej parafii. A jaka jest w Polsce kara za głupotę w polityce? Przygarnięcie przez Platformę.
Były premier Marcinkiewicz Kazimierz, gdy już wiadomo, że stracił robotę w Londynie, postanowił przypomnieć się publiczności. W sobotę w Dzienniku ogłosił, że w 2005 roku prezydent – wtedy jeszcze elekt – Kaczyński kazał go podsłuchiwać. Oskarżenie mocne, bo dotyczy złamania prawa. W samo sedno sprawy – były podsłuchy, czy nie – teraz nie wnikam, bo za mało mam informacji. Zafascynował mnie sposób uprawiania polityki przez byłego premiera, bądź co bądź, uczestniczącego kiedyś w tych grach na najwyższym piętrze.
Marcinkiewicz coś ogłosił, z rana zaczął się wycofywać, że już niekoniecznie powiedział, co powiedział, potem ogłosi, że podda się badaniom na wariografie, a jeszcze potem, że owszem, ale nie. Ogólnie mówiąc: polityka z piaskownicy. A przecież były premier – podobnie jak inni uczestnicy tej gry – wie, jak to się robi. Wystarczyło puścić informację do zaprzyjaźnionych mediów – szybko by się takie znalazły – ale bez własnej wypowiedzi: że niby dziennikarskie śledztwo, że pięć niezależnych źródeł i takie tam. Byłoby normalnie i profesjonalnie. Byłby szum, sprawa zrobiłaby się głośna, ale Kazimierz zostałyby czysty. A on nie dość, że pod nazwiskiem, to jeszcze bez dowodów. Marczuk, w końcu człowiek Kaczyńskich, na którego notatkę powołuje się były premier, szybko zdementował jego rewelacje. Ktoś jest zdziwiony poza Marcinkiewiczem?
Nie przemawia do mnie teza, że premier z Gorzowa wyskoczył z tą rewelacją w uzgodnieniu z Platformą. Że Platforma chce coś rozegrać i potrzebne było jej oskarżenie – z dowodami lub bez – Kaczyńskiego Mniejszego. Bardziej prawdopodobne, że Marcinkiewicz prowadzi własną gierkę, by przypodobać się właśnie Platformersom, dać im sygnał, że może być przydatny, że coś wie, wie i może pomóc (kampania prezydencka wystartuje za rok). Oczywiście nie darmo, bo chce dobra Polski a program Platformy jest dla kraju najlepszy. A że przydałoby się jakieś stanowisko? Cóż, szkoda byłoby nie wykorzystać człowieka tak doświadczonego.
Obawiam się za jakiś czas usłyszeć rozradowanego Tuska, jak ogłasza, że właśnie powierza odpowiedzialne stanowisko, misję itd., byłem premierowi Marcinkiewiczowi.

czwartek, 15 maja 2008

Między młotem a wydawcą. Część 3.

Przyszłość prasy ogólnoinformacyjnej

Wydawcy i redaktorzy po raz kolejny odbywają podróż w poszukiwaniu straconej tożsamości. Z internetowym młotem nad głową, z pomocą marketingowców i dyrektorów wydawniczych poszukują cechy unikalnej, która ma być antidotum na kryzys. Podróż trwa, czas biegnie, czytelnicy odchodzą. Prostuję tę pesymistyczną wersję: nie odchodzą, tylko przechodzą. Drogę wydawcy powinni przejść razem z nimi, niestety, idą kilka- kilkanaście kroków z tyłu. Jak wyraził się jeden z internautów: obecnie cechą unikalną prasy drukowanej jest to, że można ją zabrać do toalety. Tego niuansu wydawcy nie rozumieją: z punktu widzenia odbiorcy treść jest wciąż ta sama, zmieniają się kanały dystrybucji informacji, sposób jej prezentacji i odbioru.
Prasa ogólnoinformacyjna przetrwa. Pytanie – w jakiej formie. Spróbuję określić warunki, które wydają mi się niezbędne dla jej przyszłości.

1. SELEKCJA.
Wygra nie ten, kto wytworzy najwięcej unikalnych informacji, ale ten, która zaoferuje odbiorcom jak najlepsze narzędzia do selekcji informacji. Zarówno gazety jak sieć są zapchane informacyjnym śmieciem. Oddzielenie informacji twardej (niosącej wiedzę) od miękkiej (ktoś coś powiedział) jest trudne. Wpisując jakiekolwiek hasło w googlach dostaniemy, oprócz tego, czego szukamy, linki sponsorowane, reklamowe i najlepiej spozycjonowane strony, niekoniecznie najwartościowsze.
Koncerny prasowe posiadają olbrzymie zasoby informacyjne, pożądane przez odbiorców, ale praktycznie niedostępne. Przykłady z Axel Springer: testy motoryzacyjne (Auto Świat), informacje komputerowe (Komputer Świat i pozostałe), biznesowe (Forbes, Wall Street Journal), opinie polityczne (Europa i Dziennik), od niedawna informacje sportowe (Przegląd Sportowy). Z Rzeczpospolitej: zasób informacji gospodarczych i prawnych. Z Agory: archiwa wydań gazetowych, od informacji jak zbudować taras w ogrodzie do analizy polityki bliskowschodniej Bila Clintona. W czym problem? Spróbujmy poszukać szczegółowych informacji. Np. o polityce bliskowschodniej Clintona albo testów Hondy FRV. Minie pół godziny, zanim się dokopiemy, po drodze przeglądając dziesiątki stron zupełnie nie na temat.
Narzędzia do selekcji informacji to oczywiście technologia i trudno dziś przewidzieć, czy to firmy internetowe będą połykać wydawnictwa, czy wydawnictwa kupować firmy internetowe. Prasa zawsze zajmowała się selekcją informacji, jedne uznawała za ważne, inne za nieważne i ich nie drukowała. W przyszłości zasada będzie taka sama, z tym że selekcja nie będzie polegała na podejmowaniu decyzji ZA odbiorcę, ale na jak najlepszym opisaniu zasobów. Stąd też przyszłość zawodu archiwisty internetowego. To, jak informacje zostaną opisane, będzie kluczowe dla sposobu ich selekcji.

2. PUNKTOWA DYSTRYBUCJA INFORMACJI
Kto kiedykolwiek otarł się o redakcję wie, jak wielkim contentem dysponują wydawnictwa, a jak niewiele z niego dystrybuują. Informacje interesujące wąską grupę odbiorców nie trafiają na łamy, bo „gazeta nie jest z gumy”. Gazeta nie, ale internet już tak. Dziś – i w przyszłości – ważne będzie dotarcie z informacją szczegółową do właściwych odbiorców. Posłużmy się przykładem. Dziennikarz zajmujący się służbą zdrowia codziennie dostaje informacje na temat nowych leków i nowych zabiegów. W prasie specjalistycznej i zagranicznej znajduje wiadomości na temat nowatorskich zabiegów, odkryć medycznych, teorii, technologii. Do tego dochodzi zasób informacji o zmianach w prawie, wytyczne izb lekarskich i farmaceutycznych, zmiany kadrowe, rozporządzenia Narodowego Funduszu Zdrowia itp. Co trafia na łamy gazet? Niewiele. Większość trafia do kosza, lub – w najlepszym razie – do archiwum dziennikarza. A przecież jest duża grupa odbiorców, którzy takiej wąskiej informacji poszukują. Lekarze (100 tysięcy?), urzędnicy zajmujący się ochroną zdrowia, właściciele firm pracujących lub współpracujących z placówkami służby zdrowia itp. No to może codzienny medyczny serwis informacyjny, rozsyłany mailem? Płatny. A może podobne serwisy dla budowlańców, weterynarzy, prawników, notariuszy, nauczycieli? Redakcje płacą już za coś takiego, kupując codzienny Presserwis (informacje z branży medialnej). Dlaczego nie chcą na takiej działalności zarabiać? Bo problemem nie jest zebranie informacji, w prawie każdej redakcji są dziennikarze zajmujący się wybraną tematyką, problemem jest zrozumienie, że na tym można zarabiać.

3. INWESTYCJE W TECHNOLOGIE
To pochodna warunku selekcji i punktowej dystrybucji informacji. Zamiast kupować nowe maszyny i budować kolejne drukarnie, trzeba projektować nowe rozwiązania internetowe. Nie chodzi o wielkie projekty, ale o zajmowanie niszy, to one będą najbardziej dochodowe. Ot, choćby testy gimnazjalne i maturalne. Są dostępne w sieci, gazety dołączają je do swoich wydań papierowych, a ja szukałem strony, gdzie mógłbym je rozwiązać w czasie rzeczywistym, na koniec otrzymałbym wynik, a w sprawie pytań, w których udzieliłem błędnej odpowiedzi, mógłbym skorzystać z porady. Nie ma. By taką stronę uruchomić, potrzeba inwestycji w narzędzie. Nie będziemy liczyć dokładnie potencjalnych zainteresowanych: 300 tysięcy gimnazjalistów, 300 maturzystów, ich rodzice, młodsze roczniki…

4. PRZEŁAMANIE BARIERY PSYCHOLOGICZNEJ
Uznaję to za największych problem wydawców. Nie chodzi mi już tylko o nich osobiście, ale o mentalność dziennikarzy. Papier, radio, telewizja – to prawdziwe dziennikarstwo, internet – to informacja wtórna, zerżnięta z poważnych mediów. To prawda. Jeśli patrzymy na dziennikarstwo przez pryzmat zdobywania newsów, portale mają ich niewiele. Jeśli już – to od użytkowników. Ale powtarzam: newsy są za darmo. Każdy trafi do sieci w kilka minut po opublikowaniu go przez konkurencję, z powołaniem czy bez – to ma to znaczenia. Kluczowa jest informacja specjalistyczna. Tę dystrybuować można tylko w sieci. A do jej zdobycia i uporządkowania potrzeba specjalistów – dziennikarzy.
Ofiara takiej mentalności padł projekt Polska. Wszystko odbyło się jak zawsze. Biznes oparty na papierze, redakcja warszawska pracująca w całości na potrzeby wydania papierowego, budowanie marki wokół papieru. Wszystko tak, jak powinno być. Jak było. Ale nie zadziałało. Nie zadziałało, bo tak się już nie da. Polskapresse miało niepowtarzalną szansę zbudowania nowoczesnej multimedialnej marki, dystrybuującej informacje wszelkimi możliwymi kanałami, łącznie z telefonami komórkowymi i telewizja internetową. Mogła zbudować newsroom pracujący na potrzeby papieru i internetu (budując go od podstaw łatwiej pokonać opór dziennikarskiej materii). Mogła zawalczyć o młodego czytelnika regionalnego, który szuka informacji z regionu, ale niekoniecznie papierowej. Polskapresse stać na podobny skok, by już raz go wykonała – tworząc portal gratka.pl, dziś jeden z potentatów na rynku ogłoszeń internetowych. Jest jedno ale. Ludzi, którzy tworzyli gratkę, w Polskapresse już nie ma.

5. PAPIER: DARMOWY, EKSKLUZYWNY LUB ELEKTRONICZNY
Dlaczego miałbym kupować gazety? Bo lubię papier, lubię czytać przy biurku lub w tramwaju, a poza tym na komputerze trudno czyta się dłuższe teksty. Co wynika z tej odpowiedzi? Że gazety papierowe przeżyją. Tu się zgadzamy. Ale najważniejsze jest pytanie – w jakiej formule. Są trzy możliwości i jeden pewnik. Ten pewnik to – nie w obecnej formule. A w jakiej?
* Wydania papierowe za darmo.
Już słyszę to oburzenie. Prasa opiniotwórcza za darmo? Darmówki to biuletyny reklamowe, nie mające nic wspólnego z dziennikarstwem, jak coś jest za darmo, znaczy że nie ma wartości. Niby racja. Te argumenty są powszechne i używają ich nie tylko pracownicy mediów, ale i odbiorcy. Bo jakże to, taka Gazeta Wyborcza za darmo? Ale pospekulujmy. Bariera jest psychologiczna, nie ekonomiczna. Agora sprzedaje egzemplarz Gazety Wyborczej za 1,50. Kolporter zabiera około 1/3 ceny egzemplarzowej, kolejne kilkadziesiąt groszy to koszt produkcji (druk, papier, naświetlenie). Do tego dochodzą niebotyczne koszty produkcji magazynów kolorowych (Gazeta Telewizyjna, Wysokie Obcasy) drukowanych na dużo droższym papierze, koszty marketingu (nagłośnienie poszczególnych numerów). Jednorazowa inwestycja w – załóżmy – automaty do dystrybucji, pozwoli tymi pięćdziesięcioma kolporterskimi groszami zmniejszyć koszty produkcji. Agora wciąż będzie dokładać do wyprodukowania egzemplarza, ale taki krok radykalnie zwiększyłby zasięg czytelniczy. W dodatku istnieje kilka kombinacji darmowe-płatne, które dałyby dodatkowe wpływy. Np. darmowy grzbiet główny i dodatki papierowe, płatne magazyny kolorowe. Za Gazetę Telewizyjną i Wysokie Obcasy czytelnicy pewnie zapłacą. Od rozeznania rynku zależy – ile. Specjalnie nie umieściłem w grupie płatnych dodatku Praca, bo czeka go taki sam los, jak dodatek Moto. Jeszcze kilka lat temu miał kilka tysięcy ogłoszeń drobnych, dziś śladowe ilości. Przeszły do internetu. Podobną drogę przechodzi rynek ogłoszeń mieszkaniowych, a wkrótce rozpocznie go rynek ogłoszeń o pracę. Agora to wie, stad jej ostatni zakup – na trader.pl, jednego z potentatów na rynku ogłoszeń internetowych, wysupłała 54 mln dolarów.
Podobne możliwości ma Rzeczpospolita. Darmowy grzbiet główny i płatne serwisy gospodarczy i prawny.
Problem w przypadku rozdawania poważnych gazet za darmo jest jeden – psychologia. Trzebaby umiejętnie zmienić nastawienie odbiorców. To trudne, ale możliwe. Reklama nie takie cuda czyniła.
* Wydania papierowe ekskluzywne.
Wyobraźmy sobie, że wydanie papierowe dziennika kosztuje 7 zł. Niemożliwe? Możliwe, jeśli będzie to produkt ekskluzywny, oznaka prestiżu, znak przynależności do poważanej grupy społecznej. To jak z BMW. Jest autem luksusowym, ale po polskich drogach jeżdżą tysiące zdezelowanych, kilkunastoletnich samochodów tej marki. Bo posiadanie beemki nobilituje. Cóż z tego, że kosztowała mniej niż skoda fabia? Marka BMW jest prestiżowa, skoda – nie. Pytanie – na jaka liczbę czytelników może liczyć gazeta za 7 złotych. Co prawda może sprzedawać mniej, bo wpływy ze sprzedaży są znaczne, ale ile mniej? 70 tysięcy? 50 tysięcy? Poza tym nie za bardzo wiadomo, co takiego miałaby zawierać taka gazeta. Pojawiają się głosy, że rozbudowane opinie i komentarze, ale to tylko projekcja redaktorów, którzy nie czytają badań, ilu czytelników kupujących obecnie ich gazety w ogóle zagląda na te strony.
* Wydania elektroniczne.
Przyznam, że sam przeżyłem krótki okres fascynacji e-wydaniami (w formacie zinio). Czyta się łatwo, przegląda jeszcze łatwiej, ale… wydaje mi się, że to rozwiązanie doskonałe dla tygodników. Daje niesamowite możliwości multimedialne, do wykorzystania tylko tekstach przekrojowych czy analitycznych. Można dołączyć backgroundy w dowolnych multimediach: wypowiedzi w mp3, charakterystykę postaci z podstrony, galerię zdjęć, obraz wideo. Do recenzji płyty – teledysk, do recenzji książki – wywiad. Oczywiście wpierw trzeba rozwiązać kwestię praw autorskich, ale to problem jedynie prawno-negocjacyjny.

6. POPRAWA JAKOŚCI
W czasach tak wielkiej konkurencji informacyjnej polityka wydawców, polegająca na oszczędzaniu w pierwszej kolejności na jakości (mniej dziennikarzy – więcej pracy, mniej delegacji – więcej telefonów), wydawać by się mogła zupełnie niezrozumiała. Trzeba jednak pamiętać, że z punktu widzenia zarządzających mediach – a to rzadko są dziennikarze, zazwyczaj specjaliści od zarządzania – jakość jest wartością trudno wyrażalna w pieniądzach. A koszty produkcji informacji są olbrzymie. Do czego prowadzi oszczędzanie na jakości? Dwa leady: „Grzegorz Schetyna nic nie wie o nieprawidłowościach przy składaniu wniosków o pieniądze na rozwój wsi. Nie ma też możliwości odwoływania marszałków – poinformowało wczoraj MSWiA.” Albo: „Politycy stają w obronie reporterów TVP. – Funkcjonariusze ABW przeszkodzili im w pracy – mówią.” To przykłady informacyjnego śmiecia w Wyborczej i Rzeczpospolitej. Gazety pełne są takich nikomu niepotrzebnych informacji, które służą tylko do zapełnienia szpalt. Czytelnik głupi nie jest i to widzi. Redaktorom i wydawcom wydaje się, że nie widzi.
Dołki pod prasą papierową kopią też piszący internauci, niesłusznie nazywani „dziennikarzami obywatelskimi”. Co ostatni walczą o interesy swoich lokalnych społeczności, ci pierwsi są normalnymi publicystami, jedynie piszącymi za darmo i w internecie. Publicystyczna elita dziennikarska w Polsce jest niewielka i bardzo wyeksploatowana. Te same nazwiska piszą to samo w różnych tytułach. To niby ma być zróżnicowana oferta. Dlatego komentarze i analizy blogerów są dziś bezpośrednią konkurencją dla publicystów gazetowych. Kto nie wierzy, niech poszpera po internecie. Znajdzie teksty bardziej odkrywcze, w dodatku lepiej napisane. Wkrótce nadejdą czasy, że wydawcy będą kupować blogerów na wyłączność.

7. ODPOLITYCZNIENIE
To prawda, że newsy polityczne dobrze się sprzedają, że czytelnik je lubi i czyta, ale robienie gazety w 70 procentach z polityki to zachwianie proporcji. Polityka zawsze się dobrze sprzedawała, ale poziom publikacji i newsów z tej dziedziny obniża się z roku na rok. Praca za seks czy Wieśmaki wiosny nie czynią. Dziś standardem jest robienie newsa z tego, że pan Czesio z partii x powiedział to, a pan Zdzisio z partii y uważa, że Czesio się myli albo kłamie. Takie informacje są tanie w produkcji – wystarczy złapać posła na sejmowym korytarzu lub namierzyć go przez komórkę i wypytać. Pisanie o społeczeństwie jest droższe i trudniejsze, bo trzeba wyjść z redakcji, rozmawiać z ludźmi, i widzieć to, czego inni nie widzą.

8. ZAGOSPODAROWANIE INFORMACJI SUBIEKTYWNYCH
Wspominałem już w poprzedniej części, że w ostatnich latach pojawił się w sieci duży zbiór subiektywnych opinii mających wartość informacyjną. Niektórzy nazywają je mylącym terminem „dziennikarstwo obywatelskie”. Przywołam jeszcze raz te przykłady: opinie matek na temat konkretnego przedszkola, opinie pacjentów na temat konkretnej placówki i konkretnego lekarza, opinie konsumentów na temat konkretnego modelu telewizora, opinie ludzi budujących dom na temat kosztów realizacji konkretnego projektu. Są subiektywne, nie zweryfikowane, ale gdy jeśli są masowe (tysiąc opinii na temat solidności konkretnego dewelopera), niosą taką samą wartość informacyjną, jak sondaż.
Ten nowy rodzaj informacji jest bardziej pożądany przez odbiorców, niż napisany zgodnie z rzemiosłem artykuł dziennikarza na ten sam temat. Dziennikarz musi z definicji opierać się na relacjach i opiniach innych, internauci opisują własne doświadczenia. Jeśli wydawcy zaproponują internautom narządzie, pomagające uporządkować i zobiektywizować te opinie, mogą liczyć na lojalne społeczności.